poniedziałek, 16 lipca 2018

Jaworowa magia pizzowa…




 …Kiedy tak już od wielu dni leje różne, dziwne myśli pałętają się po głowie, w  stawach przykro człowiekowi zgrzyta i w korzonkach boleśnie łupie. Oj, za dużo już tej wszechobecnej mokrości, chlupotania, szarości, coraz większych kałuż, kapania za kołnierz i do butów, jednostajnego stukania wielkich kropel o parapety, błota wnoszonego na łapach psów… Lubię deszcz, ale co za dużo to niezdrowo! Lada chwila warzywa zaczną gnić na grządkach albo całkiem zjedzą je ślimaki, które w nieprzebranych, zwycięskich hordach co wieczór wychodzą na żer w moim ogrodzie.



- Gdzie podziało się słonko, gdzie jakaś iskra, która by ożywiła duszę i dała impuls ciału do jakiegoś ciekawego działania? – duma istota ludzka przymusowo zmieniona w mieszkańca krainy Deszczowców i człapiąca po ogrodzie w nieodzownych na tę pogodę gumowcach.
 - Gdybyż przynajmniej po tych deszczach grzyby pojawiły się w jakichś satysfakcjonujących ilościach a nie jak dotąd pojedyncze i robaczywe! – rozmyśla nieszczęsny człek zapatrzony w mokrą drogę i w niewróżące poprawy pogody kłęby burych chmur na niebie.



   W porze wielodniowej ulewy, łaknie się jakiegoś pocieszenia,  namiastki słońca, zajęcia myśli i rąk czymś przyjemnym i pożytecznym, mile się kojarzącym.  Wprawdzie podczas deszczu  dobrze się pisze, słucha muzyki albo czyta czy po prostu śpi, dobrze jednak byłoby mieć jakiś wybór…

   Z tego wszystkiego wzięłam się za przeglądanie zdjęć z Australii. Dawno już ich nie oglądałam a o większości z nich zapomniałam. Nie pamiętam większości nazw miejscowości, które wtedy przemierzaliśmy, ani wielu własnych wrażeń z tamtego okresu. Patrzę na te fotki z przyjemnością, ale już bez emocji. To jakieś ładne, kolorowe pocztówki. I choć na wielu z nich jestem uwieczniona, to jest to jakaś dawna Ola, jakże od obecnej daleka. Ola z innego snu, nierzeczywista…Ożywiłam się dopiero na widok fotografii przedstawiających zbierane w Australii maślaki i rydze, które masowo porastały pobocza dróg, obrzeża winnic i trawniki przy drzewach iglastych w oddalonych od centrum Melbourne dzielnicach. Poza Polakami i paroma innymi nacjami słowiańskimi grzyby te nie budziły tam u miejscowych najmniejszego zainteresowania. Tubylcy wielce podejrzliwie traktują bowiem dzikie, dziwaczne mushrooms…Dla nich są po prostu niejadalne. Co innego pieczarki! Te wprost uwielbiają!










    Przypomniało mi się, że i ja akurat mam wmoim pogórzańskim  domu trochę pieczarek. Jeszcze dzień dwa i nie nadawałyby się już do niczego. Postanowiłam więc dziś upiec pizzę. Tak, koniecznie trzeba mi było jakiegoś wyrazistego smaku i sprawdzenia czy uda mi się zrobić taką, jaką lubię najbardziej. Ani za cienką ani za grubą. Ciemnozłotą od spodu a od wierzchu kolorową od wielu dodanych do niej składników. Taką, którą nie wstydziłabym się nikogo poczęstować, gdyby oczywiście napatoczył się jakiś miły gość w tym czasie.  

   Kuchnia jest zazwyczaj dla kobiety miejscem codziennych, powtarzalnych i nieraz nużących czynności ale przecież może też stać się pracownią alchemiczną szalonej baby Jagi, gdzie dokonuje się kolorowych czarów,  gdzie można poczuć prostą radość z powodu drobnego sukcesu, zobaczyć też ową radość w oczach współbiesiadnika. Dobra, kuchenna magia przemian dziejących się za sprawą kobiecych rąk i jej wyobraźni potrafi skierować myśli na nowe tory, obudzić życzliwe słowo i uśmiech, a wreszcie dodać pewności siebie. Tak myślę, tak czuję, takiej magii potrzebuję!:-)

Zatem czary mary! Zabieram się za robienie pizzy!:-))

   Do miski wsypuję ok. pół kg mąki. Do niej opakowanie drożdży suszonych oraz łyżeczkę cukru i soli.
   Do tego wlewam dwie łyżki oleju i mniej więcej szklankę podgrzanego do temperatury ok. 40 stopni C. mleka. Wszystko wyrabiam dokładnie ciepłymi dłońmi.  Podśpiewuję sobie cichutko, bo mam wrażenie, że ciasto to lubi. Lubi też, gdy się je wyrabia w jakimś rytmie i robi się to z czułością, uważnie. Ciasto nie powinno lepić się do rąk. Gdyby tak się działo trzeba dosypać mąki i znowu starannie, z uczuciem wyrabiać.  Następnie ciasto pizzowe zostawia się w misce pod przykryciem żeby sobie w spokoju podrosło. Dobrze jest na ten czas pozamykać okna i drzwi, bo ta wrażliwa, żyjąca masa nie cierpi przeciągów.







    Kiedy ciasto rośnie sobie cichutko, ale wytrwale można spokojnie przygotować pozostałe składniki. Tu panuje pełna dowolność. Każdy dodaje, co lubi, co akurat ma. Ja pokroiłam dzisiaj jedną czerwoną paprykę i dwadzieścia dag pieczarek, znalazłam też w lodówce trochę salami w plasterkach. Na tarce starłam kawałek mozarelli, do posypania pizzy. Zaraz potem zerknęłam pod ściereczkę na schowane tam moje ciasto.
   Och, świetnie! Podwoiło swoją objętość i pełno na nim pęcherzyków powietrza, drobnych i większych pęknięć oraz tajemniczych kraterów. Jest to znak, że można z pracami ruszać dalej. Trzeba jeszcze raz porządnie wyrobić ciasto a następnie rozwałkować je na cienki placek. Ów placek układa się delikatnie w wysmarowanej olejem foremce a nadmiar ciasta odcina a potem robi z niego bułeczkę czy dwie i piecze w piecu razem z pizzą.






   W czasie gdy piekarnik rozgrzewa się do temperatury 200 stopni Celcjusza  ciasto smaruje się jakimś sosem pomidorowym albo po prostu zwyczajnym przecierem. Następnie szczodrze sypie się na placek oregano i dopiero potem układa całą resztę składników, na koniec posypując wszystko obficie żółtym serem. I hop do piekarnika na ok 25 – 30 minut!




   Podobno nie powinno się do piekarnika w tym czasie zaglądać, żeby ciasto drożdżowe nie opadło. Ja jednak zawsze zaglądam i nigdy nic złego z tego powodu się nie dzieje! Kucam i oświetlam sobie tajemnicze wnętrze pieca latarką. Lubię widzieć na bieżąco te tajemnicze fizyczno-chemiczne przemiany zachodzące w moich wypiekach. Lubię wiedzieć, że wszystko idzie dobrze. Uśmiecham się, gdy tak się dzieje a mam wrażenie, że ciasto to czuje i rumieni się z radości!:-)
   I oto moja pizza  - wspaniale wyrośnięta i puszysta, a tylko po bokach twarda i chrupiąca. Pachnąca oregano, salami i papryką. Mięciutka i rozpływająca się w ustach. Przynajmniej ja tak ją odbieram.




- I co, Cezary! Smakuje ci? – pytam spoglądając z napięciem na twarz męża.
On przymyka oczy z rozkoszy, przeżuwa dokładnie spory kęs i kiwa głową uśmiechając się z widocznym zadowoleniem.
- Zjemy chyba całą? – mówi wreszcie zerkając łakomie na połowę pizzy pozostałą na blasze.
- Myślisz, że damy radę? – mruczę rozjadłszy się na dobre.
- No pewnie, że damy? Nie znasz nas? – porozumiewawczo śmieje się Cezary.




   Tymczasem za oknem przestało padać i pojawiło się odrobinę błękitu na szarym dotąd niebie. Nie wiem, na jak długo tak zostanie, ale w tym momencie mnie to jakoś nie trapi…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost