…Kiedy tak już od
wielu dni leje różne, dziwne myśli pałętają się po głowie, w stawach przykro człowiekowi zgrzyta i w korzonkach boleśnie łupie. Oj,
za dużo już tej wszechobecnej mokrości, chlupotania, szarości, coraz większych kałuż, kapania za kołnierz i do butów, jednostajnego stukania wielkich kropel o
parapety, błota wnoszonego na łapach psów… Lubię deszcz, ale co za dużo to niezdrowo! Lada chwila warzywa zaczną gnić na grządkach albo całkiem zjedzą je ślimaki, które w nieprzebranych, zwycięskich hordach co wieczór wychodzą na żer w moim ogrodzie.
- Gdzie podziało się słonko, gdzie jakaś iskra, która by ożywiła
duszę i dała impuls ciału do jakiegoś ciekawego działania? – duma istota ludzka
przymusowo zmieniona w mieszkańca krainy Deszczowców i człapiąca po ogrodzie w nieodzownych na tę pogodę gumowcach.
- Gdybyż
przynajmniej po tych deszczach grzyby pojawiły się w jakichś
satysfakcjonujących ilościach a nie jak dotąd pojedyncze i robaczywe! –
rozmyśla nieszczęsny człek zapatrzony w mokrą drogę i w niewróżące poprawy pogody kłęby burych
chmur na niebie.
W porze
wielodniowej ulewy, łaknie się jakiegoś pocieszenia, namiastki słońca, zajęcia myśli i rąk czymś
przyjemnym i pożytecznym, mile się kojarzącym. Wprawdzie podczas deszczu dobrze się pisze, słucha muzyki albo czyta
czy po prostu śpi, dobrze jednak byłoby mieć jakiś wybór…
Z tego
wszystkiego wzięłam się za przeglądanie zdjęć z Australii. Dawno już ich nie
oglądałam a o większości z nich zapomniałam. Nie pamiętam większości nazw
miejscowości, które wtedy przemierzaliśmy, ani wielu własnych wrażeń z tamtego
okresu. Patrzę na te fotki z przyjemnością, ale już bez emocji. To jakieś ładne, kolorowe
pocztówki. I choć na wielu z nich jestem uwieczniona, to jest to jakaś dawna Ola, jakże od
obecnej daleka. Ola z innego snu, nierzeczywista…Ożywiłam się dopiero na widok fotografii przedstawiających
zbierane w Australii maślaki i rydze, które masowo porastały pobocza dróg, obrzeża winnic i
trawniki przy drzewach iglastych w oddalonych od centrum Melbourne dzielnicach. Poza Polakami i paroma
innymi nacjami słowiańskimi grzyby te nie budziły tam u miejscowych najmniejszego
zainteresowania. Tubylcy wielce podejrzliwie traktują bowiem dzikie, dziwaczne mushrooms…Dla
nich są po prostu niejadalne. Co innego pieczarki! Te wprost uwielbiają!
Kuchnia jest zazwyczaj
dla kobiety miejscem codziennych, powtarzalnych i nieraz nużących czynności ale
przecież może też stać się pracownią alchemiczną szalonej baby Jagi, gdzie dokonuje się kolorowych
czarów, gdzie można poczuć prostą radość
z powodu drobnego sukcesu, zobaczyć też ową radość w oczach współbiesiadnika. Dobra,
kuchenna magia przemian dziejących się za sprawą kobiecych rąk i jej wyobraźni
potrafi skierować myśli na nowe tory, obudzić życzliwe słowo i uśmiech, a
wreszcie dodać pewności siebie. Tak myślę, tak czuję, takiej magii
potrzebuję!:-)
Zatem czary mary! Zabieram się za robienie pizzy!:-))
Do miski wsypuję
ok. pół kg mąki. Do niej opakowanie drożdży suszonych oraz łyżeczkę cukru i
soli.
Do tego wlewam dwie łyżki oleju i mniej więcej szklankę
podgrzanego do temperatury ok. 40 stopni C. mleka. Wszystko wyrabiam dokładnie
ciepłymi dłońmi. Podśpiewuję sobie cichutko,
bo mam wrażenie, że ciasto to lubi. Lubi też, gdy się je wyrabia w jakimś
rytmie i robi się to z czułością, uważnie. Ciasto nie powinno lepić się do rąk.
Gdyby tak się działo trzeba dosypać mąki i znowu starannie, z uczuciem
wyrabiać. Następnie ciasto pizzowe
zostawia się w misce pod przykryciem żeby sobie w spokoju podrosło. Dobrze jest
na ten czas pozamykać okna i drzwi, bo ta wrażliwa, żyjąca masa nie cierpi
przeciągów.
Kiedy ciasto rośnie sobie cichutko, ale
wytrwale można spokojnie przygotować pozostałe składniki. Tu panuje pełna
dowolność. Każdy dodaje, co lubi, co akurat ma. Ja pokroiłam dzisiaj jedną czerwoną
paprykę i dwadzieścia dag pieczarek, znalazłam też w lodówce trochę salami w
plasterkach. Na tarce starłam kawałek mozarelli, do posypania pizzy. Zaraz
potem zerknęłam pod ściereczkę na schowane tam moje ciasto.
Och, świetnie!
Podwoiło swoją objętość i pełno na nim pęcherzyków powietrza, drobnych i większych
pęknięć oraz tajemniczych kraterów. Jest to znak, że można z pracami ruszać dalej.
Trzeba jeszcze raz porządnie wyrobić ciasto a następnie rozwałkować je na
cienki placek. Ów placek układa się delikatnie w wysmarowanej olejem foremce a
nadmiar ciasta odcina a potem robi z niego bułeczkę czy dwie i piecze w piecu razem z
pizzą.
W czasie gdy
piekarnik rozgrzewa się do temperatury 200 stopni Celcjusza ciasto smaruje się jakimś sosem pomidorowym
albo po prostu zwyczajnym przecierem. Następnie szczodrze sypie się na placek
oregano i dopiero potem układa całą resztę składników, na koniec posypując wszystko
obficie żółtym serem. I hop do piekarnika na ok 25 – 30 minut!
Podobno nie
powinno się do piekarnika w tym czasie zaglądać, żeby ciasto drożdżowe nie
opadło. Ja jednak zawsze zaglądam i nigdy nic złego z tego powodu się nie
dzieje! Kucam i oświetlam sobie tajemnicze wnętrze pieca latarką. Lubię widzieć
na bieżąco te tajemnicze fizyczno-chemiczne przemiany zachodzące w moich
wypiekach. Lubię wiedzieć, że wszystko idzie dobrze. Uśmiecham się, gdy tak się
dzieje a mam wrażenie, że ciasto to czuje i rumieni się z radości!:-)
I oto moja
pizza - wspaniale wyrośnięta i puszysta,
a tylko po bokach twarda i chrupiąca. Pachnąca oregano, salami i papryką.
Mięciutka i rozpływająca się w ustach. Przynajmniej ja tak ją odbieram.
- I co, Cezary! Smakuje ci? – pytam spoglądając z
napięciem na twarz męża.
On przymyka oczy z rozkoszy, przeżuwa dokładnie spory kęs
i kiwa głową uśmiechając się z widocznym zadowoleniem.
- Zjemy chyba całą? – mówi wreszcie zerkając łakomie na
połowę pizzy pozostałą na blasze.
- Myślisz, że damy radę? – mruczę rozjadłszy się na
dobre.
- No pewnie, że damy? Nie znasz nas? – porozumiewawczo śmieje
się Cezary.
Tymczasem za oknem przestało padać i pojawiło się odrobinę błękitu na szarym dotąd niebie. Nie wiem, na jak długo tak zostanie, ale w tym momencie mnie to jakoś nie trapi…
















