Majowe dzianie w
Jaworowie pełne jest słońca a nawet obfitujące w jego nadmiar, gdyż ziemia
znowu twarda jak kamień, popękana od suszy a wszelkie ledwo co posadzone albo
wykiełkowane roślinki na warzywniku trzeba co dnia podlewać by nie zmarniały.
Krążymy z Cezarym po ogrodzie od rana do wieczora. Robota goni robotę a trawa,
mimo suszy rośnie jak szalona i kosiarka stale jest w ruchu.
Na drzewach i
krzewach widać już mnóstwo zawiązków owoców i o ile żaden grad ich nie wysiecze
ani mróz nie zetnie będziemy mieć w tym roku wielki, owocowy urodzaj.
Zaczęły już
kwitnąć bzy, kaliny i chrzan. Ku słońcu pnie się jaskółcze ziele, lubczyk, melisa, wrotycz i mięta. Rozrasta się bujnie roślinność wokół naszego
stawiku, który z braku deszczu, niestety, wysechł całkowicie i nieznany jest
los tysięcy kijanek jeszcze parę dni temu radośnie się w nim pluskających.
Wybieramy się od
czasu do czasu na wędrówki do lasu, bo te spacery są niezbędnym przerywnikiem
od pracy, radością dla nas i stęsknionych za swobodnym biegiem psów. A las
coraz zieleńszy, gąszcze gęściejsze, natomiast psy po kąpieli w
błotnistych bajorach coraz brudniejsze…
Tymczasem na polu trawa dorodna, kwitnąca i wysoka, na pierwszy pokos już niecierpliwie czekająca. Żółcą się w niej jaskry, fioletowieją dzwonki żywokostu lekarskiego.
Kilka dni temu
zostałam paskudnie ugryziona przez małego niczym główka od szpilki kleszcza. Ten
podstępny krwiopijca dopadł mnie chyba w warzywniku. Pewnie podczas sadzenia
pomidorów albo kapusty. Miejsce wokół ugryzienia stale czerwienieje i się powiększa.
Swędzi okropnie. Kto wie, czy nie będę musiała iść z tym do lekarza i znowu
łykać serii antybiotyków przeciw boreliozie? Niestety, co roku prawie mi się to przydarza. Jak i większości
mieszkańców wsi. Żyjąc blisko natury nie da się ustrzec przed przykrymi
niespodziankami.
Ale moje myśli
wcale nie to zajmuje. Podczas pracy w ogrodzie najlepiej jest o niczym nie myśleć,
wyciszyć się i o ile to możliwe odpocząć psychicznie. Albo też tworzyć w
głowie plan tego, co chce się napisać. Mnie zajmują ostatnio scenariusze kolejnych wydarzeń w pisanej już od kilku miesięcy
„Karczmie na rozstaju dróg”. Ta opowieść ku memu własnemu zaskoczeniu rozrasta
się, wciąga mnie coraz bardziej i nieraz nawet po nocach rozmyślam o jej
bohaterach, tak jakbym znała ich naprawdę, jakby opisanie ich skomplikowanych
dziejów było ważne nie tylko dla mnie, ale i dla nich…
A co do bardziej
światowych spraw chciałam się jeszcze podzielić z Wami moim zadowoleniem
wynikającym z nieoczekiwanego ocieplenia stosunków między dwoma Koreami. Może to
naiwne i dziecinne cieszyć się przedwcześnie, tym niemniej nie mogę się powstrzymać
przed wzruszeniem, gdy oglądam przedstawicielki dwóch drużyn w tenisie
stołowym, które odmówiwszy gry przeciw sobie utworzyły jeden zespół i uśmiechnięte przytulają
się po siostrzanemu…

W związku z tym
popełniłam taki oto, pozytywny w wymowie wierszyk:
Dobra nowina
Czasem się dzieją piękne rzeczy, blask niespodzianek, cud
przejaśnień
Chociaż zwątpienia i niewiara każą nie ufać w takie baśnie
Czasem przybywa skądś nowina, która znów budzi moc nadziei
Choć stada kruków kraczą, krążą, ona po prostu kroczy w bieli
Uczy jak dostrzec rzadkie piękno w codziennej, zwykłej, ludzkiej doli
Poznać wzruszenie, szczerość, bliskość, wypatrzeć chabry wśród kąkoli
I w żadne spory się nie wdawać, nie krzyczeć, nie drwić – patrzeć w oczy
Nie słuchać zrzędzeń, utyskiwań. I nie dać marom się zamroczyć
Uśmiech na licu mieć spokojny i prostą radość w duszy
Że dobro jest i będzie w świecie. I nic go nie zagłuszy.
A chociaż wrócą chmury, deszcze, choć cień spowije dzianie
To potem znowu zalśni słońce, kolejny świt nastanie…
Chociaż zwątpienia i niewiara każą nie ufać w takie baśnie
Czasem przybywa skądś nowina, która znów budzi moc nadziei
Choć stada kruków kraczą, krążą, ona po prostu kroczy w bieli
Uczy jak dostrzec rzadkie piękno w codziennej, zwykłej, ludzkiej doli
Poznać wzruszenie, szczerość, bliskość, wypatrzeć chabry wśród kąkoli
I w żadne spory się nie wdawać, nie krzyczeć, nie drwić – patrzeć w oczy
Nie słuchać zrzędzeń, utyskiwań. I nie dać marom się zamroczyć
Uśmiech na licu mieć spokojny i prostą radość w duszy
Że dobro jest i będzie w świecie. I nic go nie zagłuszy.
A chociaż wrócą chmury, deszcze, choć cień spowije dzianie
To potem znowu zalśni słońce, kolejny świt nastanie…
I jeszcze jedno. W kartce z kalendarza na dzisiejszy dzień wyczytałam taką oto, jakże adekwatną do tego, o czym piszę sentencję autorstwa Waltera Scotta:
"Życie bez radości to lampka bez oliwy"
Kochani! Życzę Wam i sobie by w naszych lampkach nigdy nie zabrakło choćby odrobiny tej drogocennej oliwy!:-)




























