niedziela, 17 grudnia 2017

Cudowne dwa tygodnie…







…Wszystko ma swój czas, a ostatnie dwa tygodnie poświęciliśmy w całości naszemu gościowi z Australii. Drogie sercu dziewczę urodzone w kraju kangurów i niewiele dotąd mające okazji by z prawdziwą zimą i śniegiem obcować, podczas pobytu w Jaworowie nasyciło się do syta cudowną, śnieżną i mroźną pogodą. Biały puch jak na życzenie pojawił się już na samym początku jej pobytu. Najpierw posypał świat nieśmiało i delikatnie cukrem pudrem i już wówczas widok naszego siedliska wzbudził w Australijce zachwyt. A to było tylko preludium do symfonii bieli, chłodnego błękitu, chrzęszczącego pod nogami lodu i śniegu spadającego na twarz i okrywającego mięciutką pierzynką pogórzańską rzeczywistość, która nastała potem i otuliła przyjaźnie tak rzadkiego w naszych stronach gościa.


   Tak szybko przeleciały te wspólne, dobre chwile…Dopiero co obserwowaliśmy z Cezarym na lotnisku w Jasionce kołowanie samolotu z Warszawy, którym po przesiadce w Dubaju nasza kochana M. przybyła do nas z gorącego o tej porze roku kraju kangurów. A już trzeba było się pożegnać, odprowadzić ją z powrotem na samolot i wracać do opustoszałego nagle i dziwnie cichego domu by tęsknić i marzyć o kolejnych tak radosnych odwiedzinach.


   A co zdarzyło się między przylotem a odlotem naszego gościa? Było tego tak dużo, że na ten temat powstać by mogła kilkudziesięciostronicowa epopeja. Wobec tego napiszę tylko w telegraficznym skrócie o najbardziej pamiętnych, najmocniej w serdecznych wspomnieniach zapisanych momentach z tego wspólnego czasu. A wszystko okraszę mnóstwem ilustrujących te dwa tygodnie zdjęć. Zdjęcia wszak czasem więcej potrafią opowiedzieć niż wszystkie słowa świata.



  

    Najważniejsze były nasze codzienne spacery do lasu! Uszczęśliwione psy biegły na wyścigi by tarzać się w śniegowych zaspach, ścigać między drzewami, gonić wiatr i tańczące wesoło płatki śniegu a potem przybiegać do naszych dłoni na gorące pieszczoty, na serdeczne liźnięcia, na krótki odpoczynek przed kolejnym sprintem w bielusieńkie oddale. Nawet gdy wokół unosiła się siwa mgła, nawet gdy w kolejnych dniach topniał śnieg i na łąkach oraz w lesie marne jego resztki widoczne były tylko pośród kałuż i błota nasza droga M. widziała w tym krajobrazie niezwykłe piękno. I choćby nam z Cezarym wcale się na żadną przechadzkę iść nie chciało, ona swym entuzjazmem potrafiła nas skutecznie zarazić i przekonać do obucia gumofilców oraz zanurzenia się w błotnisto-mglistą przestrzeń otaczających nas lasów, pól i wzgórz. 




   


    
    A potem znowu kolejny dzionek witał nas odmienną pogodą. Rozświetlał okolice niepokalaną bielą i ustrajał Jaworowo w diamentową szatę królowej śniegu. Słońce przebłyskujące między drzewami na intensywnie niebieskim niebie sprawiało, iż chciało nam się wędrować i wędrować bez końca a radosny uśmiech na twarzy naszego gościa był dla nas najwspanialszym podziękowaniem i ozdobą tych dni.




   Udało nam się w czasie tych dwóch tygodni odwiedzić Przemyśl, pospacerować po tamtejszym rynku, objadać się wypiekanymi tamże najpyszniejszymi na świecie ciepłymi pączkami w kształcie pierogów, wędrować wzdłuż bulwarów nad Sanem, zjeść pyszny placek po węgiersku oraz pojechać na tonący w śniegu kopiec tatarski, z którego widać było zamgloną panoramę całego Przemyśla i okolic.



   Wielkim marzeniem moim i Cezarego było odwiedzenie w zimowym czasie ukochanych Bieszczadów. Ponieważ jednak nie dysponujemy pojazdem z napędem na cztery koła, zdolnym przedrzeć się przez śniegowo-lodowe zasieki poczekać musieliśmy do dnia, gdy na Podkarpaciu zrobiło się tak ciepło, iż nieomalże wiosennie. Mieliśmy nadzieję, że przy dwunastu stopniach na plusie uda nam się dojechać w Bieszczadach w najciekawsze miejsca i zobaczyć śnieżne czapy leżące na najwyższych szczytach tych gór. Niestety, okazało się, iż w górach śnieg nie zdążył stopnieć do tego stopnia co u nas i przy temperaturze plus sześć stopni zalegał grubą, zlodowaciałą warstwą na drodze do Mucznego, gdzie chcieliśmy pokazać M. zagrodę żubrów i wejście na Bukowe Berdo. Dostrzegłszy nagle na wijącej się serpentynami szosie ku Mucznemu uwięźnięty w rowie jeep oraz usiłującą go wyciągnąć stamtąd furgonetkę musieliśmy zrezygnować z dalszej jazdy. A ponieważ nie było gdzie zawrócić, to przez ponad trzy kilometry zjeżdżaliśmy powolutku tyłem ślizgając się na lodowych bryłach i tańcząc w koleinach.
 Mimo to, nie tracąc nadziei na dojazd do Cisnej postanowiliśmy kontynuować naszą podróż. Dopiero za Ustrzykami Górnymi, gdy kierowca napotkanej tam odśnieżarki poinformował nas, że dalej, ze względu na głębokie koleiny ciężko będzie nam się przedostać zrezygnowaliśmy z dalszej jazdy. Jedynym miejscem, które dane nam było wówczas zwiedzić w górach okazało się Arłamowo wraz z jego luksusowym kompleksem hotelowym. Zrobiliśmy także kilka ładnych zdjęć w Lutowiskach i odwiedziliśmy Ustrzyki Dolne, gdzie od handlujących tam Ukrainek kupiliśmy najpyszniejsze cukierki czekoladowe, jakie dane nam było do tej pory zjeść!( z wędzonymi śliwkami, orzechami i prażonym słonecznikiem!). Innym, niezapomnianym smakołykiem były zwykłe zapiekanki pożarte w sympatycznym barze w pobliskim Dynowie  (w Australii nie znają takich jak w Polsce zapiekanek!:-)




   A ponieważ dni grudniowe krótkie są i po szybko nadciągającym zmierzchu dużo czasu trzeba spędzać w zaciszu domowym wymyślaliśmy sobie na te długie godziny przeróżne rozrywki takie jak, oglądanie wszystkich części Trylogii Sienkiewicza, rozwiązywanie krzyżówek, lepienie pierogów, picie grzanego, bzowego wina albo delektowanie się regionalnymi piwami, nostalgiczne opowieści z dzieciństwa, rozmowy o przyszłości i rzewne śpiewy, szalone zabawy z rozpuszczonymi jak dziadowski bicz psami, smażenie ziemniaczanych łódeczek, naleśników i gotowanie typowo polskich zup a także wyjadanie zapasów z domowej spiżarki, która to spiżarka budziła u naszej miłej M. zachwyt oraz ataki niepohamowanego łakomstwa. Zdumiona wielkim popytem na moje przetwory śmiałam się zadowolona,  gdy co dnia opróżniały się kolejne słoje z konfiturami, kompotami, grzybkami, ogórkami, zielonymi pomidorami na ostro i papryką na słodko. 


   Widząc jak bardzo droga M.  raduje się śnieżną aurą zaproponowałam jej i Cezaremu zorganizowanie dla nas wcześniejszej o dwa tygodnie wigilii Bożego Narodzenia. Wszak nasz australijski gość nigdy jeszcze nie przeżył prawdziwie białych świąt. W Australii grudzień oznacza początek upalnego lata a o prawdziwie świąteczny nastrój w takich warunkach nieco trudno. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy! Wspólnie ubraliśmy choinkę, śmiejąc się i przekomarzając ustroiliśmy w migoczące lampki kuchenne okno, napiekliśmy pierników, grzybowików i ryb, przyrządziliśmy śledzie z olejem, ugotowaliśmy przepyszną zupę grzybową. A w sobotni, mroźny wieczór usiedliśmy przy nakrytym czerwono-białym obrusem i zastawionym szczodrze stole kuchennym, gdzie złożywszy sobie serdeczne życzenia i wychyliwszy bzowym winem toast za nasze rychłe spotkanie zjedliśmy wigilijną wieczerzę spoglądając na śniegową pierzynką okryty cichy świat za oknem. Ogień strzelał w piecu wesołymi iskierkami a nasze cztery psiska leżały pod stołem albo kręciły się wokół nas upominając się piernikowe smakołyki albo prosząc uwielbiającą je M. o pieszczenie brzuszków i głaskanie rozanielonych pysków. I płynęły nam miłe, nieśpieszne godziny i niosły się w dal z naszego białego Jaworowa melodie kolęd, tych najpiękniejszych, polskich i tych tradycyjnych, staroangielskich, popularnych w Australii…


  


    Spodobały nam się bardzo prezenty od naszego gościa otrzymane: namalowany przez aborygeńskiego artystę obrazek oraz wykonane z drewna eukaliptusa podkładki pod napoje przedstawiające endemiczne zwierzęta australijskie. Teraz, gdy zostaliśmy we dwoje z Cezarym gładzimy je z czułością, oglądamy też wykonane przez te dwa tygodnie setki zdjęć i wzruszamy się wspominając tę cudownie i bardzo intensywnie spędzoną z naszym gościem pierwszą połowę grudnia…














   A tymczasem zima u nas coraz sroższa. Oblodzona droga wiodąca do miasteczka absolutnie nie zachęca do żadnych podróży. A trzeba będzie w tym tygodniu wybrać się znowu na jakieś zakupy i do lekarza, na umówioną od dawna wizytę. Mamy nadzieję, że gdy założymy na koła łańcuchy uda nam się dojechać tam i z powrotem by potem w lubianym przez nas oddaleniu od całego świata na długi czas zanurzyć się w cichą przestrzeń marzeń i wspomnień, w dającą nam poczucie bezpieczeństwa oraz spokoju śnieżnobiałą, pogórzańską codzienność…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost