…Wszystko ma swój czas, a ostatnie dwa tygodnie
poświęciliśmy w całości naszemu gościowi z Australii. Drogie sercu dziewczę
urodzone w kraju kangurów i niewiele dotąd mające okazji by z prawdziwą zimą i
śniegiem obcować, podczas pobytu w Jaworowie nasyciło się do syta cudowną,
śnieżną i mroźną pogodą. Biały puch jak na życzenie pojawił się już na samym początku jej
pobytu. Najpierw posypał świat nieśmiało i delikatnie cukrem pudrem i już wówczas
widok naszego siedliska wzbudził w Australijce zachwyt. A to było tylko
preludium do symfonii bieli, chłodnego błękitu, chrzęszczącego pod nogami lodu
i śniegu spadającego na twarz i okrywającego mięciutką pierzynką pogórzańską
rzeczywistość, która nastała potem i otuliła przyjaźnie tak rzadkiego w naszych
stronach gościa.
Tak szybko
przeleciały te wspólne, dobre chwile…Dopiero co obserwowaliśmy z Cezarym na
lotnisku w Jasionce kołowanie samolotu z Warszawy, którym po przesiadce w
Dubaju nasza kochana M. przybyła do nas z gorącego o tej porze roku kraju
kangurów. A już trzeba było się pożegnać, odprowadzić ją z powrotem na samolot
i wracać do opustoszałego nagle i dziwnie cichego domu by tęsknić i marzyć o
kolejnych tak radosnych odwiedzinach.
A co zdarzyło się
między przylotem a odlotem naszego gościa? Było tego tak dużo, że na ten temat powstać
by mogła kilkudziesięciostronicowa epopeja. Wobec tego napiszę tylko w telegraficznym
skrócie o najbardziej pamiętnych, najmocniej w serdecznych wspomnieniach
zapisanych momentach z tego wspólnego czasu. A wszystko okraszę mnóstwem
ilustrujących te dwa tygodnie zdjęć. Zdjęcia wszak czasem więcej potrafią opowiedzieć
niż wszystkie słowa świata.
Najważniejsze
były nasze codzienne spacery do lasu! Uszczęśliwione psy biegły na wyścigi by
tarzać się w śniegowych zaspach, ścigać między drzewami, gonić wiatr i tańczące
wesoło płatki śniegu a potem przybiegać do naszych dłoni na gorące pieszczoty,
na serdeczne liźnięcia, na krótki odpoczynek przed kolejnym sprintem w
bielusieńkie oddale. Nawet gdy wokół unosiła się siwa mgła, nawet gdy w
kolejnych dniach topniał śnieg i na łąkach oraz w lesie marne jego resztki
widoczne były tylko pośród kałuż i błota nasza droga M. widziała w tym
krajobrazie niezwykłe piękno. I choćby nam z Cezarym wcale się na żadną
przechadzkę iść nie chciało, ona swym entuzjazmem potrafiła nas skutecznie zarazić
i przekonać do obucia gumofilców oraz zanurzenia się w błotnisto-mglistą
przestrzeń otaczających nas lasów, pól i wzgórz.
A potem znowu kolejny
dzionek witał nas odmienną pogodą. Rozświetlał okolice niepokalaną bielą i
ustrajał Jaworowo w diamentową szatę królowej śniegu. Słońce przebłyskujące między
drzewami na intensywnie niebieskim niebie sprawiało, iż chciało nam się wędrować
i wędrować bez końca a radosny uśmiech na twarzy naszego gościa był dla nas
najwspanialszym podziękowaniem i ozdobą tych dni.
Udało nam się w
czasie tych dwóch tygodni odwiedzić Przemyśl, pospacerować po tamtejszym rynku,
objadać się wypiekanymi tamże najpyszniejszymi na świecie ciepłymi pączkami w
kształcie pierogów, wędrować wzdłuż bulwarów nad Sanem, zjeść pyszny placek po
węgiersku oraz pojechać na tonący w śniegu kopiec tatarski, z którego widać
było zamgloną panoramę całego Przemyśla i okolic.
Wielkim
marzeniem moim i Cezarego było odwiedzenie w zimowym czasie ukochanych Bieszczadów.
Ponieważ jednak nie dysponujemy pojazdem z napędem na cztery koła, zdolnym
przedrzeć się przez śniegowo-lodowe zasieki poczekać musieliśmy do dnia, gdy na
Podkarpaciu zrobiło się tak ciepło, iż nieomalże wiosennie. Mieliśmy nadzieję,
że przy dwunastu stopniach na plusie uda nam się dojechać w Bieszczadach w
najciekawsze miejsca i zobaczyć śnieżne czapy leżące na najwyższych szczytach
tych gór. Niestety, okazało się, iż w górach śnieg nie zdążył stopnieć do tego
stopnia co u nas i przy temperaturze plus sześć stopni zalegał grubą,
zlodowaciałą warstwą na drodze do Mucznego, gdzie chcieliśmy pokazać M. zagrodę
żubrów i wejście na Bukowe Berdo. Dostrzegłszy nagle na wijącej się serpentynami
szosie ku Mucznemu uwięźnięty w rowie jeep oraz usiłującą go wyciągnąć stamtąd
furgonetkę musieliśmy zrezygnować z dalszej jazdy. A ponieważ nie było gdzie
zawrócić, to przez ponad trzy kilometry zjeżdżaliśmy powolutku tyłem ślizgając się
na lodowych bryłach i tańcząc w koleinach.
Mimo to, nie tracąc nadziei na
dojazd do Cisnej postanowiliśmy kontynuować naszą podróż. Dopiero za Ustrzykami
Górnymi, gdy kierowca napotkanej tam odśnieżarki poinformował nas, że dalej, ze
względu na głębokie koleiny ciężko będzie nam się przedostać zrezygnowaliśmy z
dalszej jazdy. Jedynym miejscem, które dane nam było wówczas zwiedzić w górach
okazało się Arłamowo wraz z jego luksusowym kompleksem hotelowym. Zrobiliśmy
także kilka ładnych zdjęć w Lutowiskach i odwiedziliśmy Ustrzyki Dolne, gdzie
od handlujących tam Ukrainek kupiliśmy najpyszniejsze cukierki czekoladowe,
jakie dane nam było do tej pory zjeść!( z wędzonymi śliwkami, orzechami i
prażonym słonecznikiem!). Innym, niezapomnianym smakołykiem były zwykłe
zapiekanki pożarte w sympatycznym barze w pobliskim Dynowie (w Australii nie znają takich jak w Polsce
zapiekanek!:-)
A ponieważ dni
grudniowe krótkie są i po szybko nadciągającym zmierzchu dużo czasu trzeba
spędzać w zaciszu domowym wymyślaliśmy sobie na te długie godziny przeróżne rozrywki
takie jak, oglądanie wszystkich części Trylogii Sienkiewicza, rozwiązywanie
krzyżówek, lepienie pierogów, picie grzanego, bzowego wina albo delektowanie się
regionalnymi piwami, nostalgiczne opowieści z dzieciństwa, rozmowy o
przyszłości i rzewne śpiewy, szalone zabawy z rozpuszczonymi jak dziadowski
bicz psami, smażenie ziemniaczanych łódeczek, naleśników i gotowanie typowo
polskich zup a także wyjadanie zapasów z domowej spiżarki, która to spiżarka
budziła u naszej miłej M. zachwyt oraz ataki niepohamowanego łakomstwa.
Zdumiona wielkim popytem na moje przetwory śmiałam się zadowolona, gdy co dnia opróżniały się kolejne słoje z
konfiturami, kompotami, grzybkami, ogórkami, zielonymi pomidorami na ostro i
papryką na słodko.
Widząc jak
bardzo droga M. raduje się śnieżną aurą
zaproponowałam jej i Cezaremu zorganizowanie dla nas wcześniejszej o dwa
tygodnie wigilii Bożego Narodzenia. Wszak nasz australijski gość nigdy jeszcze
nie przeżył prawdziwie białych świąt. W Australii grudzień oznacza początek
upalnego lata a o prawdziwie świąteczny nastrój w takich warunkach nieco
trudno. Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy! Wspólnie ubraliśmy choinkę, śmiejąc
się i przekomarzając ustroiliśmy w migoczące lampki kuchenne okno, napiekliśmy
pierników, grzybowików i ryb, przyrządziliśmy śledzie z olejem, ugotowaliśmy
przepyszną zupę grzybową. A w sobotni, mroźny wieczór usiedliśmy przy nakrytym
czerwono-białym obrusem i zastawionym szczodrze stole kuchennym, gdzie
złożywszy sobie serdeczne życzenia i wychyliwszy bzowym winem toast za nasze rychłe
spotkanie zjedliśmy wigilijną wieczerzę spoglądając na śniegową pierzynką
okryty cichy świat za oknem. Ogień strzelał w piecu wesołymi iskierkami a nasze
cztery psiska leżały pod stołem albo kręciły się wokół nas upominając się piernikowe
smakołyki albo prosząc uwielbiającą je M. o pieszczenie brzuszków i głaskanie rozanielonych
pysków. I płynęły nam miłe, nieśpieszne godziny i niosły się w dal z naszego
białego Jaworowa melodie kolęd, tych najpiękniejszych, polskich i tych
tradycyjnych, staroangielskich, popularnych w Australii…
Spodobały nam się
bardzo prezenty od naszego gościa otrzymane: namalowany przez aborygeńskiego
artystę obrazek oraz wykonane z drewna eukaliptusa podkładki pod napoje
przedstawiające endemiczne zwierzęta australijskie. Teraz, gdy zostaliśmy we
dwoje z Cezarym gładzimy je z czułością, oglądamy też wykonane przez te dwa
tygodnie setki zdjęć i wzruszamy się wspominając tę cudownie i bardzo
intensywnie spędzoną z naszym gościem pierwszą połowę grudnia…
A tymczasem zima
u nas coraz sroższa. Oblodzona droga wiodąca do miasteczka absolutnie nie
zachęca do żadnych podróży. A trzeba będzie w tym tygodniu wybrać się znowu na
jakieś zakupy i do lekarza, na umówioną od dawna wizytę. Mamy nadzieję, że gdy
założymy na koła łańcuchy uda nam się dojechać tam i z powrotem by potem w
lubianym przez nas oddaleniu od całego świata na długi czas zanurzyć się w
cichą przestrzeń marzeń i wspomnień, w dającą nam poczucie bezpieczeństwa oraz
spokoju śnieżnobiałą, pogórzańską codzienność…




















































