zdjęcie z Internetu
Przeczytałam dzisiaj wstrząsający tekst o
słoniach afrykańskich, które coraz częściej przychodzą na świat bez ciosów albo
też z ciosami w zaniku. Ciosy to kły, czyli górne siekacze. Na kły słoniowe
poluje się od stuleci. Dlatego osobniki z największymi kłami zostały już prawie
do końca wytrzebione. Nie ma więc komu
przekazać właściwych genów. To pierwsza przyczyna. A druga? Zapewne mądrość
natury. Ona broni się przed zupełną redukcją. Sama pozbawia się tego, co
mogłoby być przyczyną jej zupełnego zniszczenia. Umniejsza się by ocaleć. Chroni
swą istotę poświęcając zewnętrzne
atrybuty. Dlatego też rodzą się teraz słoniowe maluchy zupełnie bez kłów albo z
tak maleńkimi, że prawie niewidocznymi siekaczami. Tym samym słoniątka są
bezpieczne, bo zupełnie nieatrakcyjne dla kłusowników. Tyle, że życie bez
ciosów jest trudne dla słoni. Do czego im właściwie te kły? Ano, do kopania w
ziemi w poszukiwaniu wody albo do rozłupywania pni drzew w celu dobrania się do
ich miękkiej, pożywnej miazgi lub do walk godowych, gdy przychodzi pora albo do
obrony małych przed lwami i hienami. Coraz więcej słoni rodzi się bez kłów…
Przystosowują się jak potrafią do życia takiego, jakie jest. Okrucieństwo
człowieka wymusza zmiany w ich rozwoju ewolucyjnym. Czy dalej są słoniami, czy może
to już jakieś dziwne, nowe, zaprzeczające idei słoniowatości istoty?
Tekst o słoniach przywiódł mi na myśl nas –
ludzi. Nas, którzy też dostosowujemy się do warunków, okoliczności, wymagań, oczekiwań i
zagrożeń. Chcąc umknąć polowaniu (czytaj: wyszydzeniu, zignorowaniu, zakrzyczeniu,
wyśmianiu, zapomnieniu, zagrażającej istnieniu zmianie) pozbywamy się naszych
najważniejszych atrybutów. Chowamy w sobie głęboko wrażliwość, świadomość, odwagę,
wolność, wiedzę i radość istnienia. Wiercamy się w głębokie, ciemne nory i tak tkwimy w lęku i ciszy. Byleby ocaleć. Byleby nie zagarnęła nas do
szczętu fala buty, głupoty, pozerstwa, obezwładniającej cudzej pewności siebie, arogancji i obowiązującej poprawności politycznej. Byle
nas nie zauważyła i nie unicestwiła.
A więc ocaleliśmy...I tak tkwimy w tych norkach bez kłów. Niewidoczni. Nieatrakcyjni. Zredukowani. Nie poznający samych siebie.Udający zadowolenie i klaszczący wtedy, gdy inni klaszczą. Byleby nie wyjść przed szereg. Popatrujący na innych, tak podobnych. Czy dobrze? Czy udało się nie zaburzyć tej zakleszczającej nas dokumentnie układanki? Dobrze...Och, jaka ulga...
Ale
kim jesteśmy w tej nowej, niby bezpiecznej formie? Czy dalej sobą? Czy dalej
ludźmi takimi, jakimi marzyło nam się kiedyś, że będziemy? Ile w nas ludzkości,
ile sztuczności, która jest najwygodniejszą maską, przepustką do istnienia w
takich, w jakich przyszło nam żyć czasach? Dostosowujemy się wciąż i wciąż,
zaprzeczając sobie, swojej prawdzie, która jest nami… Czy warto?
