piątek, 6 maja 2016

Rowerowe przejażdżki Jaworów…




   Podczas długiego, majowego weekendu wreszcie wybraliśmy się z Cezarym oraz z pieskami na kilkunastokilometrową wycieczkę rowerową.  Kóz zabierać na takie wyprawy nie sposób, albowiem biega toto gdzie popadnie, bodzie się i skacze szaleńczo za nic mając przepisy ruchu drogowego oraz nasze bezpieczeństwo. Zresztą kiedyś i od kóz odpocząć zda się a przy tym innego nieco rodzaju rekreacji zażyć. Od kilku lat już nie pedałowaliśmy, nie znajdując na takie przejażdżki ani siły ani czasu.


  W kołowrotku codziennych obowiązków nie potrafiliśmy wyłuskać miejsca na beztroskie, rowerowe wyprawy. A szkoda, bo drzewiej często śmigaliśmy po polnych drogach, czując się wówczas młodo i zdrowo. Stare czasy, choć w istocie przecież wcale nie tak stare… Obecnie z kondycją u nas nie najlepiej, zdrowie szwankuje a my usiłujemy nadrobić stracony czas i odzyskać nieco wigoru oraz wolności w skrzydłach.  Bo nie samymi pracami gospodarskimi człowiek żyje. Bo życie jest tylko jedno! A zdrowy ruch na świeżym powietrzu może być lepszy niż wszystkie medykamenty razem wzięte! Lepiej sobie to uświadomić późno niż wcale! 


   W celu wprawienia się i przywyknięcia do innego rodzaju ruchu wykonaliśmy w ostatnich tygodniach kilka krótszych przejażdżek. Zipiąc i oblewając się ósmymi potami dojechaliśmy do wyznaczonego uprzednio punktu.  Jakiż to ogromny dystans przemierzyliśmy? Aż wstyd przyznać! Za nami były zaledwie dwa kilometry pod górkę i z górki. Na umówionej mecie popatrzyliśmy na siebie z mieszaniną rozpaczy, niesmaku i rozbawienia.

- Źle z nami, chłopie! Do niczego się chyba już nie nadajemy. Na ławce tylko siedzieć, fajkę ćmić i winko domowej roboty popijać! – stwierdziłam i otarłam wierzchem rękawa kroplę potu skapującą mi właśnie z nosa.
- Ale trzeba robić wszystko by było lepiej! Jutro znowu wsiądziemy na rowery i pojutrze też. Nie ma wyjścia, jeśli nie chcemy całkowicie stetryczeć oraz poddać się chorobom!  - oświadczył  z głębokim przekonaniem mój mąż, zdjąwszy na moment czapkę by dać przeschnąć mokremu czołu. 
- A poza tym, o jakiej fajce Ty mówisz? Nie dla mnie już wszak takie rozkosze! – tu mina Cezarego  nieco zrzedła, ale mimo to dokończył wypowiedź. A słysząc ją i ja nieco posmutniałam:
 - Ani dla Ciebie winko, bo szkodzi Ci na żołądek! –  oświadczył z pewną dozą dziwnej satysfakcji a następnie zerkając na mnie wyzywająco w towarzystwie niezmordowanego Jacusia  niczym wicher pomknął ku oddalonemu o dwa kilometry domowi. 
Ha! Mógł tak mknąć, gdyż prawie cały czas było z górki! A ja musiałam koniecznie go dogonić, by udowodnić, że nie jest ze mną tak źle! Ale gdzie tam! Nie dogoniłam. Ledwo do domu dojechałam a za mną ostatkiem sił podreptała Zuzia…

   I taka to była nasza pierwsza, tegoroczna przejażdżka. A kiedy przyrzeczone następne? No cóż, postanowienia sobie a życie sobie. Nazajutrz trzeba było jechać do Przemyśla w ważnych sprawach urzędowych. Po powrocie, jak zwykle wyzuci z energii nie nadawaliśmy się już do radosnych wycieczek . Zresztą zwyczajne roboty gospodarskie czekały a po nich szybko nadszedł wieczór, kiedy zdolni byliśmy już tylko paść na kanapę, włączyć telewizor i oddać się tępemu wpatrywaniu w migające obrazki póki nie zmorzył nas sen. Pojutrze wpadli serdeczni znajomi i swą miłą obecnością zajęli nam kilka godzin. A kozy doczekać się nie mogły wyjścia na łąkę. Musiałam i dla nich znaleźć czas. Potem jednak tak mnie rozbolały stopy, że mowy nie było o wsiadaniu na rower. Następnego dzionka trzeba było odbyć rundkę po umówionych doktorach. Potem lało i wiało. Trzeba było w domu siedzieć i poprawy pogody wypatrywać. Wreszcie po kilku dniach cudem znaleźliśmy moment by wskoczyć na nasze śmigłe rumaki i dojechać do tego samego punktu, gdzie uprzednio. Nasza kondycja nie polepszyła się ani o jotę. Ponadto umęczeni całodziennym kopaniem na grządkach czuliśmy tę robotę w każdym mięśniu i kostce. I tak mijał czas a rowery znowu stały zapomniane w komórce i pokrywały się kurzem. Tymczasem wiosna ukazywała coraz piękniejsze oblicze a zmienna aura sprawiała, że powietrze stało się krystaliczne i pachnące. I toczył się ten czas swoim tempem, pełen nowych zdarzeń, pilnych spraw oraz przesypywania drogocennych chwil między palcami a Jaworowie nadal wybierali się na swe jazdy niczym gęsi do Cieplic.

   Aż wreszcie po deszczowych dniach nadszedł długi weekend. W try miga podjęliśmy wiekopomną decyzję. Napompowaliśmy koła rowerów. Spakowaliśmy butelkę naszej wody studziennej. Na szyjach powiesiliśmy aparaty fotograficzne. Gwizdnęliśmy na uszczęśliwione psy i oto już gotowi byliśmy na wiosenną przygodę. Porozumiewawczo uśmiechając się do siebie niczym dzieciaki, co to bez wiedzy rodziców wymykają się z domu zgrabnie wdrapaliśmy się na rowery i wyruszyliśmy. O dziwo, bez większego zmęczenia daliśmy radę przejechać błotnistymi albo trawiastymi drogami przełęczy łączącej dwa pogórzańskie przysiółki. Pogoda była znakomita. Ani za ciepło, ani za zimno. Niebo upstrzone paroma chmurkami nie zapowiadało żadnego deszczu. 


   Uroda okolic zapierała dech w piersiach. Zachwycały różne odcienie zieleni a zwłaszcza listki przydrożnych osik czy grabów, które upstrzone były prześlicznymi, niebieskimi żuczkami. A wesołe słoneczka kwiatków mniszka oraz błękitne spojrzenia bluszczyków kurdybanków uśmiechały się serdecznie z każdego przydrożnego rowu. 

   Piesunie biegły obok nas wytrwale a kiedy zmachały się zanadto czy też pragnienie dało się im we znaki padały w kałużach i chłeptały z nich do woli przepyszną, gliniastą wodę. Jacuś był w swoim żywiole! Ileż energii ma w sobie ten psiak! Wyprzedzał nas po wielekroć, zataczał kółka gdzieś na widnokręgu, uganiał się za ptaszkami, zbiegał w dół doliny ku strumykom a potem pędził jak strzała między brzozowymi i sosnowymi młodniakami albo mknął bezkresnymi polami, ukazując co jakiś czas swą roześmianą mordysię. Kilka lat starsza od niego Zuzia także nieźle sobie radziła i z podziwem spoglądaliśmy na jej pełen powabu, lwi kłus, którym starała się dotrzymać nam kroku. Dopiero pod koniec wyprawy psinka straciła nieco rezonu i ziając niczym miech kowalski biegła z tyłu pochodu, najwidoczniej nie mogąc się doczekać dotarcia do domu. 

   Ale wracając do wyprawy to naszą metą była tym razem studzienka przy kapliczce. Kiedyś często tam bywaliśmy, aby raczyć się przeczystą i ponoć mającą cudowne właściwości wodą. Tym razem, niestety, nie mogliśmy zwilżyć spieczonych ust, albowiem ktoś ukradł wałek z korbą oraz wiadro z łańcuchem. Rozczarowani zerknęliśmy w głąb studni. Woda lśniła w niej srebrzyście i spoglądała na nas tęsknym okiem. Natomiast za cembrowiną, na kamiennej podłodze leżał wielki, martwy zając i dopełniał przykrego wrażenia całości. Zuzia obwąchała zwierzaka podejrzliwie a potem odeszła podkuliwszy pod siebie ogon. Przygnębieni tym widokiem poczuliśmy nagle, że cała para z nas uszła. Jakoś dziwnie do tej pory byliśmy przekonani, że w naszych okolicach nie ma żadnych złodziei ani wandali. A poza tym to oddalone od siedzib ludzkich miejsce zdało się chronione przez sam majestat gór, przez niewinną, dziką naturę oraz głęboką, tradycją wspomaganą wiarę tubylców. Cóż, jak się okazuje, nie ma nic świętego a źli ludzie potrafią dojść wszędzie i zbezcześcić wszystko. Nie dziwota zatem, iż nie chciało się nam zostawać przy studzience zbyt długo. 


   Wzdychając ciężko wsiedliśmy na rowery i znowu wstęgą dróg, miedzą pól zielonych pomknęliśmy chyżo w drogę powrotną mijając nieliczne, schowane wśród zieleni chałupki i ogródki. Słonko opalało nasze twarze a wietrzyk osuszał pot i rozwiewał smutne myśli. Natomiast pieski rozweselały nas radosnymi minami i rozczulały wiernymi spojrzeniami.  Miło się jechało. Świat uśmiechał się majowo i mówił nam, że jednak dobra i niewinności jest na świecie więcej niż zła. A od nas ludzi, wciąż dużo zależy…

- „Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie…” – zanuciłam zsiadając z roweru przed naszym domem i wprowadzając pojazd przez wąską furtkę. Czułam się dobrze. Tak dobrze, jak już dawno mi się nie zdarzyło. Ból mięśni nie był tak dotkliwy jak przy poprzednich wyprawach a krew krążyła w żyłach omalże młodzieńczo. Psy wychłeptały pół wiadra wody, po czym znalazłszy sobie cieniste miejsce na trawniku pod balkonem padły tam jak nieżywe. A my z Cezarym zajrzawszy jeszcze do rozleniwionych przeżuwaniem siana kóz poszliśmy do domu, gdzie czekała na odgrzanie zupa jarzynowa z pęczakiem…
                                * * *
    I jeszcze na koniec opowieści, jako pionta napisana kiedyś przeze mnie "Rowerowa piosenka". Tekst dopiero czeka na melodię... 



Kręcę, pędzę, gonię wiatr
Ence, pence, wolny ptak!

Rower, rower wiatroskrzydły
Ten mój rumak niedościgły
Ten przyjaciel krętej ścieżki
Co się w każdy pomysł zmieści
I marzeniem gnany lata
Da mi poznać kawał świata!

Kręcę, pędzę, gonię wiatr
Ence, pence, wolny ptak!

Łąką, lasem rozpachnionym
Jedzie rower mój zielony
Strugą chłodną, kamieniami
I pod górkę i zjeżdżamy
W cieniu, w słońcu, wśród dąbrowy
Rowerowy zawrót głowy!

Ence, pence, więcej, więcej
Gna nienasycone moje serce!

Jedziesz ze mną na rowerze?
Będzie pięknie - ja w to wierzę!
W jednym rytmie pedałujmy
Ramię w ramię pędźmy, fruńmy
Może razem dojedziemy
Aż do raju na tej ziemi?!

Ence, pence, gońmy wiatr
Prędzej, prędzej - Ty i ja!

Twoje serce, moje serce
W rowerowej gra piosence...



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost