Podczas długiego, majowego weekendu wreszcie
wybraliśmy się z Cezarym oraz z pieskami na kilkunastokilometrową wycieczkę
rowerową. Kóz zabierać na takie wyprawy
nie sposób, albowiem biega toto gdzie popadnie, bodzie się i skacze szaleńczo za
nic mając przepisy ruchu drogowego oraz nasze bezpieczeństwo. Zresztą kiedyś i
od kóz odpocząć zda się a przy tym innego nieco rodzaju rekreacji zażyć. Od
kilku lat już nie pedałowaliśmy, nie znajdując na takie przejażdżki ani siły
ani czasu.
W kołowrotku codziennych
obowiązków nie potrafiliśmy wyłuskać miejsca na beztroskie, rowerowe wyprawy. A
szkoda, bo drzewiej często śmigaliśmy po polnych drogach, czując się wówczas
młodo i zdrowo. Stare czasy, choć w istocie przecież wcale nie tak stare…
Obecnie z kondycją u nas nie najlepiej, zdrowie szwankuje a my usiłujemy
nadrobić stracony czas i odzyskać nieco wigoru oraz wolności w skrzydłach. Bo nie samymi pracami gospodarskimi człowiek
żyje. Bo życie jest tylko jedno! A zdrowy ruch na świeżym powietrzu może być lepszy
niż wszystkie medykamenty razem wzięte! Lepiej sobie to uświadomić późno niż
wcale!
W celu wprawienia się i przywyknięcia do
innego rodzaju ruchu wykonaliśmy w ostatnich tygodniach kilka krótszych
przejażdżek. Zipiąc i oblewając się ósmymi potami dojechaliśmy do wyznaczonego
uprzednio punktu. Jakiż to ogromny
dystans przemierzyliśmy? Aż wstyd przyznać! Za nami były zaledwie dwa kilometry
pod górkę i z górki. Na umówionej mecie popatrzyliśmy na siebie z mieszaniną
rozpaczy, niesmaku i rozbawienia.
- Źle z nami,
chłopie! Do niczego się chyba już nie nadajemy. Na ławce tylko siedzieć, fajkę
ćmić i winko domowej roboty popijać! – stwierdziłam i otarłam wierzchem rękawa
kroplę potu skapującą mi właśnie z nosa.
- Ale trzeba
robić wszystko by było lepiej! Jutro znowu wsiądziemy na rowery i pojutrze też.
Nie ma wyjścia, jeśli nie chcemy całkowicie stetryczeć oraz poddać się
chorobom! - oświadczył z głębokim przekonaniem mój mąż, zdjąwszy na
moment czapkę by dać przeschnąć mokremu czołu.
- A poza tym, o
jakiej fajce Ty mówisz? Nie dla mnie już wszak takie rozkosze! – tu mina
Cezarego nieco zrzedła, ale mimo to
dokończył wypowiedź. A słysząc ją i ja nieco posmutniałam:
- Ani dla Ciebie winko, bo szkodzi Ci na żołądek!
– oświadczył z pewną dozą dziwnej satysfakcji
a następnie zerkając na mnie wyzywająco w towarzystwie niezmordowanego Jacusia niczym wicher pomknął ku oddalonemu o dwa
kilometry domowi.
Ha! Mógł tak mknąć, gdyż prawie cały czas było z górki! A ja musiałam koniecznie go dogonić, by udowodnić, że nie jest ze mną tak źle! Ale gdzie tam! Nie dogoniłam. Ledwo do domu dojechałam a za mną ostatkiem sił podreptała Zuzia…
Ha! Mógł tak mknąć, gdyż prawie cały czas było z górki! A ja musiałam koniecznie go dogonić, by udowodnić, że nie jest ze mną tak źle! Ale gdzie tam! Nie dogoniłam. Ledwo do domu dojechałam a za mną ostatkiem sił podreptała Zuzia…
I taka to była nasza pierwsza, tegoroczna
przejażdżka. A kiedy przyrzeczone następne? No cóż, postanowienia sobie a życie
sobie. Nazajutrz trzeba było jechać do Przemyśla w ważnych sprawach urzędowych.
Po powrocie, jak zwykle wyzuci z energii nie nadawaliśmy się już do radosnych wycieczek
. Zresztą zwyczajne roboty gospodarskie czekały a po nich szybko nadszedł wieczór,
kiedy zdolni byliśmy już tylko paść na kanapę, włączyć telewizor i oddać się
tępemu wpatrywaniu w migające obrazki póki nie zmorzył nas sen. Pojutrze wpadli
serdeczni znajomi i swą miłą obecnością zajęli nam kilka godzin. A kozy
doczekać się nie mogły wyjścia na łąkę. Musiałam i dla nich znaleźć czas. Potem
jednak tak mnie rozbolały stopy, że mowy nie było o wsiadaniu na rower. Następnego
dzionka trzeba było odbyć rundkę po umówionych doktorach. Potem lało i wiało.
Trzeba było w domu siedzieć i poprawy pogody wypatrywać. Wreszcie po kilku
dniach cudem znaleźliśmy moment by wskoczyć na nasze śmigłe rumaki i dojechać
do tego samego punktu, gdzie uprzednio. Nasza kondycja nie polepszyła się ani o
jotę. Ponadto umęczeni całodziennym kopaniem na grządkach czuliśmy tę robotę w
każdym mięśniu i kostce. I tak mijał czas a rowery znowu stały zapomniane w
komórce i pokrywały się kurzem. Tymczasem wiosna ukazywała coraz piękniejsze oblicze
a zmienna aura sprawiała, że powietrze stało się krystaliczne i pachnące. I toczył
się ten czas swoim tempem, pełen nowych zdarzeń, pilnych spraw oraz
przesypywania drogocennych chwil między palcami a Jaworowie nadal wybierali się
na swe jazdy niczym gęsi do Cieplic.
Aż wreszcie po deszczowych dniach nadszedł
długi weekend. W try miga podjęliśmy wiekopomną decyzję. Napompowaliśmy koła
rowerów. Spakowaliśmy butelkę naszej wody studziennej. Na szyjach powiesiliśmy aparaty
fotograficzne. Gwizdnęliśmy na uszczęśliwione psy i oto już gotowi byliśmy na
wiosenną przygodę. Porozumiewawczo uśmiechając się do siebie niczym dzieciaki,
co to bez wiedzy rodziców wymykają się z domu zgrabnie wdrapaliśmy się na
rowery i wyruszyliśmy. O dziwo, bez większego zmęczenia daliśmy radę przejechać
błotnistymi albo trawiastymi drogami przełęczy łączącej dwa pogórzańskie
przysiółki. Pogoda była znakomita. Ani za ciepło, ani za zimno. Niebo upstrzone
paroma chmurkami nie zapowiadało żadnego deszczu.
Uroda okolic zapierała dech w piersiach. Zachwycały różne odcienie zieleni a zwłaszcza listki przydrożnych osik czy grabów, które upstrzone były prześlicznymi, niebieskimi żuczkami. A wesołe słoneczka kwiatków mniszka oraz błękitne spojrzenia bluszczyków kurdybanków uśmiechały się serdecznie z każdego przydrożnego rowu.
Uroda okolic zapierała dech w piersiach. Zachwycały różne odcienie zieleni a zwłaszcza listki przydrożnych osik czy grabów, które upstrzone były prześlicznymi, niebieskimi żuczkami. A wesołe słoneczka kwiatków mniszka oraz błękitne spojrzenia bluszczyków kurdybanków uśmiechały się serdecznie z każdego przydrożnego rowu.
Piesunie biegły obok nas wytrwale a kiedy
zmachały się zanadto czy też pragnienie dało się im we znaki padały w kałużach
i chłeptały z nich do woli przepyszną, gliniastą wodę. Jacuś był w swoim
żywiole! Ileż energii ma w sobie ten psiak! Wyprzedzał nas po wielekroć,
zataczał kółka gdzieś na widnokręgu, uganiał się za ptaszkami, zbiegał w dół
doliny ku strumykom a potem pędził jak strzała między brzozowymi i sosnowymi
młodniakami albo mknął bezkresnymi polami, ukazując co jakiś czas swą
roześmianą mordysię. Kilka lat starsza od niego Zuzia także nieźle sobie
radziła i z podziwem spoglądaliśmy na jej pełen powabu, lwi kłus, którym starała
się dotrzymać nam kroku. Dopiero pod koniec wyprawy psinka straciła nieco
rezonu i ziając niczym miech kowalski biegła z tyłu pochodu, najwidoczniej nie
mogąc się doczekać dotarcia do domu.
Ale wracając do wyprawy to naszą metą była
tym razem studzienka przy kapliczce. Kiedyś często tam bywaliśmy, aby raczyć
się przeczystą i ponoć mającą cudowne właściwości wodą. Tym razem, niestety, nie
mogliśmy zwilżyć spieczonych ust, albowiem ktoś ukradł wałek z korbą oraz
wiadro z łańcuchem. Rozczarowani zerknęliśmy w głąb studni. Woda lśniła w niej srebrzyście
i spoglądała na nas tęsknym okiem. Natomiast za cembrowiną, na kamiennej
podłodze leżał wielki, martwy zając i dopełniał przykrego wrażenia całości.
Zuzia obwąchała zwierzaka podejrzliwie a potem odeszła podkuliwszy pod siebie
ogon. Przygnębieni tym widokiem poczuliśmy nagle, że cała para z nas uszła.
Jakoś dziwnie do tej pory byliśmy przekonani, że w naszych okolicach nie ma
żadnych złodziei ani wandali. A poza tym to oddalone od siedzib ludzkich
miejsce zdało się chronione przez sam majestat gór, przez niewinną, dziką
naturę oraz głęboką, tradycją wspomaganą wiarę tubylców. Cóż, jak się okazuje,
nie ma nic świętego a źli ludzie potrafią dojść wszędzie i zbezcześcić wszystko.
Nie dziwota zatem, iż nie chciało się nam zostawać przy studzience zbyt długo.
Wzdychając
ciężko wsiedliśmy na rowery i znowu wstęgą dróg, miedzą pól zielonych pomknęliśmy
chyżo w drogę powrotną mijając nieliczne, schowane wśród zieleni chałupki i
ogródki. Słonko opalało nasze twarze a wietrzyk osuszał pot i rozwiewał smutne
myśli. Natomiast pieski rozweselały nas radosnymi minami i rozczulały wiernymi
spojrzeniami. Miło się jechało. Świat uśmiechał
się majowo i mówił nam, że jednak dobra i niewinności jest na świecie więcej
niż zła. A od nas ludzi, wciąż dużo zależy…
- „Jeszcze będzie
pięknie, jeszcze będzie normalnie…” – zanuciłam zsiadając z roweru przed naszym
domem i wprowadzając pojazd przez wąską furtkę. Czułam się dobrze. Tak dobrze,
jak już dawno mi się nie zdarzyło. Ból mięśni nie był tak dotkliwy jak przy
poprzednich wyprawach a krew krążyła w żyłach omalże młodzieńczo. Psy
wychłeptały pół wiadra wody, po czym znalazłszy sobie cieniste miejsce na
trawniku pod balkonem padły tam jak nieżywe. A my z Cezarym zajrzawszy jeszcze do
rozleniwionych przeżuwaniem siana kóz poszliśmy do domu, gdzie czekała na
odgrzanie zupa jarzynowa z pęczakiem…
Kręcę, pędzę, gonię wiatr
Ence, pence, wolny ptak!
Ence, pence, wolny ptak!
Rower, rower wiatroskrzydły
Ten mój rumak niedościgły
Ten przyjaciel krętej ścieżki
Co się w każdy pomysł zmieści
I marzeniem gnany lata
Da mi poznać kawał świata!
Ten mój rumak niedościgły
Ten przyjaciel krętej ścieżki
Co się w każdy pomysł zmieści
I marzeniem gnany lata
Da mi poznać kawał świata!
Kręcę, pędzę, gonię wiatr
Ence, pence, wolny ptak!
Ence, pence, wolny ptak!
Łąką, lasem rozpachnionym
Jedzie rower mój zielony
Strugą chłodną, kamieniami
I pod górkę i zjeżdżamy
W cieniu, w słońcu, wśród dąbrowy
Rowerowy zawrót głowy!
Jedzie rower mój zielony
Strugą chłodną, kamieniami
I pod górkę i zjeżdżamy
W cieniu, w słońcu, wśród dąbrowy
Rowerowy zawrót głowy!
Ence, pence, więcej, więcej
Gna nienasycone moje serce!
Gna nienasycone moje serce!
Jedziesz ze mną na rowerze?
Będzie pięknie - ja w to wierzę!
W jednym rytmie pedałujmy
Ramię w ramię pędźmy, fruńmy
Może razem dojedziemy
Aż do raju na tej ziemi?!
Będzie pięknie - ja w to wierzę!
W jednym rytmie pedałujmy
Ramię w ramię pędźmy, fruńmy
Może razem dojedziemy
Aż do raju na tej ziemi?!
Ence, pence, gońmy wiatr
Prędzej, prędzej - Ty i ja!
Prędzej, prędzej - Ty i ja!
Twoje serce, moje serce
W rowerowej gra piosence...
W rowerowej gra piosence...