niedziela, 18 października 2015

Gruszkowo…czyli rządy jesieni w Jaworowie





   Tak to jakoś jest, że co dwa lata mamy ogromny wysyp jakichś owoców. Raz są to maliny, raz śliwki, innym razem jabłka albo gruszki. I ten właśnie rok obdarzył nas gruszkami w ilościach olbrzymich, niepomiernych, zachwycających, ale i przerażających swą ilością. Upały i susza nie dały im urosnąć do właściwych rozmiarów, jednak pozwoliły obrodzić taką ich masą, że jeszcześmy tylu na oczęta swe zdumione nie widzieli. Nasze dwie olbrzymie, stareńkie grusze uginały się aż pod ciężarem mrowia gruszek z rodzaju ber. Wiele gałęzi nie udźwignąwszy tego dobra połamało się. Przydały się i one za niezwykle wonny opał nam w kuchni służąc. 


   Każdą wolną chwilę wykorzystujemy na przerabianie zielono - żółtych owoców gruszy aby jak najmniej się ich zmarnowało. Suszymy, soki pozyskujemy, dżemy, przeciery wytwarzamy oraz jędrne ćwiartki gruszek kompotem cytrynowo - goździkowo - cynamonowym zalewamy i w słojach umieszczamy. A wcale nie widać by gruszek ubywało! Co wyjdziemy na tył ogrodu, to brodzić musimy we wspaniałym, gruszkowym jeziorze. Omijać starannie by nie rozdeptać. Napełniać kolejne koszyki i część do domu na kolejne przetwory zanosić a sporą częścią kozy karmić oraz posiadającego apetyt na wszystko, co jadalne Jacusia. Spiżarka wypełniona już po brzegi. W kuchennym piekarniku wciąż suszą się kolejne partie a tu końca tego nadmiaru gruszkowych skarbów nie widać. Obdarowujemy więc nimi przyjaciół. Tych, co swoich grusz nie mają. I nadal przerabiamy, przerabiamy, przerabiamy…





   Dobrze tak siedzieć sobie w ciepłej kuchni i na cztery ręce obierać gruszki nad wielką miednicą. Tym bardziej, iż coraz sprawniej idzie nam z Cezarym ta robota. A nic się nie marnuje, albowiem owe obierki są przysmakiem kóz. Także i kurom dostaje się coś dobrego. Cezary przy użyciu elektrycznej maszynki do mięsa (nabytej w zeszłym roku za złotówkę i samodzielnie naprawionej) robi smakowitą, gruszkową pulpę dla zielononóżek. Owe niebożęta najlepsze, soczyste trawki wyjadły już dawno z naszego ogrodu a jakichś witamin wszak potrzebują by jajeczka zachciało im się kiedyś znowu znosić. Aby chronić je przed atakami jastrzębi (bo ze strachu przed nimi już wcale na wybieg wychodzić nie chciały) zbudowaliśmy im z podarowanych przez Wandzię i Władysia słonecznikowych łodyg nowy, duży wigwam. Natomiast w trosce o ich nieśność nabyliśmy w promocji żaróweczkę ledową, która świecąc im calutki dzionek w kurniku słonko udaje. Kurki jednak nie dają się żadnym takich oszukaństwom nowoczesnym zwieść i nadal pierzą się na potęgę, na grzędach siedząc a o upragnionych przez nas jajcach w ogóle nie myśląc.



   A dobrotliwego, prawdziwego słoneczka coraz mniej w naszych stronach ostatnio. Niekiedy jeszcze zdarza mu się wyjrzeć ciekawsko spoza chmur i ozłocić rzeczywistość swymi przyjaznymi promieniami. Jednak jesień ma swoje prawa i prawie co dnia wita nas deszczem albo mgłą. Z północy wieje mroźne powietrze a wielobarwny dywan liści w bukowym lesie staje się coraz grubszy i miększy. Dobrze się po nim wędruje, ale trudno znaleźć teraz grzyby, ukryte w tym bezpiecznym kobiercu. Zresztą grzybiarzy takie mnóstwo w naszych okolicach, iż trzeba by chyba o zmroku w las wychodzić, żeby przed innymi zdążyć. Czasem uda nam się mimo wszystko wypatrzeć parę prawdziwków i uszykować potem przy ich pomocy smakowitą jajecznicę czy też jakiś sos albo pyszną zupę grzybową z makaronem.




   To wszystko jednak między robotą z gruszkami. Chcemy ich jak najwięcej ocalić przed zgniciem oraz zmrożeniem. Niedługo wszak noce i dnie witać nas będą przymrozkami i mrozami prawdziwymi a pewnie i śniegiem. Ocaliliśmy już w ten sposób dynie, ostatnie cukinie, ogórki i pomidory, których także wielką obfitość zebraliśmy w tym roku. Sporo ich dostaliśmy także od serdecznych sąsiadów. Natomiast zielone, niedojrzałe pomidory przerobione na sałatkę wraz z paprykami, cukiniami i cebulą wylądowały w słoikach na półkach w spiżarce. Dynie zjadamy na bieżąco w formie zup czy też pieczonych na chrupko przekąsek. A ogromna ich reszta leży na sianie w budynku gospodarczym i przetrwa tam bezpiecznie do połowy zimy. A gdy już nic zielonego spod śniegu nie będzie wystawać cieszyć się będą ich smakowitym, pomarańczowym miąższem kury i kozy.


   W gospodarstwie nic nie może, nie powinno się zmarnować. Żadna sucha kromka chleba, żadne resztki z obiadu. Ludzie i zwierzęta żyjąc w spokojnej symbiozie pomagają sobie wzajemnie w spożytkowaniu darów ogrodu i warzywnika. I w ten sposób przetrwać mogą do wiosny, do lata i jesieni, do następnego czasu kolorowej, świeżej obfitości.



   Obierając gruszki i jabłka słuchamy radia…Wiadomości z kraju i świata zalewają nas falą niepokojących wieści. Przełączam więc na inny program, gdzie dają samą muzykę i niestety…reklamy. Tych reklam jest tak dużo i wciąż te same, że w mózgu tworzy mi się nieznośna siekanina wiadomości o cudownie działającej witaminie D, lekach przeciw obstrukcji i bezsenności, informacji o cudownych pożyczkach i okazjach na wyprzedażach w dyskontach.




   Przekręcam pokrętło radia na następny kanał. Natrafiam na sygnał z wieży Mariackiej. Uśmiecham się i rozrzewniam. Od razu przypomina mi się cudowna atmosfera Krakowa. Ta nieujmowalna w słowa aura bezpiecznej niezmienności opierającej się na szeptach zabytkowych zabudowań i brukowanych uliczek przy rynku. Jakże dawno już tam nie byłam…
   Ucichły kroki trębacza. Płynie hejnał z wieży Mariackiej. Rozbawieni uśmiechamy się z Cezarym do siebie, bo oto widzimy Jacusia, który usiadłszy przy naszych kolanach, zasłuchany w te dźwięki przekrzywia śmiesznie łepek i ma minę jakby ta krakowska melodyjka coś ważnego mu przypominała.  Może mieszkał kiedyś w mieście smoka wawelskiego i co dzień miał możliwość słuchania na żywo muzyki tego miasta? A może jego poprzedni pan lubił słuchać radia i piesek leżał wówczas u jego stóp, wierząc w życzliwą niezmienność swego losu? Wielce tajemnicza i niepokojąca jest przeszłość tego pieska. Na szczęście teraźniejszość oraz przyszłość nie zagraża żadnymi przykrymi zmianami.



   Jacuś jest z nami już od ponad trzech miesięcy. Jakże szybko ten czas przeleciał! Jak bardzo ten piesek wrósł w naszą rodzinę, w obyczaje, w ciepłą, bezpieczną codzienność. Ku naszej radości po czasie depresyjnego osowienia Zuzia zaakceptowała psiaka ostatecznie i jak w pierwszym miesiącu jego zamieszkania u nas znowu bawi się z nim, biega łapa w łapę po lesie, śpi w jego pobliżu i zajada bez histerycznej zazdrości smakołyki z miski. Oczywiście Zuzieńka nadal rządzi i dominuje. I to się chyba już nie zmieni. Jacuś zna swoje miejsce w stadzie i wcale się nie buntuje. Zdaje się, iż jest szczęśliwy. A gdy na dworze pada albo mży oba pieski lubią wylegiwać się na dywanie albo leżance w naszej sypialni. Rozwalają się tam nieprzyzwoicie i śpią godzinami o nic nie musząc się troskać. Budowana przez Cezarego buda dla nich jest już nieomal na ukończeniu. Brakuje jeszcze paru desek i szczegółów aby z powodzeniem mogła służyć naszym kochanym sierściuchom przez zimę. Już teraz Jacuś często w niej sypia, moszcząc się z rozkoszą na sianku albo z zapałem zakopując w nim kości na śniadanie.




   A my nadal obieramy gruszki i od czasu do czasu spoglądamy przez okno na coraz bardziej jesienny świat, na mokrą, wiodącą do lasu drogę, na kolejnych grzybiarzy parkujących pod płotem naszego ogrodu. Zajadając pączki zwane oponkami albo drożdżowe pierożki z dżemem z zainteresowaniem wsłuchujemy się w kolejny odcinek sagi o radiowej rodzinie Matysiaków, u których po dawnemu swojsko i serdecznie. 



   I dobrze. Niech to, co stare i spokój przynoszące trwa. Niech jesień wkraczając łagodnie do ogrodów i serc otula nas życzliwie mglistym woalem, kojąc pachnącym suszonymi gruszkami oddechem…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost