Tak to jakoś jest, że co dwa lata mamy
ogromny wysyp jakichś owoców. Raz są to maliny, raz śliwki, innym razem jabłka
albo gruszki. I ten właśnie rok obdarzył nas gruszkami w ilościach olbrzymich,
niepomiernych, zachwycających, ale i przerażających swą ilością. Upały i susza
nie dały im urosnąć do właściwych rozmiarów, jednak pozwoliły obrodzić taką ich
masą, że jeszcześmy tylu na oczęta swe zdumione nie widzieli. Nasze dwie olbrzymie, stareńkie grusze uginały się aż pod ciężarem mrowia gruszek z rodzaju ber. Wiele gałęzi nie udźwignąwszy tego dobra połamało się. Przydały się i one za niezwykle wonny opał nam w kuchni służąc.
Każdą wolną
chwilę wykorzystujemy na przerabianie zielono - żółtych owoców gruszy aby jak najmniej się
ich zmarnowało. Suszymy, soki pozyskujemy, dżemy, przeciery wytwarzamy oraz
jędrne ćwiartki gruszek kompotem cytrynowo - goździkowo - cynamonowym zalewamy
i w słojach umieszczamy. A wcale nie widać by gruszek ubywało! Co wyjdziemy na
tył ogrodu, to brodzić musimy we wspaniałym, gruszkowym jeziorze. Omijać
starannie by nie rozdeptać. Napełniać kolejne koszyki i część do domu na kolejne
przetwory zanosić a sporą częścią kozy karmić oraz posiadającego apetyt na wszystko,
co jadalne Jacusia. Spiżarka wypełniona już po brzegi. W kuchennym piekarniku
wciąż suszą się kolejne partie a tu końca tego nadmiaru gruszkowych skarbów nie
widać. Obdarowujemy więc nimi przyjaciół. Tych, co swoich grusz nie mają. I
nadal przerabiamy, przerabiamy, przerabiamy…
Dobrze tak siedzieć sobie w ciepłej kuchni i
na cztery ręce obierać gruszki nad wielką miednicą. Tym bardziej, iż coraz
sprawniej idzie nam z Cezarym ta robota. A nic się nie marnuje, albowiem owe
obierki są przysmakiem kóz. Także i kurom dostaje się coś dobrego. Cezary przy
użyciu elektrycznej maszynki do mięsa (nabytej w zeszłym roku za złotówkę i
samodzielnie naprawionej) robi smakowitą, gruszkową pulpę dla zielononóżek.
Owe niebożęta najlepsze, soczyste trawki wyjadły już dawno z naszego ogrodu a
jakichś witamin wszak potrzebują by jajeczka zachciało im się kiedyś znowu
znosić. Aby chronić je przed atakami jastrzębi (bo ze strachu przed nimi już wcale na wybieg wychodzić nie chciały) zbudowaliśmy im z podarowanych przez Wandzię i Władysia słonecznikowych łodyg nowy, duży wigwam. Natomiast w trosce o ich nieśność nabyliśmy w promocji żaróweczkę ledową,
która świecąc im calutki dzionek w kurniku słonko udaje. Kurki jednak nie dają
się żadnym takich oszukaństwom nowoczesnym zwieść i nadal pierzą się na potęgę, na grzędach siedząc a
o upragnionych przez nas jajcach w ogóle nie myśląc.
A dobrotliwego, prawdziwego słoneczka coraz
mniej w naszych stronach ostatnio. Niekiedy jeszcze zdarza mu się wyjrzeć ciekawsko spoza chmur i ozłocić rzeczywistość swymi przyjaznymi promieniami. Jednak jesień ma swoje prawa i prawie co dnia wita
nas deszczem albo mgłą. Z północy wieje mroźne powietrze a wielobarwny dywan
liści w bukowym lesie staje się coraz grubszy i miększy. Dobrze się po nim
wędruje, ale trudno znaleźć teraz grzyby, ukryte w tym bezpiecznym kobiercu.
Zresztą grzybiarzy takie mnóstwo w naszych okolicach, iż trzeba by chyba o
zmroku w las wychodzić, żeby przed innymi zdążyć. Czasem uda nam się mimo
wszystko wypatrzeć parę prawdziwków i uszykować potem przy ich pomocy smakowitą
jajecznicę czy też jakiś sos albo pyszną zupę grzybową z makaronem.
To wszystko jednak między robotą z
gruszkami. Chcemy ich jak najwięcej ocalić przed zgniciem oraz zmrożeniem.
Niedługo wszak noce i dnie witać nas będą przymrozkami i mrozami prawdziwymi
a pewnie i śniegiem. Ocaliliśmy już w ten sposób dynie, ostatnie cukinie, ogórki i
pomidory, których także wielką obfitość zebraliśmy w tym roku. Sporo ich dostaliśmy także od serdecznych sąsiadów. Natomiast zielone,
niedojrzałe pomidory przerobione na sałatkę wraz z paprykami, cukiniami i
cebulą wylądowały w słoikach na półkach w spiżarce. Dynie zjadamy na bieżąco w
formie zup czy też pieczonych na chrupko przekąsek. A ogromna ich reszta leży
na sianie w budynku gospodarczym i przetrwa tam bezpiecznie do połowy zimy. A
gdy już nic zielonego spod śniegu nie będzie wystawać cieszyć się będą ich
smakowitym, pomarańczowym miąższem kury i kozy.
W gospodarstwie nic nie może, nie powinno
się zmarnować. Żadna sucha kromka chleba, żadne resztki z obiadu. Ludzie i
zwierzęta żyjąc w spokojnej symbiozie pomagają sobie wzajemnie w spożytkowaniu
darów ogrodu i warzywnika. I w ten sposób przetrwać mogą do wiosny, do lata i jesieni, do
następnego czasu kolorowej, świeżej obfitości.
Obierając gruszki i jabłka słuchamy radia…Wiadomości
z kraju i świata zalewają nas falą niepokojących wieści. Przełączam więc na
inny program, gdzie dają samą muzykę i niestety…reklamy. Tych reklam jest tak
dużo i wciąż te same, że w mózgu tworzy mi się nieznośna siekanina wiadomości o
cudownie działającej witaminie D, lekach przeciw obstrukcji i bezsenności,
informacji o cudownych pożyczkach i okazjach na wyprzedażach w dyskontach.
Przekręcam pokrętło radia na następny kanał.
Natrafiam na sygnał z wieży Mariackiej. Uśmiecham się i rozrzewniam. Od razu
przypomina mi się cudowna atmosfera Krakowa. Ta nieujmowalna w słowa aura
bezpiecznej niezmienności opierającej się na szeptach zabytkowych zabudowań i
brukowanych uliczek przy rynku. Jakże dawno już tam nie byłam…
Ucichły kroki
trębacza. Płynie hejnał z wieży Mariackiej. Rozbawieni uśmiechamy się z Cezarym
do siebie, bo oto widzimy Jacusia, który usiadłszy przy naszych kolanach, zasłuchany
w te dźwięki przekrzywia śmiesznie łepek i ma minę jakby ta krakowska melodyjka
coś ważnego mu przypominała. Może
mieszkał kiedyś w mieście smoka wawelskiego i co dzień miał możliwość słuchania
na żywo muzyki tego miasta? A może jego poprzedni pan lubił słuchać radia i
piesek leżał wówczas u jego stóp, wierząc w życzliwą niezmienność swego losu? Wielce
tajemnicza i niepokojąca jest przeszłość tego pieska. Na szczęście
teraźniejszość oraz przyszłość nie zagraża żadnymi przykrymi zmianami.
Jacuś jest z nami już od ponad trzech
miesięcy. Jakże szybko ten czas przeleciał! Jak bardzo ten piesek wrósł w naszą
rodzinę, w obyczaje, w ciepłą, bezpieczną codzienność. Ku naszej radości po
czasie depresyjnego osowienia Zuzia zaakceptowała psiaka ostatecznie i jak w
pierwszym miesiącu jego zamieszkania u nas znowu bawi się z nim, biega łapa w
łapę po lesie, śpi w jego pobliżu i zajada bez histerycznej zazdrości smakołyki
z miski. Oczywiście Zuzieńka nadal rządzi i dominuje. I to się chyba już nie
zmieni. Jacuś zna swoje miejsce w stadzie i wcale się nie buntuje. Zdaje się,
iż jest szczęśliwy. A gdy na dworze pada albo mży oba pieski lubią wylegiwać
się na dywanie albo leżance w naszej sypialni. Rozwalają się tam nieprzyzwoicie
i śpią godzinami o nic nie musząc się troskać. Budowana przez Cezarego buda dla
nich jest już nieomal na ukończeniu. Brakuje jeszcze paru desek i szczegółów aby z
powodzeniem mogła służyć naszym kochanym sierściuchom przez zimę. Już
teraz Jacuś często w niej sypia, moszcząc się z rozkoszą na sianku albo z
zapałem zakopując w nim kości na śniadanie.
A my nadal obieramy gruszki i od czasu do
czasu spoglądamy przez okno na coraz bardziej jesienny świat, na mokrą, wiodącą
do lasu drogę, na kolejnych grzybiarzy parkujących pod płotem naszego ogrodu. Zajadając pączki zwane oponkami albo drożdżowe pierożki
z dżemem z zainteresowaniem wsłuchujemy się w kolejny odcinek sagi o radiowej rodzinie
Matysiaków, u których po dawnemu swojsko i serdecznie.
I dobrze. Niech to, co stare i spokój
przynoszące trwa. Niech jesień wkraczając łagodnie do ogrodów i serc otula nas życzliwie mglistym woalem,
kojąc pachnącym suszonymi gruszkami oddechem…