wtorek, 2 grudnia 2014

Co nam przynosi grudniowy wiatr…



   

    Wchodzimy w grudzień z lodowatym wiatrem smagającym w nasz dom tak zaciekle, jakby chciał go wyrwać z korzeniami i ponieść gdzieś daleko, daleko…Może do krainy Oz, do świata pulsującego ciepła i przeczystych, tak pocztówkowych, że aż nierzeczywistych kolorów? Cezaremu śniła się dzisiaj wyprawa hen tam, aż na australijski koniec świata. Tęsknoty przeplatały się z obawami. Nadzieje ze smutkami. A w tym śnie wielkie stada kóz próbując paść się na bezkresnych, spalonych słońcem pastwiskach nie znajdowały dla siebie nic do jedzenia. Tylko jakieś wstrętne robaki, tylko pomarańczową ziemię…I wreszcie wrócił mój znękany dziwnym snem mąż do naszego zwykłego, skromnego, podkarpackiego poranka z ulgą, ale i z dręczącym wspomnieniem zagubienia i niepokoju. A więc nie tam, ale chwilami i nie tu…Kraina stałości i oparcia nie istnieje na zewnątrz. Jest tylko w nas i w najbliższej, ciepłej obecności. Trzeba budować ją co dzień od nowa, rozpalać iskierkę, dmuchać w nią zefirkiem pragnień i wiary. Razem. Dzień po dniu. Chwila po chwili.


   Patrzymy na siebie uważnie. Wsłuchujemy w potrzeby, myśli i uczucia w obawy oraz nadzieje. Uparte, łobuzerskie Wietrzysko chce czasami coś zagmatwać, zepsuć. Ale przecież wiemy, że ono jest niegroźne. Ot, jak znudzony smok z powieści fantasy. Smoczysko, co to bezskutecznie dobija się do okien zwykłej, swojskiej rzeczywistości, bo spocić by cokolwiek rade. Do komina pozaglądać. A nawet bezczelnie w drzwi pukać. W sny się najmniejszą szparką wdzierać…

 - Nie wpuścimy Cię, Panie Wietrze, nie wpuścimy za blisko…Śpiewaj nam swoje dziwne pieśni. Zabieraj we wspomnieniach i w marzeniach daleko, daleko. Ale zostań tam, na zewnątrz. W swoim świecie bezkresu i przestrzeni. Nie zaburzaj nam tu niczego. Tu nasz dom. Nasza tratwa i ostoja… - szepczemy, ubierając kolejny sweter, wdziewając cieplejsze skarpety i trzymając się za ręce, uśmiechamy do siebie, dzieląc wzajem swym ciepłem i wiarą.

   Wchodzimy w mroźny grudzień paląc ostro w piecu i zajadając o poranku gorącą kaszę z masłem. Spragnieni ciepła dorzucamy wciąż i wciąż drew do ognia. Niech je. Niech szumi w rozdętych trzewiach i trawi rozpalony do czerwoności. Niech się nasyci i podzieli z nami rozkoszną błogością wreszcie najedzonego monstrum. Niech przynosi wizje i wspomnienia pełnego smaków i zapachów, upalnego lata a także kolorowej jesieni. Przynajmniej na jakiś czas…



   Prawie zupełnie bezśnieżnie zaczął się ten grudzień. Tylko szron obramowuje listki i kontury gałęzi. Tylko delikatna, biała posypka ozdabia apetycznie piernikopodobne bruzdy na zaoranym polu. Tylko lśnią kałuże malowniczo zamarznięte. Ale wszystko przed nami. Jeszcze zdążymy się nacieszyć białym puchem, chrzęstem, ciszą śniegowych poranków i blaskiem diamentów na pogrążonej we śnie łące i w baśniowym lesie. Wszelkie roboty na zewnątrz są już niemożliwe. I dobrze. Cośmy mieli w obejściu zrobić, tośmy zrobili. A to, co od nas nie zależało poczeka cierpliwie na wiosnę…




   Tylko kozy wciąż domagają się spacerów i mecząc uparcie walą rogami w bramki swych boksów. Bierzemy je więc na szybkie wędrówki po lesie. Tu skubną jeżynowych liści, tam resztki traw czy paproci. Co i rusz nachodzi je jakieś zaraźliwe szaleństwo. Skaczą po parowach, przeskakują przez siebie nawzajem, trą rogami o pnie drzew, wyjadają gliniastą ziemię z poboczy drogi. W oczach mają dziki, tajemniczy błysk. Na pyskach widać cień uśmieszku opętańców. Wiatr zagrzewa je do pójścia z nim w zawody. Biegną przed siebie nagłym sprintem a potem równie nagle wracają ziając jak psy. Stają na tylnych nogach, mierząc się w kozich zapasach. Pędzą bokiem, zaczepnie bodąc się nawzajem. Radośnie i beztrosko. W szampańskim humorze. A Zuzia dołącza do gonitwy i niczym szczeniak kręci ósemki usiłując pochwycić którąś ze zwariowanych kóz. Potem chwila zatrzymania, spokoju, popasu. Wtem jakiś ptak gdzieś dziwnym głosem zawoła. Jakaś gałąź jęknie i raptem spadnie pod nogi. Spłoszone kozy znowu biegną…A Wietrzysko chichocze uszczęśliwione. Aż czas przeznaczony na wędrówkę mija i zmęczone, wyhasane zwierzaki chętnie wracają do domu. Jeszcze trochę zamieszania jak zawsze przy wchodzeniu do boksów. Bo trzeba przecież sprawdzić, czy Majka nie ma zostawionych na zapas ziemniaków w korytku?  A czy Łobuz Kurdybanek nie zachachmęcił gdzieś jabłka na potem? Czy Brykuska nie chowa kawałka apetycznie chrupkiej bułki?  Czy Popiołka nie dostała więcej jęczmienia? A wreszcie uspokojone, potulne znowu kozule układają się na pachnącym sianie i zapadając w drzemkę wzdychają jak ludzie, którzy doznają wytęsknionego odpoczynku po czasie niespokojnych podróży i przerażających sztormów...




   A my? Też do domu. Do ciepełka. Do gorącej herbatki. Do zupy jarzynowej, co to w wielkim garze czeka na piecu. Do ciasta na racuchy, co intensywnie rosnąc podczas naszej wędrówki nieomal z miski się nie wylało! Do kotów, co całe dnie śpią i zalegają pokotem na parapetach i fotelach a wstają tylko po to by się popieścić i najeść. A rozdęte już mają brzuszyska jak bębny!A miny półprzytomne od rozespania i sekretnych, wietrznych snów!



    My zaś po chwili odpoczynku ruszamy do roboty, która sama jakoś nie chce się zrobić. Wzięliśmy się ostro za remont kuchni na parterze. Marzy się nam skończenie jej do świąt. Nie ma lekko. Tyle wszędzie krzywizn. Tyle uskoków w byle jak postawionych niegdyś ścianach. Oj, musiał widocznie ten dom w czasie swojej budowy ruszać nie raz w tany w wiatrem i murarzami. Pewnie i ognistą wodę chętnie wtedy pospołu popijali. A ona, jak wiadomo, dziwnie potrafi ogląd sytuacji wypaczać…

   Wchodzimy w grudzień pełni wiary, że damy radę ze wszystkim a senne widziadła i egzystencjalne niepokoje nie obleką się w rzeczywistość.

   A ten grudzień rozpoczyna się magicznie i radośnie. Bo to przecież cudowny miesiąc. Zawsze takim był i nie zapowiada się by miało się to zmienić.



   Wczorajszego wieczora dostałam cudowne prezenty. Miotany wiatrem, rumiany od mrozu listonosz zastukał do naszych drzwi dźwigając dwie duże paczki od miłych memu sercu istot Jedną była paczka z magicznymi upominkami-niespodziankami od mojej niezwykłej przyjaciółki z Hiszpanii, poetki i tłumaczki Mar, autorki bloga „Miejsce spotkań wymyślonych” (http://mar-canela.blogspot.com/). Miałam naprawdę wielkie szczęście będąc kiedyś odnalezioną przez Mar w internetowej, przepastnej mgle i mogąc od tej pory szczerze dzielić się z nią uczuciami, myślami i refleksjami. Internet to kosmos, w którym odszukać można prawdziwe perły i szlachetne, wrażliwe serca!


   Drugą była przesyłka z Getyngi od Anny Marii P., czyli naszej drogiej, bardzo kreatywnej Pantery, autorki bloga "Świat to dżungla". A w niej liczne i wspaniałe nagrody za wygraną w organizowanym przez nią konkursie na napisanie opowiadania grozy. Zaprawdę powiadam Wam! - Warto brać udział w konkursach literackich! Dla rozruszania szarych komórek. Dla satysfakcji, że dało się radę coś spłodzić i nie zastygać w maraźmie codzienności.  No i oczywiście dla tak cudownych nagród (zdjęcia podarków od Pantery poniżej). A tymczasem niezmordowana, twórcza Pantera organizuje kolejny konkurs! Tym razem tematem jest kryminał. Czas na napisanie do 15 grudnia! To prawdziwe wyzwanie !:-))



   Za wszystko jestem niezwykle wdzięczna obu kochanym dziewczynom! I z całego serca dziękuję!***

Wiatrowi szalonemu też! Że niezwykłe uczucia, pomysły, marzenia i sny po świecie roznosi, że ciepło i zrozumienie od serca do serca dzięki niemu wędruje, że uśmiech tańczy w duszy a nadzieja uparcie i ufnie wciąż w ludziach śpiewa i cuda tworzy.  Bo warto coś robić! Bo warto wierzyć i mocno czuć! Tyle rzeczy od nas właśnie zależy! 
   A gdy Wiatr słyszy, że się go nie boimy a razem z nim biegniemy odważnie i radośnie przed siebie, to i on sprzyja. I jak rumakom grzywy rozwiewa, mocy do pokonywania codziennych trudności dodaje, nowe horyzonty i niezwykłe sny rozpościera przed zdumionymi, zachwyconymi oczami. A że czasem coś spsoci, zachichocze diabelsko, nosy zmrozi i sny poplącze…To już jego prawo i szalona natura.

- Hej, Wietrze! Jesteś? Słyszysz? Wiej, wiej, że hej! A Ty Grudniu, drogi, zaczarowany Grudniu, witaj! Witaj i umość się wygodnie w naszych sercach, domach i w prostej codzienności! I bądź naszym wytęsknionym, pełnym piekna, żaru, magii dobra oraz miłości gościem!


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost