Wchodzimy w grudzień z lodowatym wiatrem smagającym w
nasz dom tak zaciekle, jakby chciał go wyrwać z korzeniami i ponieść gdzieś
daleko, daleko…Może do krainy Oz, do świata pulsującego ciepła i przeczystych,
tak pocztówkowych, że aż nierzeczywistych kolorów? Cezaremu śniła się dzisiaj
wyprawa hen tam, aż na australijski koniec świata. Tęsknoty przeplatały się z obawami. Nadzieje ze smutkami. A w tym śnie wielkie stada
kóz próbując paść się na bezkresnych, spalonych słońcem pastwiskach nie
znajdowały dla siebie nic do jedzenia. Tylko jakieś wstrętne robaki, tylko
pomarańczową ziemię…I wreszcie wrócił mój znękany dziwnym snem mąż do naszego zwykłego, skromnego, podkarpackiego poranka z ulgą, ale i z dręczącym wspomnieniem zagubienia i niepokoju. A więc
nie tam, ale chwilami i nie tu…Kraina stałości i oparcia nie istnieje na zewnątrz. Jest tylko
w nas i w najbliższej, ciepłej obecności. Trzeba budować ją co dzień od nowa,
rozpalać iskierkę, dmuchać w nią zefirkiem pragnień i wiary. Razem.
Dzień po dniu. Chwila po chwili.
Patrzymy na siebie uważnie. Wsłuchujemy w potrzeby,
myśli i uczucia w obawy oraz nadzieje. Uparte, łobuzerskie Wietrzysko chce czasami coś zagmatwać,
zepsuć. Ale przecież wiemy, że ono jest niegroźne. Ot, jak znudzony smok z powieści
fantasy. Smoczysko, co to bezskutecznie dobija się do okien zwykłej, swojskiej
rzeczywistości, bo spocić by cokolwiek rade. Do komina pozaglądać. A nawet
bezczelnie w drzwi pukać. W sny się najmniejszą szparką wdzierać…
- Nie wpuścimy Cię, Panie Wietrze, nie
wpuścimy za blisko…Śpiewaj nam swoje dziwne pieśni. Zabieraj we wspomnieniach i
w marzeniach daleko, daleko. Ale zostań tam, na zewnątrz. W swoim świecie
bezkresu i przestrzeni. Nie zaburzaj nam tu niczego. Tu nasz dom. Nasza tratwa
i ostoja… - szepczemy, ubierając kolejny sweter, wdziewając cieplejsze skarpety
i trzymając się za ręce, uśmiechamy do siebie, dzieląc wzajem swym ciepłem
i wiarą.
Wchodzimy w mroźny grudzień paląc ostro w piecu i
zajadając o poranku gorącą kaszę z masłem. Spragnieni ciepła dorzucamy wciąż i
wciąż drew do ognia. Niech je. Niech szumi w rozdętych trzewiach i trawi rozpalony do czerwoności. Niech
się nasyci i podzieli z nami rozkoszną błogością wreszcie najedzonego monstrum.
Niech przynosi wizje i wspomnienia pełnego smaków i zapachów, upalnego lata a także kolorowej jesieni. Przynajmniej na jakiś czas…
Prawie zupełnie bezśnieżnie zaczął się ten grudzień. Tylko szron obramowuje listki i kontury gałęzi. Tylko delikatna, biała posypka ozdabia apetycznie piernikopodobne bruzdy na zaoranym polu. Tylko lśnią kałuże malowniczo zamarznięte. Ale
wszystko przed nami. Jeszcze zdążymy się nacieszyć białym puchem, chrzęstem,
ciszą śniegowych poranków i blaskiem diamentów na pogrążonej we śnie łące i w
baśniowym lesie. Wszelkie roboty na zewnątrz są już niemożliwe. I dobrze. Cośmy mieli w
obejściu zrobić, tośmy zrobili. A to, co od nas nie zależało poczeka cierpliwie
na wiosnę…
Tylko kozy wciąż domagają się spacerów i
mecząc uparcie walą rogami w bramki swych boksów. Bierzemy je więc na szybkie
wędrówki po lesie. Tu skubną jeżynowych liści, tam resztki traw czy paproci. Co
i rusz nachodzi je jakieś zaraźliwe szaleństwo. Skaczą po parowach, przeskakują
przez siebie nawzajem, trą rogami o pnie drzew, wyjadają gliniastą ziemię z
poboczy drogi. W oczach mają dziki, tajemniczy błysk. Na pyskach widać cień
uśmieszku opętańców. Wiatr zagrzewa je do pójścia z nim w zawody. Biegną przed
siebie nagłym sprintem a potem równie nagle wracają ziając jak psy. Stają na
tylnych nogach, mierząc się w kozich zapasach. Pędzą bokiem, zaczepnie bodąc się nawzajem. Radośnie i
beztrosko. W szampańskim humorze. A Zuzia dołącza do gonitwy i niczym szczeniak kręci ósemki
usiłując pochwycić którąś ze zwariowanych kóz. Potem chwila zatrzymania,
spokoju, popasu. Wtem jakiś ptak gdzieś dziwnym głosem zawoła. Jakaś gałąź jęknie i raptem spadnie pod
nogi. Spłoszone kozy znowu biegną…A Wietrzysko chichocze uszczęśliwione. Aż
czas przeznaczony na wędrówkę mija i zmęczone, wyhasane zwierzaki chętnie
wracają do domu. Jeszcze trochę zamieszania jak zawsze przy wchodzeniu do
boksów. Bo trzeba przecież sprawdzić, czy Majka nie ma zostawionych na zapas
ziemniaków w korytku? A czy Łobuz Kurdybanek nie zachachmęcił gdzieś jabłka na
potem? Czy Brykuska nie chowa kawałka apetycznie chrupkiej bułki? Czy Popiołka nie dostała więcej jęczmienia? A
wreszcie uspokojone, potulne znowu kozule układają się na pachnącym
sianie i zapadając w drzemkę wzdychają jak ludzie, którzy doznają wytęsknionego odpoczynku po czasie niespokojnych
podróży i przerażających sztormów...
A my? Też do domu. Do ciepełka. Do gorącej
herbatki. Do zupy jarzynowej, co to w wielkim garze czeka na piecu. Do ciasta na racuchy, co intensywnie rosnąc podczas naszej wędrówki nieomal z miski się nie wylało! Do kotów,
co całe dnie śpią i zalegają pokotem na parapetach i fotelach a wstają tylko po
to by się popieścić i najeść. A rozdęte już mają brzuszyska jak bębny!A miny półprzytomne od rozespania i sekretnych, wietrznych snów!
My zaś po chwili odpoczynku ruszamy do roboty, która sama jakoś nie chce się
zrobić. Wzięliśmy się ostro za remont kuchni na parterze. Marzy się nam skończenie jej do świąt. Nie ma lekko. Tyle wszędzie krzywizn. Tyle uskoków w
byle jak postawionych niegdyś ścianach. Oj, musiał widocznie ten dom w czasie
swojej budowy ruszać nie raz w tany w wiatrem i murarzami. Pewnie i ognistą
wodę chętnie wtedy pospołu popijali. A ona, jak wiadomo, dziwnie potrafi ogląd sytuacji
wypaczać…
Wchodzimy w grudzień pełni wiary, że damy
radę ze wszystkim a senne widziadła i egzystencjalne niepokoje nie obleką się w
rzeczywistość.
A ten grudzień rozpoczyna się magicznie i
radośnie. Bo to przecież cudowny miesiąc. Zawsze takim był i nie zapowiada się
by miało się to zmienić.
Wczorajszego wieczora dostałam cudowne
prezenty. Miotany wiatrem, rumiany od mrozu listonosz zastukał do naszych drzwi
dźwigając dwie duże paczki od miłych memu sercu istot Jedną była paczka z
magicznymi upominkami-niespodziankami od mojej niezwykłej przyjaciółki z Hiszpanii,
poetki i tłumaczki Mar, autorki bloga „Miejsce spotkań wymyślonych” (http://mar-canela.blogspot.com/).
Miałam naprawdę wielkie szczęście będąc kiedyś odnalezioną przez Mar w
internetowej, przepastnej mgle i mogąc od tej pory szczerze dzielić się z nią uczuciami,
myślami i refleksjami. Internet to kosmos, w którym odszukać można prawdziwe
perły i szlachetne, wrażliwe serca!
Za wszystko jestem niezwykle wdzięczna obu
kochanym dziewczynom! I z całego serca dziękuję!***
Wiatrowi szalonemu też! Że niezwykłe uczucia, pomysły, marzenia i sny po świecie roznosi, że ciepło i zrozumienie od serca do serca dzięki niemu wędruje, że uśmiech tańczy w duszy a nadzieja uparcie i ufnie wciąż w ludziach śpiewa i cuda tworzy. Bo warto coś robić! Bo warto wierzyć i mocno czuć! Tyle rzeczy od nas właśnie zależy!
Wiatrowi szalonemu też! Że niezwykłe uczucia, pomysły, marzenia i sny po świecie roznosi, że ciepło i zrozumienie od serca do serca dzięki niemu wędruje, że uśmiech tańczy w duszy a nadzieja uparcie i ufnie wciąż w ludziach śpiewa i cuda tworzy. Bo warto coś robić! Bo warto wierzyć i mocno czuć! Tyle rzeczy od nas właśnie zależy!
A
gdy Wiatr słyszy, że się go nie boimy a razem z nim biegniemy odważnie i
radośnie przed siebie, to i on sprzyja. I jak rumakom grzywy rozwiewa, mocy do
pokonywania codziennych trudności dodaje, nowe horyzonty i niezwykłe sny
rozpościera przed zdumionymi, zachwyconymi oczami. A że czasem coś spsoci,
zachichocze diabelsko, nosy zmrozi i sny poplącze…To już jego prawo i szalona natura.
- Hej, Wietrze!
Jesteś? Słyszysz? Wiej, wiej, że hej! A Ty Grudniu, drogi, zaczarowany Grudniu,
witaj! Witaj i umość się wygodnie w naszych sercach, domach i w prostej codzienności! I bądź naszym
wytęsknionym, pełnym piekna, żaru, magii dobra oraz miłości gościem!