środa, 27 sierpnia 2014

Deszczowe lato, mokry sierpień…



   

    Pewnego sierpniowego wieczoru usiadłam sobie w kuchni z książką na kolanach i popijając herbatę oraz pogryzając włoskie orzechy zasłuchałam się w monotonny szum deszczu za oknem. W garnku na kuchence bulgotał apetycznie ryż. Ostatnimi czasy Cezary bardzo lubił podjadać sobie po zmroku ryż na gęsto z dżemem albo przecierem jabłkowym. W domu pachniało farbą akrylową, cynamonem i miętą. Zuzia na kanapie w pokoju gościnnym leżała jak człowiek na wznak i mocno chrapała. Spojrzałam w coraz szybciej zapadający za oknem zmrok ciesząc się, że mamy prąd i związaną z nim jaskrawą, niosącą bezpieczeństwo jasność żarzącej się pod sufitem żarówki. Od paru tygodni w naszym przysiółku co chwilę wysiadała elektryczność. Zdarzały się też problemy z Internetem. Nieraz po kilka dni nie było do niego dostępu. Cały wielki świat oddalał się przez to, odrealniał, stawał mniej ważny. Nasiąkał obcością i obojętnością. Nasz maleńki, najważniejszy i jedyny świat był właśnie tutaj. Tętnił życiem na szczycie górującego nad okolicami, porośniętego bukowym lasem wzniesienia. Na samym końcu maleńkiej, podkarpackiej wioski. Blisko natury. Od niej najbardziej zależny. Na nią zdany. Jej najbardziej ufający.

   Odpoczywałam po kolejnym, pracowitym dniu i nic mi się już nie chciało robić. Dość się namachałam widłami i grabiami. Pod łopatkami czułam bolesne istnienie jakichś silnie rozrośniętych mięśni.

 -Może rosną mi skrzydła? – uśmiechnęłam się z przekąsem i mocniej otuliłam grubym swetrem. Z dołu dochodziły do mnie uparte stukania młotka, albo monotonne jęki dzierżonej w dłoni Cezarego wiertarki. W radiu słychać było niewyraźnie dawny przebój Zdzisławy Sośnickiej – „Żegnaj lato na rok, stoi jesień za mgłą…”.
 - Och!Jeszcze tyle roboty do jesieni. Z tyloma rzeczami trzeba zdążyć przed mrozami i śniegiem - westchnęłam.



   Cezary przez cały dzień kładł dachówki na przybudówkę obok budynku gospodarczego. Mamy zamiar trzymać tam różne niemieszczące się w drewutni rupiecie oraz rowery. Gdzieś trzeba to wszystko schować przed zimą. Teraz, wczesnym wieczorem mój mąż kończył w spiżarni na dole robić półeczki na produkowane przeze mnie masowo przetwory. A byłam dopiero na półmetku ich wytwarzania. Za mną m.in. konfitury z wiśni i czarnego bzu, śliwki w słodkiej zalewie, kiszone buraczki i cukinie, ocet i przeciery jabłkowe, słodko-kwaśne sosy paprykowo – cukiniowe, powidła i kompoty śliwkowe. Przede mną gruszki w syropie, późne jabłka w cukrze, wino z czarnego bzu i jabłek, buraczki z zasmażaną cebulką…Trzeba się było jakoś na nadchodzącą zimę przygotować, żeby potem móc jak najmniej ruszać się z zacisznego siedliska i bez sensu wydawać nasze coraz bardziej kurczące się oszczędności. 



   Tak szybko kończyło się to lato. Za szybko…Jesienny chłód bezszelestnie i podstępnie wnikał do domu sprawiając, że ubrana na cebulkę rozgrzewać musiałam zmarznięte dłonie o kubek z gorącą, miętową herbatką. Nie bardzo umiałam skupić się na czytaniu. Moje myśli szybowały tu i ówdzie, rozpamiętując to, co już udało się zrobić oraz zastanawiając się nad tym, co jeszcze było do zrobienia.

   Na strychu suszyły się wiązki czosnku i cebuli. Parę kilogramów lubczyku zamroziłam. Pietruszka naciowa bujnie rozrastając się pod jabłonkami czeka na ścięcie i ususzenie. Ziemniaki pochowane jeszcze w ziemistych kopczykach na polu oczekiwały na mające nastąpić lada dzień wykopki. Byleby nie padało! Ale najpierw uporać się przyjdzie z łanami chwastów porastających ziemniaczane rowki. Tak, chwasty w tym roku rozrosły się niemiłosiernie głusząc sobą wszystko co się da i szydząc zupełnie z moich prób ich zwalczenia.
   Taki deszczowy był ten sierpień i całe lato…Pomidory i ogórki uległy ziemniaczanej zarazie i niewiele mieliśmy z nich pociechy. Większość marchwi i rzepy zgniła w ziemi a fasolka i groszek tak były marne, że zaledwie na dwa obiady starczyło. Nawet dynie nie chciały rosnąć, trawione tą samą co ogórki chorobą. I pomyśleć, że w zeszłym roku narzekałam na suszę! A jednak dla naszych warzyw była ona znacznie lepsza. Wszystko się nam wówczas udało nad podziw. A teraz nawet słoneczniki wyrosły jakieś niewyraźne, rachityczne. Tylko dorodnych jabłek mnóstwo! Codziennie zbieram je całymi koszami!



   No i siano! Wciąż moknące siano! I my w pocie czoła i w coraz silniejszym bólu mięśni przewracający je co dnia w nadziei, że wreszcie uda mu się wyschnąć. Błagający kapryśne niebo, o chociaż dwa pogodne dni. Niestety, pogoda w kratkę sprawiała, iż nasza robota była syzyfowa a siano uparcie czerniało i po tygodniu takiej bezsensownej harówki nadawało się co najwyżej na podściółkę dla zwierząt. A tej zgromadziliśmy przez poprzednie lato aż nadto! Żywiliśmy nadzieję, że może uda się jeszcze złapać parę słonecznych dni i skosić w tym czasie małą łączkę przy domu. A potem zebrać stamtąd przynajmniej furę siana. Jeśli nie w sierpniu, to we wrześniu. No bo przecież nasze kozy coś zimą jeść muszą! A wszelkie znaki na ziemi i niebie mówiły nam, iż będzie to długa i mroźna zima. Ciężka zarówno dla nas, jak i dla naszych braci mniejszych. Niezbyt dużo udało nam się zgromadzić drewna na opał a uporczywe deszcze i potężne rozlewiska na drogach uniemożliwiały dojazd do lasu i zebranie pociętych tam pni i gałęzi.



   Ostatnio ulubionym pożywieniem kóz były spady jabłek, śliwek i gruszek. Codziennie skrajałam im po wielkim wiadrze tych przysmaków a na przegryzkę dostarczałam gałęzi wierzby i olchy. Na takiej diecie koziołek Łobuz Kurdybanek błyskawicznie urósł, zmężniał i najwyraźniej dojrzał już do amorów z naszymi kozimi pannami.  Jednak one nie mają na razie najmniejszej ochoty na miłosne brykania. Czarna Brykuska odgania jak tylko może natrętnego zalotnika a siwa Popiołka dzielnie jej w tym pomaga. Dlatego nieutulony w żalu i lubych potrzebach koziołek meczy całe dnie i za wszelką usiłuje dostać się do boksu sąsiadujących z nim kóz. Na szczęście wszystko tam tak zabezpieczyliśmy, iż nie ma mowy by mu się to udało. Kiedy przyjdzie właściwa pora kozy same dadzą swym zachowaniem znak, że odwzajemniają romantyczne zapędy a wówczas stanie się to, co ma się stać i na wiosnę kozia rodzinka zapewne się powiększy. A w wędrówkach po lesie towarzyszyć nam będą następne meczące maluchy. A na razie mam dużo przyjemności obserwując tę naszą małą, kozią trzódkę. Popiołka wiedzie w niej prym. Jest poważna i surowa jak matrona, ale jednocześnie potrafi być niezwykle czuła i delikatna. Uwielbia, gdy drapie się ją między rogami. Przymyka oczy z rozkoszy i przestępuje z nogi na nogę nie oddalając się od człowieka o krok.




  

    W drugiej połowie sierpnia nasze zielononóżki kuropatwiane z nieznanych przyczyn prawie zupełnie przestały się nieść. I chociaż karmimy je paszą z dodatkiem mieszanek witaminowych i dostarczamy pysznych resztek z naszego stołu oraz ziół z łąki one uparcie odmawiają współpracy. Trudno tłumaczyć to okresem pierzenia, bo kurki zmieniły pióra już ponad miesiąc temu. Podejrzewaliśmy je nawet, że swoim obyczajem gdzieś ukrywają jaja. Jednak przetrzasnęliśmy wszelkie możliwe kryjówki i niczego nie znaleźliśmy. Właściwie, to od czasu majowego, lisiego ataku, nasze kury nigdy nie doszły już do normalnego stanu. Stało się tak, jakby tamten stres zabił w nich jakąś radość i beztroskę. Jakby te ubite przez lisiego zbrodniarza zielononóżki stanowiły najważniejszy trzon kurzego stada a bez nich wszystko straciło właściwy blask i werwę. Patrząc na taki stan rzeczy zaczęły rodzić się w naszych głowach przykre myśli o nieuniknionej i chyba koniecznej likwidacji kurzego stada. Zysków z kurek mamy niewiele, natomiast pracy i wydatków mnóstwo. Ale jednocześnie żal pożegnać się z nimi. Sprzedać, zabić, zamrozić, zjeść…Nie słyszeć co dzień ich radosnego gdakania czy buńczucznego, koguciego piania…Nie obserwować ich zabaw, potyczek, przyjaźni i animozji… Tyle wszak było nadziei i planów związanych z zielononóżkami! Znaleźliśmy kilkoro stałych odbiorców ich jajek. Po czterech latach staliśmy się omalże specjalistami w hodowli tych bardzo rzadkich na Podkarpaciu kurek. Zastanawiamy się nad tym wszystkim. Na podjęcie ostatecznej decyzji wciąż jeszcze jest czas.



   A deszcz wciąż pada i pada, szumi uparcie, stukocze o parapety…Szare niebo nie zwiastuje rychłej poprawy pogody. Czasem miałabym ochotę tak jak Marta, jedna z bohaterek „Domu dziennego, domu nocnego” Olgi Tokarczuk zakopać się na zimę w ciepłym, ukrytym przed wszystkimi barłogu i zasnąć. Po prostu zasnąć. Oddalić się od wszelkich kłopotów i trosk. Przetrwać w cichym zapomnieniu i srebrzystym schronieniu pajęczyn. Po czym obudzić się wiosną. Wraz z nową siłą i zieloną nadzieją.

   - Ech, Oleńko! Daj spokój z tym biadoleniem i malkontenctwem! Nie wpędzaj się znowu w te ponure stany! – zbeształam samą siebie i zbiegając na dół do Cezarego uświadomiłam sobie, że przecież miną wreszcie te deszcze. Jeszcze nie raz zachwycę się jesienią. Po łąkach i lasach polatam. Grzybów i kaliny nazbieram. Zdjęć kolorowych napstrykam. Z zaprzyjaźnionymi osiedleńcami serdecznie pogwarzę.
A za parę dni przybywa do naszego siedliska miły, wytęskniony bardzo gość. Zostanie z nami przynajmniej miesiąc. Pomoże nam w pracy. Wniesie nowy blask a swoim śmiechem i młodzieńczym entuzjazmem pomoże odczarować tę pełną melancholii końcówkę lata.

 - Śliczne zrobiłeś półeczki mój pracowity mężu! – zawołałam stając na progu spiżarni i całując zapatrzonego w swe dzieło, umorusanego rudym pyłem Cezarego.

- Ale pewnie dajesz mi za nie tylko trzy z minusem, co? – zapytał jak zawsze nazbyt samokrytyczny mój domowy majster klepka. A potem dobił jeszcze młotkiem jakąś śrubkę. Omiótł z niewidocznych paprochów ścianę i żądny pochwał zerknął uważnie na moją minę.

- Nawet cztery z plusem! – zawołałam entuzjastycznie, serdecznie wichrząc czuprynę Czarka i zdmuchując mu brud z czubka nosa - Naprawdę bardzo mi się podobają!

 -Jutro poustawiam tu wszystkie słoiki i na pewno poproszę, byś zrobił mi następne, równie śliczne półki. Widziałeś przecież jak dużo spadło dzisiaj znowu jabłek w ogrodzie? Całe szczęście, że mamy pełno słoików! – powiedziałam wycierając wilgotną szmatką zakurzone półeczki. A potem pociągnąwszy za sobą męża poszłam na górę, gdzie czekał gorący ryż z jabłkami i Zuzia, która po przebudzeniu zawsze spragniona jest pieszczot…






Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost