wtorek, 29 lipca 2014

Ostatnie dni lipca…





   Ponieważ w walce z chwastami na moim warzywniku poległam na całej linii chodzę tam już tylko po to by zrywać ogórki, pomidory, fasolkę, szczypiorek, cukinie i inne warzywa, którym jakoś totalne zachwaszczenie nie przeszkadza. Nie mam już siły w taki upał prażyć się na polu. Wszystko, co żyje przecież chowa się do cienia albo wody. Kury siedzą w wigwamie, lub pod wielkimi krzewami czarnego bzu. Zagrzebują się w piasku albo w popiele z ogniska, chłodząc w ten sposób brzuszki i pozbywając się przy okazji pasożytów. Kozy nosa nie chcą ze stajni wystawiać. Tam mają chłód i przewiew, jednak paskudne gzy nawet w drewutni je dopadają, wobec czego kozule zirytowane pobekują i podskakują nerwowo, chcąc odgonić bzyczących intruzów. Na pociechę przynoszę im więc świeżego siana, suchych bułek albo gałęzi do skubania a Cezary spryskuje je wyprodukowanym przez siebie ziołowym specyfikiem odstraszającym owady. Ale nadal meczą! Widać lubią!


   Takie gorące, jak ostatnio dni świetnie nadają się do zbierania ziół.  A ponieważ łąk wokół mnie dostatek wybieram się często na wędrówki po nich. I zawsze wypatrzę coś ciekawego. A to kwiatek, a to ziele, a to jakiegoś ładnego owada czy też inny widok godzien uwiecznienia aparatem fotograficznym. Przy drogach dojrzewają już krzewy kaliny. W ogrodzie natomiast pięknie kwitną teraz nasturcje, groszki pachnące i malwy. Wielka obfitość w tym roku skrzypu polnego, wrotyczu i dziurawca. Widać też na ugorach wonną, liliową macierzankę. Wszystkie zebrane zioła suszę potem na gorącym strychu a po mniej więcej trzech dniach chowam do papierowych torebek albo do małych powłoczek na poduszki.



    Zaczął się czas intensywnego przetwarzania warzyw i owoców. Robię kompoty, dżemy, przeciery i sosy. Kiszę cukinie w wielkich słojach. Maceruje się od kilku tygodni nalewka na kwiatach czarnego bzu.

   Jak się kisi cukinie? Tak samo jak ogórki! Czyli przegotowaną, osoloną i ostudzoną woda zalewa się pokrojoną w grube kawałki, nieobraną cukinię. Dodaje się sporo kopru, czosnku, kawałek razowego chleba i zostawia w spokoju na około trzy dni (przykrywa się słoje kawałkiem jakiejś tkaniny, szmatką czy serwetką żeby miały w czasie kiszenia dostęp powietrza). Większość tego dobra zjadamy na bieżąco a jak mamy nadwyżkę to pakuję ukiszoną cukinie wraz z zalewą w mniejsze słoiki i pasteryzuję kilkanaście minut w temperaturze. ok. 90 stopni. Dokładnie tak samo przyrządzam jesienią dynie. Można też to robić z kabaczkami i patisonami.


    Cezary też nie próżnuje. A to z kosiarką biega po ogrodzie, bo trawa przy tej wilgoci powietrza rośnie jak zwariowana. A to drzewa do palenia na zimę natnie. A to traktorek naprawi. A to nowy kawałek betonu przy budynku gospodarczym wyleje. Ostatnio, między jedną a drugą burzą wykonał piękny stół, jako komplet do ławy, kiedyś już na blogu pokazywanej. Widzę, iż stolarska robota sprawia mu mnóstwo przyjemności, choć w jej trakcie nieraz przeklnie szpetnie, gdy coś mu nie pasuje albo gdy się jakieś narzędzie gdzieś zagubi. Ale po wykonaniu dzieła dumny i zadowolony z siebie wciąż doprasza się o pochwały. Zachwycam się, ile tylko mogę a on uśmiecha się popalając papierosa i planuje już następne przedsięwzięcia. 



   A ponieważ siedzisk i stołów u nas teraz dostatek, to i miłych gości jest gdzie posadzić a korzystając z obfitości warzyw czymś dobrym poczęstować. W takie upały zresztą to nie jedzenie, ale picie jest najważniejsze. Gotuję więc nieomal codziennie wielki gar kompotu ze śliwek, porzeczek czy jabłek. Robię napary z mięty, lipy i rumianku. Rozcieńczam sok z czarnego bzu.  A jak już widać dno w dzbanie ze słodkim napojem zawsze jeszcze zostaje pyszna, zimna woda ze studni. Popijam ją zresztą od rana zamiast kawy czy herbaty. To mi dobrze robi na trawienie i chudnięcie przy okazji.

   No właśnie, co z moim chudnięciem? Powoli, ale od przodu! Jemy z mężem same zdrowe rzeczy. Własne warzywa i owoce to podstawa naszej diety. Na mięso nadal nie mam ochoty (bo Cezary czasem jednak się skusi na jakąś wędlinę). Ważę o osiem kilogramów mniej niż niecałe dwa miesiące temu. Czuję się bardzo dobrze. Nie mam wrażenia, iż się czegoś wyrzekam, bo nie chodzę głodna a jak mam ochotę na coś słodkiego, to po prostu chrupię jabłko czy parę śliwek. Kiedy znowu przekąsiłabym coś ostrego i wyrazistego przyrządzam cukiniowe leczo, duszę grzybki z cebulką, czy po prostu zjadam kawałek chleba razowego z pomidorem i czosnkiem. Miałam też parę razy smaka na loda lub jagodziankę, ale zjadłam te słodkości bez wyrzutów sumienia, bo przecież lato jest także i po to, by sobie takie drobne, niewinne przyjemności sprawiać. No a najbardziej mnie cieszy, iż znowu wchodzi na mnie mnóstwo ciuchów, które wciśnięte były dawno temu na samo dno szafy bez nadziei na ujrzenie światła dziennego. 

   Cezary powiada, że odmłodniałam i więcej mam w sobie energii oraz optymizmu. Słysząc takie pochwały z jego ust (a wcale nie tak skłonny do ich wypowiadania jest mój niedobry małżonek) czuję się jeszcze bardziej uskrzydlona i cały świat porwałabym w ramiona z radości. Zamiast tego jednak lecę kozom świeżych gałęzi do pobliskiego młodniaka naciąć albo do warzywniaka by pomidorów i cukinii na leczo przynieść. Innym razem znowu pędzę w lasy albo na łąki i pola, żeby znowu coś okiem aparatu fotograficznego upolować, światem pełnym kolorów oraz miodowo-kwietnych aromatów się zachwycić i zanucić tę cudną, nie odstępującą mnie od dłuższego już czasu piosenkę napisaną do muzyki z filmu „Noce i dnie”…


„Nim las,
nim kłos,
nim noc dojrzeje,
ktoś wygra los,
ktoś porzuci nas.
Nasz dom,
nasz ląd zniknie gdzieś,
odpłynie w dal biała wieś,
będziemy snem, zorzą zórz, morskim dnem i gwiazdą.
Pokochaj mnie z całych sił,
pokochaj mnie na sto lat.
Pokochaj mnie, jakbyś był
tak młody, jak był dawniej świat.
Już zielenieje sad po burzy, nim roztopimy się w
podroży.
Ty kochaj mnie od nocy, do nocy, aż po noc.
Nim kłos,
nim las,
nim noc dojrzeje,
masz jeszcze czas,
by pokochać mnie.
Bo jak to jest,
jak to tak,
że więdnie bez, cichnie ptak,
zegary tak śpieszą się,
biegną dnie i noce.
Pokochaj mnie, lesie mój,
kochajcie mnie, ranne mgły,
darujcie mi biały strój,
tak mało już nocy i dni.
Znów zielenieje sad po burzy,
nim roztopimy się w podroży,
ty kochaj mnie od nocy, do nocy, aż po noc…”




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost