niedziela, 29 grudnia 2013

Od zimy do zimy...






   Pewnego zimowego, grudniowego dnia ja, Cezary i Zuzia wyszliśmy wczesnym rankiem na spacer. Tak bardzo chciało nam się pójść gdzieś przed siebie. Nacieszyć oczy przestrzenią. Napełnić płuca świeżym powietrzem a serca siłą i nadzieją. Oderwać od zwykłych spraw i myśli.Wędrować po lasach, polach, pagórkach i dolinach. Długo, długo! Od wschodu do zachodu! Ile tylko siły i chęci pozwolą...






     Z przyjemnością patrzyliśmy na radosną mordkę naszej psiny. Pod nogami skrzypiał nam śnieg a na zamarzniętych kałużach ślizgaliśmy się jak na małych lodowiskach.  Podziwialiśmy lodowe kwiaty i miniaturowe rzeźby utworzone z zamarzniętej wody na wziętych we władanie przez Panią Zimę polach.Wydeptywaliśmy w lesie zupełnie nowe, dziewicze ścieżki. Za kołnierz wlatywały nam opadające z gałęzi drzew lekkie jak wata cukrowa, ale zimne jak lód kawałki zbitego w grudy śniegu. Chchotaliśmy jak dzieciaki. Rzucaliśmy w siebie śnieżkami. Przewracaliśmy się, gdy znienacka nasza wielka psina skakała na nas, okazując nam w ten sposób żywiołowo swą szaleńczą radość. A już chwilę potem tarzała się uszczęśliwiona w zaspach śnieżnych albo uganiała po stromych stokach wzgórz i jarach. Szalona i swobodna. Pełna szczenięcego uroku, chociaż to już przecież zupełnie dorosłe psisko!






    Chwila odpoczynku i szliśmy dalej. Przed nami rozpościerały się wspaniałe widoki na odległe góry oraz położone w dolinie małe miasteczko. Owo miasteczko podziwiamy o każdej porze roku. Zawsze wygląda inaczej. Ubrane w inne kolory i światło. Otulone mgłą albo rozjaśnione ostrym słońcem. Świeże jak pogodny poranek albo zmęczone i szare jak znużony życiem wędrowiec.
 - Ileż tam się toczy szczęść i nieszczęść?
 -Jakie historie się plotą? - rozmyślaliśmy wpatrując się w kolorowe dachy i wieżyczki domów, w wijące się pomiędzy nimi srebrzyste niteczki dróg i codziennych scieżek...




   Dobrze się tak szło. Bez czasu. Bez zmęczenia. Bez zmartwień i smutków, pozostawionych na te momenty w zamkniętej na cztery spusty czarnej donicy codzienności. Byliśmy tylko my, nasza kochana Zuzia i zima. I tylko cisza wokół. Słodki błękit nieba. I delikatny blask śnieżnych gwiazdeczek…





   I pewnie zdarzyło nam się wejść w jakąś pętlę czasu, albo w zaklęty wir, bo po tygodniu takiej wędrówki znaleźliśmy się w zupełnie wiosennej aurze. Po śniegu nie zostało prawie żadnego śladu. Spoceni musieliśmy rozpiąć zimowe kurtki a także schować do kieszeni rękawiczki i szaliki. Zieleń buchała zewsząd a ptaki śpiewały w oszołomieniu  i zachwyceniu swoje entuzjastycznie brzmiące, kwietniowe pieśni. Kwitło mnóstwo drobnych kwiatuszków. Strumienie pogodnie szemrały w dolinach i błyskały ku nam błękitnym spojrzeniem. Dołączyły do nas nowe wędrowniczki - dwie młode, rozbrykane kózki - czarna Brykuska i jasnoszara Popiołka. I teraz już we czwórkę (bo przecież i psina zawsze z nami) przemierzaliśmy czerwcowe bezczasy i przestrzenie. W oczach świeciło nam radosne zdumienie. Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy?







   Niedługo potem ten sam wir czasu przeniósł nas czarodziejsko w lato. Gorące, suche, buchające kolorami, zapachami i dojrzałymi marzeniami. Biegaliśmy po lipcowych łąkach. Odganialiśmy się od komarów i gzów. Moczyliśmy nogi w sierpniowym strumieniu. W lesie wypatrywalismy miedzy mchem, igliwiem i liśćmi kolorowych kapeluszy kurek oraz kozaczków. Zbieraliśmy zioła i kwiaty. Opalaliśmy na złoto twarze. Napotykaliśmy jagodowiska i polanki pełne poziomek. Docieraliśmy nad odległe jezioro a nawet nad oddalony jeszcze bardziej San. Przemierzaliśmy polne drogi i bezdroża, spotykając wszędzie sens, spokój, piękno i nadzieję...





    I ledwo zdążyliśmy nacieszyć się latem ogarnęła nas swymi kolorami jesień. Codziennie pojawiały sie w lesie nowe, zachwycające barwy. Oranże, czerwienie i złoto liści. Fiolet, pomarańcz, amarant, żółć, ognisty szkarłat kwiatów i owoców na krzewach, na łąkach...Zamyślenia, westchnienia, wspomnienia, baśnie...





   I wreszcie następna zima. Nowa odsłona cudownego spektaklu przemian wizji i kolorów. Szalony, codzienny performance...A więc wędrujemy, nie tracąc nic z tych zapraszajacych nas do nieustannej eksploracji cudów Pogórza Dynowskiego. Cieszymy się tym, co w takiej obfitości zupełnie za darmo i tylko dla nas ofiarowuje nam szczodrze matka natura.



- Czy kozy będą chciały chodzić po śniegu? - zastanawialiśmy się, nie chcąc aby nasze ulubienice nudziły się przez kilka zimowych miesięcy w swojej małej koziarni.
I cóż! Okazało się, że gdzie my, tam i nasze zwierzęta! Pójdą wszędzie byleby być razem. Byleby zażyć ruchu i swobody. I cieszyć nasze serca...


   Sympatyczne, ciekawskie kozule po wyjściu na białe przestrzenie zamierały na moment w bezruchu i rozglądały się dookoła olśnione, pełne koziego zachwytu w swych ślicznych, ufnych oczach.  A już po chwili wyskubywały sobie spod śniegu pojedyncze źdźbła zielonego owsa albo listki jeżyn. Popatrywały na nas zadowolone. Wsłuchiwały się uważnie we wszystkie szelesty dobiegające do nas z lasu. A niekiedy puszczały się w szaleńcze biegi i skoki, przypominając nam wówczas dzikie kozice górskie. A Zuzia, rzecz jasna, za nimi!




   Pewnego grudniowego, lecz dziwnie przy tym wiosennego, ciepłego dnia wróciliśmy do naszego ogrodu. Napotkany przy oczku wodnym rudy kot popatrzył na nas nieprzytomnie. Drzemał tam, śniąc o wielkich łowach i czyhając na karpie oraz żaby widoczne tuż pod powierzchnią wody. Rozgdakane kurki zielononóżki wyskubywały sobie spomiędzy szmaragdowych trawek jakieś robaczki i dżdżownice. Koguty siedząc na płocie piały ile sił w płucach. A najmłodsze kurczęta biegały za zaaferowaną kwoką, naśladując ją we wszystkim i grzebiąc z zapałem w rozgrzanej gorącymi promieniami ziemi.



    Tuż przy wejściu do domu baniasta donica trosk, wsunięta w ciemny, najciemniejszy kąt łypnęła na nas szyderczo. Zalśniła przyzywająco ciemnym, upartym światłem konieczności i obowiązku. Prędzej czy później trzeba ją będzie stamtąd wyciągnąć, otworzyć i zmierzyć się z zamkniętym wewnątrz mackowatym stworem. Ale nie teraz…Jeszcze nie…



   Poszliśmy do kuchni napić się goracej herbaty z sokiem malinowym. Zjeść chleba z pachnącym smażoną cebulką i majerankiem smalcem…Zmęczona Zuzia ułożyła się u naszych stóp. Koty skwapliwie zajęły kolana. Za oknem oczarowany ciepłem i słońcem świat słał nam prosty, serdeczny uśmiech.
Westchnęliśmy, uśmiechając się do tego świata i do siebie.


   Kochani! I do Was się uśmiechamy życząc Wam w nadchodzącym, Nowym Roku jak najwięcej takich prostych, dobrych chwil. Wsłuchania się w siebie i w ciszę. Poświęconego sobie wzajemnie czasu. Dziecięcej radości. Zapomnienia oraz uśmiechu. Nadziei i blasku w oczach. Delikatnych, codziennych szczęść...

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost