Nie ma nic prócz
siebie i gruzów pamięci
Siebie też już
nie ma – wszystko jest przeszłością
W dźwiękach
noclegowni, w codziennej niechęci
Takich samych
ranków plecionych nicością
Patrzy gdzieś za
okno, na starego kruka
Który zawsze
tutaj ma swoje śniadanie
Teraz jeszcze
czeka, w cieniu czegoś szuka
Wreszcie trochę
chleba, jak zwykle dostanie
Bezdomny
wspomina, jak zapukał w okno
Wrócił właśnie z
saksów, gdzie długo biedował
A ona krzyknęła –
Ty tu dziadu po co?!
Wracaj skądeś
przyszedł! – To były jej słowa
Nic mu nie
zostało. Dom, życie stracone
A ostatnie grosze
dał na dworcu komuś
Żona już z kimś
innym życie ułożone
Wiedzie w jego
pracą zbudowanym domu
Odszedł – cóż
miał robić? – walczyć brakło siły
Bezradny, skulony
w parku usiadł z boku
Ludzie go mijali,
dzień się zaczął miły
On tkwił na tej ławce,
w nim wielki niepokój
Jak to? Tylko
tyle? To jest właśnie życie?
I na cóż
marzenia, starania, harówka?
Nikim jestem –
Ludzie, czy mi uwierzycie?!
Zgasłem tak, jak
gaśnie pęknięta żarówka!
Teraz jestem
tutaj, a łzy znowu kapią
To jest ma
codzienność i próżne wspomnienia
Z noclegowni
ludzie do stołówki człapią
Czas już na
śniadanie, a kruk wyszedł z cienia…
*zdjęcie z Internetu
