Cóż szkodzi powiedzieć? Obiecać cóż szkodzi?
Słowa bez pokrycia leją się strumieniem
Łgają z lewa, z prawa, kłamią starzy, młodzi
Bajki dla naiwnych, kolejne zwodzenie
„Cóż szkodzi obiecać” – hula nowa heca
Ta żałosna farsa z wyborczego garnca
Mnóstwo tych hec co dzień w realu i w necie
Jeden z drugim mąci, wymyśla i plecie
Wykopują zewsząd afery, ploteczki
Historyjki mętne z zapleśniałej beczki
Byleby się działo, byle lud dał wiarę
W te skandale dęte, brodate bo stare
Cóż szkodzi powiedzieć? Obiecać cóż szkodzi?
Wzywają by wsiadać do dziurawej łodzi
Dziury ukrywają gładkimi słowami
Wzywają, lecz gardzą wszak pasażerami
Bo my – ciemna masa. Istotna przez mgnienie
Jak mięso armatnie, jak owiec spędzenie
Potem się nas wepchnie do ciasnej wygódki
By nie słyszeć jęków zniewolonej trzódki
Wszak liczy się władza, władza jak narkotyk
Honor, prawda, wiara? To zbędne kłopoty
Ciągle mają pamięć złotej rybki ludzie
Znowu zaufają wyborczej obłudzie
Tak więc w czas wyborów brednie nam się wciska
Niech się nażre ludek, niech trwają igrzyska
Plecie się androny. Jakie? Wszystko jedno
Cóż szkodzi obiecać? Oto całe sedno...