niedziela, 10 kwietnia 2016

Porządki wiosny w Jaworowie


   

   Wiosna w Jaworowie śmiało wprowadza nowe porządki. Każe zielenić się trawom i listkom, rodzić się nowemu i staremu życiu, napełniać nadzieją stroskane do tej pory serca, ocieplać czas, złagodnieć szalonemu wiatrowi, zapraszać do korzystania z tego pomalowanego na świeże barwy świata.  


    O ile pogoda pozwala wybieramy się zatem ze zwierzyńcem na łąkę albo do lasku i tam zażywamy pełni spokoju i odrodzenia. Maleństwa Brykuski nie są już takie małe. Właśnie skończyły cztery tygodnie i brykają radośnie na wspaniałej przestrzeni wiosennego pola. Ich siwe ciotki – Popiołka i Szarka zaakceptowały koźlątka i pasą się zgodnie pospołu z pełną energii dzieciarnią. Czarno umaszczony koziołek Kleksik stał się nawet ulubieńcem Szarki, jej towarzyszem zabaw, bodzeń i zwariowanych gonitw. Natomiast znacznie mniejsza od Kleksika, pieprzowa w odcieniu Kruszka z widocznym dystansem obchodzi starsze kozy. Woli trzymać się w pobliżu matki, chociaż ta matka wcale nie traktuje jej dobrze. Dlaczego? To już dłuższa historia… 


   Otóż po kilkunastu dniach od narodzin swych pociech Brykuska zapadła na zapalenie wymienia. To niezwykle bolesna dolegliwość często nawiedzająca kozy wiosną. W tym okresie łatwo się przeziębić i naszą Brykuskę pewnie właśnie takie przeziębienie dopadło. Dość powiedzieć, że wymiona stwardniały jej, zaczerwieniły się i kozula zupełnie straciła ochotę na karmienie swych dzieci. Jednak o ile w przypadku Kleksika ta niechęć trwała zaledwie jeden dzień, to już w stosunku do Kruszki nie minęła wcale. Przy każdej próbie possania bodła albo gryzła i kopała biedną, głodną córeczkę. Tak działo się i potem mimo zupełnego wyzdrowienia kozy. A nam przypomniało się, że przecież z maleńką Brykuską było kiedyś tak samo. Ją także matka niegdyś odrzuciła by zająć się wyłącznie  swym grubiutkim synkiem. Byłyżby więc takie zachowania dziedziczne? A może natura sama wie, co dla niej najlepsze i Brykuska czując, że ma mało mleka wybrała ze swych dwojga dzieci to, które jej zdaniem miało więcej szans na przeżycie? Tak działa w przyrodzie selekcja naturalna a nam jakkolwiek wydawałoby się to okrutne pozostaje uszanować to i pogodzić się z prawami natury. 


   Ale przecież nie mogliśmy pozwolić by słodka, niewinna Kruszka padła z głodu. Trzeba było ratować maleństwo. Kózka jak najszybciej musiała przejść na karmienie smoczkiem. Na początku karmiłam ją mlekiem odciąganym od Popiołki, ale ponieważ mleka tego było stanowczo zbyt mało jak na rosnące potrzeby Kruszki kupiłam gotową mieszankę dla niemowląt. Jednak apetyt małej rósł w taki tempie, że trzystu pięćdziesięcio gramowe opakowanie starczało zaledwie na pół tygodnia. Zmartwieni wysokimi kosztami takiego karmienia (kto ma małe dzieci, ten wie jakie sumy trzeba wydawać na te wszystkie gotowe mieszanki) zaczęliśmy szukać jakiegoś alternatywnego, tańszego pożywienia dla kózki. Znaleźliśmy takie w miejscowym sklepiku z paszami. Okazało się, że można tam dostać mleko dla cieląt w proszku w cenie zaledwie siedmiu złotych za kilogram. Cóż za ulga dla naszych kieszeni! Na początek kupiliśmy dwa kilo tego proszku, który zaraz przesypałam do wielkiego, czterolitrowego słoja. Wypełnił go w całości! Jednak znika bardzo szybko, gdyż apetyt malutkiej rośnie z dnia na dzień. I o ile na początku wystarczały jej trzy butelki mleka, to dzisiaj spokojnie zjada sześć, siedem butli. W ten oto sposób zostałam kozią mamą! Każdy dzień rozpoczynam od karmienia łakomej kózki i każdy na tym kończę. Bywa, że i na łąkę zabieram ze sobą butelkę, jeśli pasienie trwa kilka godzin i jest przy tym ciepło.




   Na szczęście kozie maluchy pojadają coraz więcej trawki oraz młodych listków. Smakuje im także owies i siano. Uzupełniają w ten sposób swą mleczną dietę i rosną jak na drożdżach. Wczoraj zauważyłam, że u obojga widać już maleńkie różki a ich ulubioną zabawą w koziarni i na łące stało się zapalczywe bodzenie oraz skoki przez siebie i zataczanie szalonych ósemek wokół starszych kóz.



   Z uwagi na moje chore, bolące stopy zabieram sobie zawsze na łąkowe popasy krzesełko turystyczne i siedząc na nim mogę do woli obserwować kozie igraszki albo, gdy mi wścibskie kozy na to pozwolą, czytać książkę. Kozule jednak rzadko wyrażają zgodę na moją lekturę. Bardzo interesuje je szelest kartek. Błyszcząca okładka. A nawet smak pokrytych tajemniczym maczkiem stron. Szybko chowam więc książkę i znowu jestem do dyspozycji mych ciekawskich oraz złaknionych pieszczot kóz. A niech no tylko wstanę z krzesełka by rozprostować kości! Kozy - huncwoty zaraz biorą moje siedzisko w obroty. Liżą, gryzą, bodą, przewracają. Wyrywają sobie zazdrosne o zabawkę.



    

   W tym czasie psy biegają sobie po okolicznych chaszczach i laskach, a potem przychodzą na odpoczynek w cieniu mego krzesełka. A właściwie, to tylko Zuzia przychodzi, bowiem ją kozule lubią i traktują jak zaufanego członka stada. Natomiast Jacuś przysiąść może co najwyżej dziesięć metrów od nas, gdyż jeśli tylko spróbuje się zbliżyć kozy odganiają go aż ucieka biedaczek z podkulonym ogonem. Zwłaszcza Brykuska cięta jest bardzo na naszego białego psiaka. Dobrze pamięta krzywdę, jaką wyrządził jej w zeszłym roku i teraz strzegąc bezpieczeństwa swych dzieci robi wszystko by tamto traumatyczne zdarzenie się nie powtórzyło. Samotny, pogodzony z losem Jacuś siedzi czy stoi zatem z dala na łące i spogląda tęsknym wzrokiem. Niekiedy cudem uda mu się boczkiem dojść do mnie i chciwie wtulać głowę w me kolana i dłonie. Jednak kozy zaraz to zauważają i nuże znowu gonić biedaka! Potem, gdy już jesteśmy w naszym obejściu lub w domu wynagradzam mu te przykrości zwiększoną ilością pieszczotek i miłych słówek.





   Zresztą oba pieski codzień pieścimy i dokładnie przeglądamy ich sierść. W tym roku w naszych okolicach takie zatrzęsienie kleszczy, że mimo obroży przeciwkleszczowych i specjalnych płynów odstraszających Zuzia i Jacuś przynoszą z pola ogromne ilości tych pajęczaków. Niektóre tylko po nich łażą. Inne zdołają się błyskawicznie wgryźć. Ja też już tej wiosny miałam wątpliwą przyjemność bycia ugryzioną przez kleszcza. A ponieważ pojawił mi się spory rumień chcąc nie chcąc łykam serię antybiotyków.


   Od kilku dni ochłodziło się. Na zmianę siąpi kapuśniaczek albo porządnie pada deszcz. Mgła utrzymuje się na polu po kilka godzin. Zatem i nasze przechadzki oraz łąkowe wywczasy znacznie się skróciły. Ta mokra pogoda jednak bardzo służy przyrodzie. Wprost widać jak trawa rośnie a kwiatowe pączki na drzewach owocowych pękają i lada dzień ukażą swą biało-różową urodę. Jesienią posadzony czosnek wypuścił do słońca długie, zielone wąsy. Niedawno w ogrodzie zasadziliśmy kilka krzaków porzeczek, agrestu oraz jeżyn. Swoje miejsce znalazł też pigwowiec, lilak, ałycza, berberys i jaśmin. Natomiast zaorane i spulchnione pole oszałamiająco pachnie płodną ziemią, doczekać się nie mogąc pory siania. I ona już za chwilę nadejdzie w Jaworowie. Niech tylko miną deszcze. Niech słonko pokaże swe przyjazne oblicze. Niech siły pozwolą i zdrowie.




   A żeby to zdrowie polepszyć to poza kursowaniem po przychodniach postanowiliśmy z Cezarym po pierwsze odkurzyć rowery i robić sobie poranne, kilkukilometrowe przejażdżki polnymi drogami a po drugie zmienić naszą dietę i schudnąć. Prawie zupełnie wyeliminowaliśmy z domowego menu pieczywo. Jadamy natomiast kasze, zupy jarzynowe, ryby, chude mieso drobiowe, jajka, biały ser, sałatki i jabłka oraz przepyszne warzywa z patelni. Mistrzem w ich przyrządzaniu jest Cezary. Oto jego przepis:

 Warzywa z kurczakiem a la Cezary
   Na patelni, na niewielkiej ilości oleju podsmażam pokrojone w słupki marchewki, pietruszkę i seler. Potem dodaję do nich talarki pora, kawałki selera naciowego i paski kapusty pekińskiej. Na koniec oprószam to wszystko odrobiną soli. Na drugiej patelni w tym czasie podsmażam pokrojone na drobne kawałeczki mięso kurczaka (z nóżek albo z piersi). Posypuję je przyprawą ziołową i lekko solę. Kiedy tylko mięso zrumieni się z obu stron jest gotowe. Teraz tylko trzeba wymieszać je z usmażonymi al dente warzywami. I voila - obiad gotowy!:-))



    Życzymy Wam kochani pogodnej, życzliwej, dającej zdrowie i radość wiosny!:-))

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost