Wiosna w Jaworowie śmiało
wprowadza nowe porządki. Każe zielenić się trawom i listkom, rodzić się nowemu
i staremu życiu, napełniać nadzieją stroskane do tej pory serca, ocieplać czas,
złagodnieć szalonemu wiatrowi, zapraszać do korzystania z tego pomalowanego na
świeże barwy świata.
O ile pogoda pozwala wybieramy
się zatem ze zwierzyńcem na łąkę albo do lasku i tam zażywamy pełni spokoju i
odrodzenia. Maleństwa Brykuski nie są już takie małe. Właśnie skończyły cztery
tygodnie i brykają radośnie na wspaniałej przestrzeni wiosennego pola. Ich siwe
ciotki – Popiołka i Szarka zaakceptowały koźlątka i pasą się zgodnie pospołu z
pełną energii dzieciarnią. Czarno umaszczony koziołek Kleksik stał się nawet
ulubieńcem Szarki, jej towarzyszem zabaw, bodzeń i zwariowanych gonitw.
Natomiast znacznie mniejsza od Kleksika, pieprzowa w odcieniu Kruszka z
widocznym dystansem obchodzi starsze kozy. Woli trzymać się w pobliżu matki,
chociaż ta matka wcale nie traktuje jej dobrze. Dlaczego? To już dłuższa
historia…
Otóż po kilkunastu dniach od
narodzin swych pociech Brykuska zapadła na zapalenie wymienia. To niezwykle
bolesna dolegliwość często nawiedzająca kozy wiosną. W tym okresie łatwo się
przeziębić i naszą Brykuskę pewnie właśnie takie przeziębienie dopadło. Dość powiedzieć,
że wymiona stwardniały jej, zaczerwieniły się i kozula zupełnie straciła ochotę
na karmienie swych dzieci. Jednak o ile w przypadku Kleksika ta niechęć trwała
zaledwie jeden dzień, to już w stosunku do Kruszki nie minęła wcale. Przy
każdej próbie possania bodła albo gryzła i kopała biedną, głodną córeczkę. Tak
działo się i potem mimo zupełnego wyzdrowienia kozy. A nam przypomniało się, że
przecież z maleńką Brykuską było kiedyś tak samo. Ją także matka niegdyś
odrzuciła by zająć się wyłącznie swym
grubiutkim synkiem. Byłyżby więc takie zachowania dziedziczne? A może natura
sama wie, co dla niej najlepsze i Brykuska czując, że ma mało mleka wybrała ze
swych dwojga dzieci to, które jej zdaniem miało więcej szans na przeżycie? Tak
działa w przyrodzie selekcja naturalna a nam jakkolwiek wydawałoby się to
okrutne pozostaje uszanować to i pogodzić się z prawami natury.
Ale przecież nie mogliśmy
pozwolić by słodka, niewinna Kruszka padła z głodu. Trzeba było ratować
maleństwo. Kózka jak najszybciej musiała przejść na karmienie smoczkiem. Na
początku karmiłam ją mlekiem odciąganym od Popiołki, ale ponieważ mleka tego
było stanowczo zbyt mało jak na rosnące potrzeby Kruszki kupiłam gotową
mieszankę dla niemowląt. Jednak apetyt małej rósł w taki tempie, że trzystu
pięćdziesięcio gramowe opakowanie starczało zaledwie na pół tygodnia.
Zmartwieni wysokimi kosztami takiego karmienia (kto ma małe dzieci, ten wie
jakie sumy trzeba wydawać na te wszystkie gotowe mieszanki) zaczęliśmy szukać
jakiegoś alternatywnego, tańszego pożywienia dla kózki. Znaleźliśmy takie w
miejscowym sklepiku z paszami. Okazało się, że można tam dostać mleko dla
cieląt w proszku w cenie zaledwie siedmiu złotych za kilogram. Cóż za ulga dla
naszych kieszeni! Na początek kupiliśmy dwa kilo tego proszku, który zaraz
przesypałam do wielkiego, czterolitrowego słoja. Wypełnił go w całości! Jednak
znika bardzo szybko, gdyż apetyt malutkiej rośnie z dnia na dzień. I o ile na
początku wystarczały jej trzy butelki mleka, to dzisiaj spokojnie zjada sześć,
siedem butli. W ten oto sposób zostałam kozią mamą! Każdy dzień rozpoczynam od
karmienia łakomej kózki i każdy na tym kończę. Bywa, że i na łąkę zabieram ze
sobą butelkę, jeśli pasienie trwa kilka godzin i jest przy tym ciepło.
Na szczęście kozie maluchy
pojadają coraz więcej trawki oraz młodych listków. Smakuje im także owies i
siano. Uzupełniają w ten sposób swą mleczną dietę i rosną jak na drożdżach.
Wczoraj zauważyłam, że u obojga widać już maleńkie różki a ich ulubioną zabawą
w koziarni i na łące stało się zapalczywe bodzenie oraz skoki przez siebie i
zataczanie szalonych ósemek wokół starszych kóz.
Z uwagi na moje chore, bolące stopy
zabieram sobie zawsze na łąkowe popasy krzesełko turystyczne i siedząc na nim
mogę do woli obserwować kozie igraszki albo, gdy mi wścibskie kozy na to
pozwolą, czytać książkę. Kozule jednak rzadko wyrażają zgodę na moją lekturę.
Bardzo interesuje je szelest kartek. Błyszcząca okładka. A nawet smak pokrytych
tajemniczym maczkiem stron. Szybko chowam więc książkę i znowu jestem do
dyspozycji mych ciekawskich oraz złaknionych pieszczot kóz. A niech no tylko
wstanę z krzesełka by rozprostować kości! Kozy - huncwoty zaraz biorą moje
siedzisko w obroty. Liżą, gryzą, bodą, przewracają. Wyrywają sobie zazdrosne o
zabawkę.
W tym czasie psy biegają sobie
po okolicznych chaszczach i laskach, a potem przychodzą na odpoczynek w cieniu
mego krzesełka. A właściwie, to tylko Zuzia przychodzi, bowiem ją kozule lubią
i traktują jak zaufanego członka stada. Natomiast Jacuś przysiąść może co
najwyżej dziesięć metrów od nas, gdyż jeśli tylko spróbuje się zbliżyć kozy
odganiają go aż ucieka biedaczek z podkulonym ogonem. Zwłaszcza Brykuska cięta
jest bardzo na naszego białego psiaka. Dobrze pamięta krzywdę, jaką wyrządził
jej w zeszłym roku i teraz strzegąc bezpieczeństwa swych dzieci robi wszystko by
tamto traumatyczne zdarzenie się nie powtórzyło. Samotny, pogodzony z losem
Jacuś siedzi czy stoi zatem z dala na łące i spogląda tęsknym wzrokiem.
Niekiedy cudem uda mu się boczkiem dojść do mnie i chciwie wtulać głowę w me
kolana i dłonie. Jednak kozy zaraz to zauważają i nuże znowu gonić biedaka! Potem, gdy już jesteśmy w naszym obejściu lub w domu wynagradzam mu te
przykrości zwiększoną ilością pieszczotek i miłych słówek.
Zresztą oba pieski
codzień pieścimy i dokładnie przeglądamy ich sierść. W tym roku w naszych
okolicach takie zatrzęsienie kleszczy, że mimo obroży przeciwkleszczowych i
specjalnych płynów odstraszających Zuzia i Jacuś przynoszą z pola ogromne
ilości tych pajęczaków. Niektóre tylko po nich łażą. Inne zdołają się
błyskawicznie wgryźć. Ja też już tej wiosny miałam wątpliwą przyjemność bycia
ugryzioną przez kleszcza. A ponieważ pojawił mi się spory rumień chcąc nie
chcąc łykam serię antybiotyków.
Od kilku dni ochłodziło się. Na
zmianę siąpi kapuśniaczek albo porządnie pada deszcz. Mgła utrzymuje się na
polu po kilka godzin. Zatem i nasze przechadzki oraz łąkowe wywczasy znacznie
się skróciły. Ta mokra pogoda jednak bardzo służy przyrodzie. Wprost widać jak
trawa rośnie a kwiatowe pączki na drzewach owocowych pękają i lada dzień ukażą
swą biało-różową urodę. Jesienią posadzony czosnek wypuścił do słońca długie, zielone wąsy. Niedawno w ogrodzie zasadziliśmy kilka krzaków porzeczek, agrestu oraz jeżyn. Swoje miejsce znalazł też pigwowiec, lilak, ałycza, berberys i jaśmin. Natomiast zaorane i spulchnione pole oszałamiająco
pachnie płodną ziemią, doczekać się nie mogąc pory siania. I ona już za
chwilę nadejdzie w Jaworowie. Niech tylko miną deszcze. Niech słonko pokaże swe
przyjazne oblicze. Niech siły pozwolą i zdrowie.
A żeby to zdrowie polepszyć to
poza kursowaniem po przychodniach postanowiliśmy z Cezarym po pierwsze odkurzyć rowery i robić sobie poranne, kilkukilometrowe przejażdżki polnymi
drogami a po drugie zmienić naszą dietę i schudnąć. Prawie zupełnie
wyeliminowaliśmy z domowego menu pieczywo. Jadamy natomiast kasze, zupy
jarzynowe, ryby, chude mieso drobiowe, jajka, biały ser, sałatki i jabłka oraz przepyszne
warzywa z patelni. Mistrzem w ich przyrządzaniu jest Cezary. Oto jego przepis:
Warzywa z kurczakiem a la Cezary
Na patelni, na niewielkiej ilości oleju podsmażam pokrojone
w słupki marchewki, pietruszkę i seler. Potem dodaję do nich talarki pora,
kawałki selera naciowego i paski kapusty pekińskiej. Na koniec oprószam to
wszystko odrobiną soli. Na drugiej patelni w tym czasie podsmażam pokrojone na
drobne kawałeczki mięso kurczaka (z nóżek albo z piersi). Posypuję je przyprawą
ziołową i lekko solę. Kiedy tylko mięso zrumieni się z obu stron jest gotowe.
Teraz tylko trzeba wymieszać je z usmażonymi al dente warzywami. I voila - obiad
gotowy!:-))
Życzymy Wam kochani pogodnej, życzliwej, dającej zdrowie i radość wiosny!:-))