niedziela, 14 stycznia 2018

Karczma na rozstaju dróg...cz.2




Jesienne przemiany


   Końcówka sierpnia, pokazała wszystkim swe zaskakująco drapieżne oblicze. Mnóstwo chłopów z okolicznych przysiółków i domów poszło do wojska. Na miejscu pozostały kobiety, dzieci, starcy oraz niezdolni do służby wojskowej mężczyźni. Był wśród nich także Kazimierz, który ponoć chorował na ciężkie lumbago i z tego powodu darowano mu służbę wojskową. Baby szeptały jednak, że po prostu znał, kogo trzeba i potrafił wykupić się od wojska.
Wszystkim się wydawało, że wojna tu nie dotrze. Ciężko przecież wjeżdżać konnicą albo i łazikiem w te niedostępne wzgórza, w te kamieniste, nierówne drogi, wiodące nie wiadomo gdzie i kończące się nie wiadomo czym.

   Jakub stał się coraz bardziej zamknięty w sobie i milczący. Chociaż jego karczma była jeszcze otwarta to co dnia zmagał się sam ze sobą, czy nie powinien zwijać dobytku i schronić się z rodziną w jakimś bezpiecznym miejscu? Ale gdzie było takie miejsce? Najbliżsi krewni mieszkali w dalekiej Ameryce i na pewno nie przypuszczali, że ich polskim krewniakom mogłaby się dziać jakaś krzywda.

 - Co oni tam w tej Ameryce w ogóle o tutejszym świecie wiedzieli? – zastanawiał się czasami pełen goryczy i smutku mężczyzna, nasłuchując z przerażeniem wieści od uciekinierów ze świata, którzy tłumnie przybywali teraz co dzień do jego karczmy, dziwiąc się, iż wciąż jest otwarta.

   Esterka zaczęła z ogromnym trudem gromadzić jakieś zapasy na ciężkie dni. W spiżarce miała już beczkę śledzi i smalec z gęsi, kiszoną kapustę i ogórki. A w workach trzymała drogocenną mąkę i cukier, kaszę oraz ziemniaki. Przestała warzyć piwo. Przestała chodzić na łąkę po zioła, chociaż tak wspaniale kwitł teraz wrotycz i dojrzewały fioletowe baldachy owoców dzikiego bzu. Dzieciom też nie pozwalała oddalać się od domu. W powietrzu wisiała jakaś trudna do nazwania groza, pełna złych przeczuć, obaw i podejrzeń.
   Dzieci całymi dniami przesiadywały w karczmie i chociaż przeganiane wciąż przez rodziców, to zaraz powracały do swego zacisznego kątka by przysłuchiwać się rozmowom starszych. Tylko małą Rebekę nic a nic to nie obchodziło i stale marudziła, by iść do ogrodu, by pobawić się z konikiem albo kukułki posłuchać… Salcia i Abramek spoglądali na siostrzyczkę surowym, przedwcześnie jakby dojrzałym wzrokiem i uciszali ją pełnymi zniecierpliwienia syknięciami a nieraz rysowali jej w zeszyciku kopiowym ołówkiem jakieś zwierzątka i kazali małej to przerysowywać. Dziecko biedziło się w pocie czoła nad kartką papieru, ale przynajmniej miało jakieś zajęcie.

   Wszystko zmieniło się gwałtownie na początku września. Dobiegające gdzieś z oddali wystrzały i huki toczących się w pobliskim miasteczku walk umilkły nagle…Cisza stała się niepokojąca, złowróżbna.

   Karczma Jakuba zamknięta już była na cztery spusty a jego rodzina wewnątrz wciąż usiłowała wieść jakieś życie, mające pozory normalności. Nie wiedzieli, co mają z sobą począć. Zostać źle i uciekać źle. A może jakimś cudem Niemcy zostawią ten oddalony od cywilizacji przysiółek w spokoju?
Jakże mieli porywać się na ucieczkę w niewiadome, skoro Sara, matka Jakuba podupadła ostatnimi czasy tak bardzo na zdrowiu, że całe dnie leżała w łóżku, żarliwie szepcząc modlitwy albo popadając w gorączkowy sen? Estera poiła ją kilka razy dziennie swymi ziołowymi wywarami, lecz niewiele to pomagało. W tej sytuacji nawet doktor z miasta chyba też by nie zdziałał żadnych cudów. Sara była już po prostu stara i niedołężna. Nie dziwota, że gasła w niej wola życia. Zresztą jakże tu wzywać lekarza, skoro strach było wychodzić z domu i pokazywać się ludziom na oczy?

   Od kilku dni wszyscy omijali karczmę na rozstaju szerokim łukiem. Prędko rozniosła się wieść o tym, że Niemcy brutalnie mordują, topią w Sanie albo wywożą gdzieś wszystkich Żydów z okolicy a za pomaganie im grozi kulka w łeb. W takiej sytuacji Jakub nie miałby nawet śmiałości, by prosić kogoś o pomoc. Czy mógł obarczać znajomych chłopów tak wielką odpowiedzialnością? Czy mógł wymagać od kogokolwiek poświęcenia dla niego życia swego i rodziny?

   Piękną, pogodną nocą wrześniową ktoś bardzo zadyszany przybiegł pod karczmę Jakuba i cichutko, lecz natarczywie zaczął pukać w okno kuchenne.
Jakub po chwili wahania otworzył. Na progu stała Agnieszka, żona Kazimierza.
Jak zawsze ubrana w swą lichą sukienkę oraz fartuszek, lecz włosy miała rozwiane i gdzieś zniknęła jej zwykła nieśmiałość i lękliwość. Teraz ta szczupła, drobna kobieta miała w spojrzeniu dziwną determinację i niewidziany dotąd u niej blask zdecydowania.

- Proszę, Agnieszko! Wejdź do środka. Nikt nie powinien Cię tu widzieć – rzekł Jakub i wciągnął ją za próg karczmy.

Agnieszka weszła niepewnie, mrużąc oczy w świetle trzymanej przez Jakuba lampy naftowej. Zobaczyła w rogu izby ściśnięte jak stado spłoszonych ptaków dzieci karczmarza, które na odgłos pukania powyskakiwały z łóżek i teraz drżały tam, jak maleńkie, białe duchy w jasnych koszulkach nocnych. Obok nich stała Estera i tuląc maluchy do siebie spoglądała z mieszaniną lęku i nadziei na przybyłą.
Nikt tutaj nie spodziewał się usłyszeć dobrych wieści. Właściwie to cały czas czekali na te najgorsze.

- Słuchajcie, musicie jak najszybciej uciekać – wyszeptała Agnieszka, patrząc ze współczuciem na dzieci Jakuba – Niemcy będą tu z samego rana. Mój mąż dowiedział się dzisiaj tego od sołtysa. Kazimierz nie wie, że tu jestem. Zabiłby mnie, gdyby wiedział…Proszę, uciekajcie jak najszybciej! – powtórzyła kobieta i przerażona spojrzała w ciemność za oknem, jak gdyby już dochodziły stamtąd odgłosy kroków niemieckich najeźdźców.

- Ale gdzie? Gdzie mamy uciekać? – zawołała bezradnie Estera i wpatrzyła się ze zgrozą w mrok za oknem.

- Jeśli będziecie cichutko, to możecie jakiś czas zostać u nas, na strychu – powiedziała szybko Agnieszka, nie dowierzając samej sobie, że to mówi – Tam jest takie przepierzenie, które bardzo trudno zauważyć. Wszystko zawalają worki ze zbożem i sianem. Tam was długo nie znajdą. Ale musicie być bardzo cicho i natychmiast iść ze mną…

- Ale co na to Kazimierz? Czy on się zgodzi? – wyjąkała Estera a Jakub popatrzył z podziwem i wdzięcznością w twarz Agnieszki. On już zrozumiał. Ta kobieta postanowiła im pomóc wbrew woli męża. Chciała ich ukryć nawet za cenę jego gniewu i straszliwej odpowiedzialności, która spadnie na cały kazimierzowy dom.

- Nie możemy! Nie możemy tego zrobić Twojej rodzinie. Przecież masz chorego syna. To o niego teraz musisz się troszczyć najbardziej – rzekł stanowczo młody karczmarz – Ale bardzo dziękujemy Ci Agnieszko za Twoją propozycję. Nigdy Ci tego nie zapomnimy. Jesteś naprawdę odważną i dobrą kobietą.

W twarzy Agnieszki widać było mnóstwo walczących ze sobą uczuć. Z jednej strony odbijało się w niej wielkie pragnienie udzielenia pomocy tym ludziom, których lubiła i którym miała sporo do zawdzięczenia a z drugiej strony pojawiła się na niej ulga, że przecież zrobiła wszystko, co było w jej mocy a zmusić tych Żydów do niczego nie może.

- To ja wobec tego pójdę do siebie, bo jeszcze Kazimierz zauważy, że mnie nie ma, albo Janek będzie wołał… Ale gdybyście się jednak zdecydowali, to przyjdźcie jak najszybciej i zastukajcie w okienko kuchenne. Ja usłyszę i otworzę wam – powiedziała szybko kobieta i zdecydowanie odwróciła się ku drzwiom, by jak najśpieszniej opuścić to tak bezpieczne do niedawna a teraz piętnem ogromnie niepewności naznaczone domostwo i wrócić już do swego domowego schronienia.

Gdy tylko Agnieszka wyszła Jakub otrząsnął się jak gdyby z mgły, która do tej pory spowijała jego ciało i umysł. Postanowił za wszelką cenę ratować rodzinę. Nie ma, na co czekać!

- Dzieci, ubierzcie się szybciutko. Salciu pomóż Rebece. Musicie odziać się naprawdę ciepło, bo czeka nas długa droga a na dworze jest chłodno. Estero, pójdź ze mną do stodółki. Musimy wyciągnąć stamtąd naszą dwukółkę i załadować na nią, co tylko się da.
- Abramek, Ty pójdziesz do dziadków i powiesz im, żeby się ubierali i byli gotowi do drogi – zarządził zdecydowanie karczmarz a sam wziął za rękę strwożoną żonę i pociągnął ją za sobą do małej stodoły schowanej z tyłu karczmy.

   Mały Abramek, nie do końca rozumiejąc, co się właściwie dzieje w ich domu wciągnął szybko na siebie spodnie, koszulę, paltocik i buty a potem pobiegł do pokoju dziadków. Tam spostrzegł z ulgą, że dziadziuś był już w pełnym rynsztunku. Pewnie słyszał ich rozmowy, dobiegające z kuchni. Pewnie od dawna przeczuwał taki właśnie rozwój sytuacji. Ubrany i gotowy do drogi siedział na łóżku obok babci Sary i otaczał ją troskliwym ramieniem. Babcia wyglądała bardzo mizernie, ale na jej policzkach kwitły od gorączki różowe rumieńce a w oczach miała blask determinacji i odwagi.

- Powiedz ojcu, że jesteśmy gotowi do drogi – oświadczył dziadek – Niech tylko zaprzęga Siwka, bo babcia nie da rady iść. Trzeba ją położyć na dwukółce. Wyścielcie ją czymś miękkim i wszystko będzie dobrze.

- Saro kochana! Słyszałaś, co to się dzieje? Musimy wyjeżdżać jak najszybciej. Oprzyj się o mnie. Zaraz pomogę ci się ubrać – szeptał Icek do żony, unosząc ją delikatnie z pościeli i patrząc z troską w jej półprzytomne oczy.

- Icku! Nie zapomnij o wzięciu naszego mosiężnego zegara. To jedyne, co nam ocalało po starym domu. Jedyne, co mam po matce… - prosiła staruszka ledwo dosłyszalnym, przerywanym kaszlem głosem.

- Wszystko wezmę! Nie martw się najdroższa. Ale teraz pozwól, że ubiorę cię ciepło. Gdzie masz ten flauszowy płaszcz, w którym chodziłaś zeszłej zimy?

- W tej dużej szafie, Icku. I znajdź tam proszę skórzane, brązowe trzewiki. Były zawsze takie wygodne. Pamiętam, jak mi je kupiłeś u szewca w mieście – Sara zaniosła się tak silnym kaszlem, że aż oczy wypełniły jej się łzami. Nie mówiła więc już nic i tylko przyjmowała z ufnością pomoc i wszelkie poczynania zaaferowanego nagłą wyprowadzką męża.

   Tymczasem Jakub z Esterą zaprzęgli już Siwka do dwukołowego, niewielkiego wozu drewnianego. Tego samego, na którym ojciec zawsze przywoził z miasteczka prowiant i wszelkie zakupy. Tego, którym kiedyś pojechali we dwóch na targ a w drodze powrotnej Abramek uzyskał nawet od ojca pozwolenie na to, by sam powoził. Och, jaki ten chłopiec był wówczas dumny z siebie! Jakże się cieszył! Pamięta, że gdy tak jechali, to mnóstwo dzieciaków z wioski wyległo na drogę i patrzyło z podziwem i zazdrością na drobnego Abramka, który jak dorosły siedział na koźle i patrząc w dal, popędzał zdecydowanie ich siwego konia…

To były wspomnienia. Teraz nikogo nie cieszyła ta niespodziewana, nocna podróż w ciemność i nieznane.

   Ojciec z matką załadował na dwukółkę worki z żywnością, naczynia i koce. Na tym prowizorycznym posłaniu położono ostrożnie babkę Sarę. Jakub szedł obok konia i trzymał go mocno za uzdę. Reszta rodziny, dreptała z tyłu wozu, wpatrując się ze strachem we wszechogarniającą ich ciemność i pustkę. Zostawiali za sobą ich znany, bezpieczny, oswojony świat. Zostawiali swą ukochaną Karczmę. Czy jeszcze kiedyś ją zobaczą? Czy jeszcze tu wrócą? Przed nimi była ciemna ściana lasu. Nad nimi gwiazdy migotały obojętnie i nie udzielały odpowiedzi na żadne, z cisnących się im na usta pytań…

30 komentarzy:

  1. Piszesz tak, jakbyś tam była, jakbyś to wszystko widziała i przeżyła. To wielki dar Olu, to rzadki dar!
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moją wyobraźnię ogromnie wspomaga to, że żyję w tych stronach, gdzie toczy sie akcja opowieści, gdzie każdy pagórek, każda dolina i leśna drózka szepcze swoją historię...

      Usuń
  2. Marytka juz napisala to co chcialam, to co czulam czytajac, wiec tylko podziekuje Marytce i poczekam na dalsza czesc.
    I Tobie Olenko oczywiscie dziekuje za te piekne opowiesci, ktore nosisz w sobie i dzielisz sie z nami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Star:-) cieszę się, że podobnie odebrałyśmy opowieść Oli:-)
      Marytka

      Usuń
    2. A ja dziękuję Wam dziewczyny, że tu jesteście, że czytacie i dzielicie się wrażeniami!*

      Usuń
  3. piękna styczniowa niespodzianka, przysiadam, niecierpliwie czekam... na cdn.

    Losy wojenne to wiele pytań..... i nieszczęść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wojna niby tak dawno temu, ale ziemia wszystko pamięta, ale mgła przechowuje wszystkie opowieści, niektóre z nich są smutne, niektóre pogodne - ale tak to już jest w życiu...

      Usuń
  4. Straszne to wszystko. Naszym pokoleniom przyszlo zyc w czasach pokoju, ale nie doceniamy tego, nie szanujemy, ze nie ma przesladowan, a bomby nie spadaja nam na glowy. Nic nie jest dane na zawsze, trzeba dbac o to, co sie ma, a nie gonic za zludnym szczesciem posiadania wiecej i wiecej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda ziemia skrywa w sobie przerózne historie...Wiekszosć z nich zarosła już trawą, stała niewidzialna i zapomniana. Z historiami naszego życia będzie podobnie. ...Ale jeszcze żyjemy, jeszcze sie wszystko toczy. Naprawdę warto docenic to, co mamy, choć tak często narzekamy...

      Usuń
  5. Ostatnio dużo czytam, jednak Twoja opowieść Olu przebija te wszystkie moje książki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnio, gdy byłam w bibliotece w miasteczku miałam problem ze znalezieniem dla siebie czegoś dobrego do czytania. Wśród nowosci dostrzegłam tylko romansidła i fantasy oraz trochę polityczno-historycznych opracowań. Klasyki literatury pieknej chyba w ogóle teraz nie wydają. A starych wydań też jak na lekarstwo...Smutne to jest dla mnie bardzo, bo pamietam czasy, gdy biblioteki były skarbnicą mądrych ksiąg, źródłem wiedzy o świecie, nieskończonym oceanem olśnień. Moze w dużych bibliotekach, w duzych miastach nadal jest duzy wybór ksiazek, ale na wsi i w małych miasteczkach wygląda to żałośnie. Biblioteki mają mało pieniedzy na zakup ksiazek i kupują tylko te, które będą poczytne - czyli najpodlejszy rodzaj literatury. I tak koło sie zamyka...

      Usuń
  6. Histórie wcale nie tak odlegue... Dobrze jeszcze pamietam niektóre wyrywkowe wspomnienia dziadków i ból z nich przebijajacy. I nie powinny byc zapomniane w nadzieji, ze sie juz nie powtórza...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nasze babcie i dziadkowie pamietali tamte czasy. Nadal żyją jeszcze gdzieniegdzie bardzo wiekowi ludzie, którzy przechowują w pamięci wiele historii, tylko nie maja komu tego opowiedzieć, nikt nie ma cierpliwości słuchać, ludzie znudzeni, zniecierpliwieni, zniechęceni i zmęczeni...

      Usuń
  7. Straszne czasy...abyśmy takich nigdy nie zaznali...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obyśmy nie zaznali...Ale to, że my tych okropieństw teraz nie zaznajemy, nie oznacza, że sie tak straszne rzeczy w innych miejscach globu nie dzieją. Dzieją się, niestety. Nadal żywe są demony nacjonalizmu, rasizmu, ksenofobii, nadal ludzie muszą uciekać przed współplemieńcami, nadal do niedawna zaprzyjaźnieni sąsiedzi nagle zmieniają sie we wrogów, nadal na jaw wychodzą najgorsze instynkty i resentymenty...

      Usuń
  8. Wciagnelo mnie bardzo, dobrze sie czyta, smutne losy ludzi, chcialoby sie im pomoc.
    Olenka, podziwiam ze potrafisz tak pieknie pisac.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jestem Oleńko,jestem....

    "Przepraszam za to wzruszenie
    które odbiera mi głos
    Dalej napiszę milczeniem
    Kropkę postawię łzą"
    Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu!Zawsze ciepło mi na sercu, gdy odzywasz się, gdy dajesz znak, że jesteś...

      Usuń
  10. Tak się plotą ludzkie losy, po spokojnych chwilach groźne i tragiczne. Twoje opowieści bardzo przejmujące i trudno się oderwać a tu stop i cdn. Jak mam niedosyt wracam do Twoich wcześniejszych, teraz w zimie do "Zimowego powrotu wędrowców" lub "Baśni zimowego lasu"
    Pisz Olu, na pociechę i radość, na zadumę i zamyślenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ważne jest dla mnie to, że czytasz moje opowieści, że dajesz mi o tym na bieżąco znać, że wracasz do tego ,co kiedyś. Dziękuję, że mi o tym piszesz, Krystynko!:-)*

      Usuń

  11. Już mnie ogarnia zgroza na to, co czeka tych ludzi ...
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tym bardziej pewnie po Twojej ostatniej lekturze, Marysiu...
      I ja pozdrawiam Cię serdecznie

      Usuń
  12. Piękne i wzruszające losy ludzkie, tragizm wojny, której doświadczyli także moi dziadkowie i rodzice.
    Olu pisz dalej, czekam.....
    regian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W życiu tak szybko wszystko może sie zmienić - jednego dnia nieomal sielanka a drugiego tragedia i zgroza...
      Pozdrawiam Cię ciepło, Regian

      Usuń
  13. Piękny początek roku Olu, opowieść jak zawsze przejmująca i wciągająca. A u mnie z weną krucho, za dużo się działo i dzieje, nie mogę się skupić... Od kilku dni całkiem nowe kozy się rodzą i z nimi też nowe zmartwienia. Chociaż radości też trochę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie z weną też róznie bywa - dlatego, gdy tylko sie pojawia to łapię ją i trzymam, żeby nie rozwiała sie nagle we mgle...Jednak prędzej czy później znika - jak to mgła ma w zwyczaju.
      Andziu, wyobrażam sobie jak dużo masz pracy z kozami. To taki gorący dla nich czas. I wiem, że dużo innych spraw masz na głowie, w sercu...
      Ściskam Cię mocno!:-)

      Usuń
  14. Ależ smutna opowieść, choć tak sielankowo się zaczęła, ale życie bywa niestety okrutne,aż boję się jakie będzie zakończenie.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślałam nad bardziej łagodnym, odrealnionym rozwojem akcji, ale by tak sie stało musiałabym ukryć rodzinę Jakuba w baśniowej rzeczywistości, bo to co działo sie w tamtych czasach z ludźmi na pewno sielanką nie było...
      Pozdrawiam, Amelio!

      Usuń
  15. Piszesz tak sugestywnie Olu, że aż się boję o los tych ludzi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężki czas przed nimi, ale wojna przecież ludzi nie rozpieszczała, i moja opowieść tym razem raczej nie baśniowa...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje wyrażone w komentarzach!

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga Dubiecko dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda muzyka muzyka filmowa nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent prośba przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi