piątek, 12 stycznia 2018

Karczma na rozstaju dróg...cz.1

                                                                                                                                                                          zdjęcie z Internetu




 Sierpniowa opowieść



     Karczma Jakuba stała na rozstaju dróg a także na styku dwóch wiosek, w Lipowym przysiółku.  Była tu chyba od zawsze. Duża, drewniana, otoczona drzewami owocowymi i połaciami pofalowanych przez niezliczone wzgórza i doliny, bezkresnych pól i lasów.
Jakub odziedziczył karczmę po swoich rodzicach, Sarze i Icku, którzy nadal z nim mieszkali, lecz z ulgą przekazali mu interes, zbyt już słabi i starzy by go doglądać. Cieszyli się, że mają pracowitego, biegłego w rachunkach syna, który wraz z żoną zajmował się teraz karczmą i ich małym gospodarstwem.
   Sara i Icek ciepłe dnie spędzali teraz w ich ukochanym ogrodzie, pielęgnując róże, przesiadując w cieniu na ławce i tuląc się w milczeniu, albo podobnym do szelestu jesiennych liści szeptem wspominając dawne dzieje. Ich rodzina przywędrowała w te strony z Rosji. Było to w czasach powstania styczniowego. Mnóstwo wtedy patriotów wiatr gonił po świecie a rodzice Sary za pomoc powstańcom zmuszeni byli zebrać cały swój dobytek i uciekać przed carskimi urzędnikami, którzy deptali im po piętach. Po długiej tułaczce dotarli w ten spokojny, życzliwy zakątek podkarpacki. Spotkali w tych stronach skromnych, prostych Pogórzan, którzy z chęcią sprzedali żydowskiej rodzinie ten spłachetek ziemi na rozstaju dróg. Od tej pory dobrze im się wiodło. Utrzymywali bardzo dobre stosunki z okolicznymi sąsiadami a wszystkim potrzebującym udzielali schronienia a kiedy trzeba to i kredytu…

   Niewielu ludzi mieszkało w tym przysiółku, bo teren to był surowy, z ziemią spiżową i w uprawie ciężką. Jednak Ci, którzy się tu osiedlili cenili sobie to spokojne oddalenie od reszty wsi. Znali się wzajemnie i nieraz mogli liczyć na swoją pomoc w czasie żniw, zwózki z lasu ściętych drzew, rozbiórki starych budynków i budowie nowych. Tylko jedna rodzina niezbyt pozytywnie odbijała się na tle reszty spokojnych, pracowitych wieśniaków. Byli to Krucaje – ojciec i trzech synów. Ludzie wywodzący się z zza Buga a mieszkający niedaleko karczmy, tuż przy leśnej drodze, wiodącej do najbliższego miasteczka. Krucaje mieli małe poletko, na którym zawsze wysiewali owies dla swego konia. Poza tym gospodarka niewiele ich obchodziła. Najwyraźniej gardzili zwykłą, uczciwą pracą, utrzymując się z jakichś swoich ciemnych, podejrzanych interesów, z rozbojów, kradzieży i napadów na podróżnych. Ponieważ byli sprytni i znali wiele tajemnic okolicznych mieszkańców a także często za bezcen upłynniali we wsi zrabowane innym towary, nikt z miejscowych z lęku przed oskarżeniem o współudział w ich szalbierstwach nie miał odwagi, by donieść na Krucajów a i policja nigdy im niczego nie udowodniła.
   Ci pewni siebie i rośli mężczyźni zazwyczaj wieczorami przesiadywali w karczmie, pożądliwie obserwując usługującą gościom urodziwą żonę Jakuba. Ponuro i wyzywająco popatrywali spod przymrużonych powiek na innych bywalców karczmy. Pili w milczeniu swoje piwo czy też gorzałkę albo opowiadali sprośne dowcipy i śpiewali stare, ukraińskie pieśni…

   Jakub w ich obecności czuł jakiś dziwny, nieokreślony lęk. Miał wrażenie, że są jak przyczajeni zbójcy, po których nigdy nie wiadomo było, czego się można spodziewać i kiedy pokażą, na co ich naprawdę stać. Młody karczmarz znosił jednak cierpliwie niezbyt przyjemne towarzystwo Krucajów i nigdy nie zwracał im uwagi, nawet, gdy pozwalali sobie wobec innych gości na zbyt wiele. Było nie było, stanowili dla niego pewny, codzienny zarobek a to się liczyło, gdy miało się na głowie liczną rodzinę.        Jakub w ogóle był małomówną, zamkniętą w sobie osobą. Nie za bardzo lubił spoufalać się z każdym, kto wszedł do jego karczmy. Często zamyślał się i trwożył echami wydarzeń z wielkiego świata, które i tutaj, na ten górzysty przysiółek docierały. Prenumerował gazetę codzienną. Czytał dużo książek. Dużo się modlił o odwrócenie tego złego prądu nienawiści międzyludzkiej. Prądu, który rozlewał się po Europie i groził wybuchem następnej wojny światowej.

   Żona Jakuba, Esterka miała charakter jak żywe srebro. To ona biegała po karczmie niczym fryga, zagadując wesoło do gości i obsługując serdecznie każdego klienta. Mieszkańcy przysiółka lubili ją i szanowali za uprzejmość, serdeczność, życzliwość a zwłaszcza za wiedzę o ziołach oraz wszelkich leczniczych roślinach. Często zwracali się do niej z prośbą o pomoc a ona nigdy nie odmawiała. Najczęściej wołali ją do pomocy przy porodach, gdyż biegła była również w sztuce położniczej. Wielu dzieciom z okolicznych wiosek pomogła przyjść na świat. A i potem umiała im pomóc, gdy trapiły je tak typowe dla wieku dziecięcego choroby, jak koklusz, różyczka czy świnka. Estera o sztuce leczenia ziołami wciąż chciała wiedzieć więcej i więcej. Jeździła kilka razy do znachorek z innych wsi, chcąc podpatrzeć je w ich pracy i nauczyć się nowych sposobów uzdrawiania. Natomiast pogodnym, wczesnym rankiem albo przed wieczorem chodziła po łąkach, szukając kwitnących tamże ziół. Nieraz spotykała miejscowe baby, z którymi umiała miło zagadać, poradzić coś na kobiece dolegliwości, pogawędzić o ich problemach w domu, z mężami i z dziećmi, zwierzeń wysłuchać. A gdy zajęta była pracą w karczmie jej widok działał jak balsam na duszę Jakuba, który wodził za nią rozkochanym spojrzeniem i uśmiechał się, wciąż nie mogąc się w duchu nadziwić, że tak piękna, mądra i dobra żona mu się trafiła. Do jej spódnicy zawsze czepiało się któreś z ich trojga dzieci. Najczęściej była to najmłodsza, czteroletnia, jasnowłosa i delikatna Rebeka, ale biegali za nią także dziewięcioletni Abramek a nawet jedenastoletnia Salcia. Opędzić się od nich nie można było czasami.

- Ach, poszlibyście na łąkę. Taka piękna pogoda, a wy tutaj wciąż tkwicie. Mięty narwijcie do kompotu z jabłek, pokrzyw dla kur i koniczyny dla Siwka - namawiała ich matka, uśmiechając się do siedzącej w kącie karczmy trójki rodzeństwa, zajętej wertowaniem grubej książki z obrazkami, podarowanej im zeszłej zimy przez babkę Sarę.

   Dzieci odrywały się niechętnie od lektury i biegły na pola, skąd wracały po kilku godzinach szczęśliwe, brudne, oblezione we wszędobylskie rzepy i niteczki babiego lata. Przynosiły ze sobą bukiety polnych kwiatów oraz ziół, które z dumą wręczały ukochanej mateczce, zaś Esterka z radością umieszczała je w glinianych dzbanach porozstawianych na stołach. Lubiła upiększać to miejsce. Dodawać mu kolorów i ciepłego, domowego charakteru. Czasami, w wolnych chwilach dziergała szydełkiem delikatne, ażurowe serwetki. Układała je na stołach albo usztywnione krochmalem wieszała na ścianach. A ponieważ najstarsza córka - Salcia też polubiła robótki ręczne, to także jej nieporadne jeszcze gwiazdeczki, kwiatuszki oraz kordonkowe listeczki ozdabiały ściany, parapety i gliniane wazoniki.

   Wieczorami, gdy do karczmy zaczynało się schodzić więcej gości zapalano lampki naftowe, które ciepłym światłem rozjaśniały mroczną, pachnącą sosnowym drzewem izbę. Wówczas widać było wyraźnie wiszące na ścianach stare, oprawione w ramki zdjęcia rodzinne, kolorowe makatki, wykonane przez miejscowego rzeźbiarza płaskorzeźby, przedstawiające zwierzęta leśne, stare chaty kryte strzechą oraz popularne w tych stronach motywy winorośli i kłosów zbóż. Ponad ladą zwieszały się warkocze czosnku, cebuli, suszonych grzybów i jabłek. A w wielkich słojach umieszczonych na kredensie przy ścianie widać było kiszone ogórki, marynowane grzybki i cebulki albo maleńkie ciasteczka cynamonowe zwane „ziemniaczkami”, za którymi przepadały wszystkie wiejskie dzieci. Bywało, że w długie, pogodne wieczory wynoszono ławy i stoły na zewnątrz a miejscowy skrzypek z harmonistą przygrywali ludziom skocznie do tańca albo rzewnie do wspólnego śpiewu. Siedziano tak nieraz aż do północy w gromadzie i nucono tutejsze piosnki i przyśpiewki. Muzyka niosła się wówczas po okolicy i odpowiadała serdecznym, przyjaznym echem szumiących lasów, okrytych mgłą wzgórz i bezkresnych, pachnących dojrzałą pszenicą pól.

   Był cudowny, nie zapowiadający niczego złego sierpień. Pogoda dopisywała, żniwa się udały i nawet ostatnie partie siana wszyscy zdążyli pomyślnie zwieźć do swoich stodół. Codziennie do karczmy na rozstaju przybywali nowi goście i przywozili mnóstwo niepokojących wieści ze świata. Wierzyć się nie chciało w to wszystko, co się gdzieś tam, daleko stąd wyprawiało.  Okoliczni chłopi siadywali przy drewnianych, sosnowych stołach i dyskutowali długo na polityczne tematy. A Jakub dolewał im z dzbana zimnego, warzonego przez Esterkę piwa i uważnie przysłuchiwał się ich rozmowom.

   Najbardziej udzielał się w tych dyskusjach Kazimierz – postawny, bogaty chłop, mający w okolicach najwięcej pól i lasów. Mieszkał zresztą niedaleko. Z okien karczmy widziało się jego zadbaną, drewnianą chałupę z facjatką i wielki, murowany budynek gospodarczy. Dobiegało stamtąd często rżenie koni, gdakanie kur i pianie kogutów. Słychać też było niekiedy płacz a właściwie dziwne, histeryczne łkanie jego syna, który ponoć chorował na jakąś nerwową chorobę i rodzice skaranie boskie z nim mieli. Kazimierz nigdy nie opowiadał o swym synu, Janku, jednak ludzie wiedzieli, że jeździł już z nim do wielu doktorów i znachorów a dziecko nadal było dziwne, chorowite i do tego świata nijak nie pasujące.

   Dawno temu, jeszcze przed narodzinami Janka Esterka leczyła matkę Kazimierza, gdy tamta zapadła na przewlekłą chorobę stawów.  Cierpiąc na okropne bóle kolan ciężko pracowała na polu a jesienną i zimową porą nie potrafiła samodzielnie wstać z łóżka. Miastowe leki niewiele jej dawały ulgi. Ostatecznie pomogła przygotowana przez młodą Żydówkę maść z gęsiego sadła i korzenia żywokostu, zbieranego w maju na łące pod lasem. I długo potem jeszcze staruszka cieszyła się dobrym zdrowiem a umarła zupełnie niedawno, tak po prostu, ze starości. Jednak w narodzinach Janka pomagał miastowy doktor, gdyż w tak ważnych sprawach jak przyjście na świat pierworodnego syna Kazimierz nie chciał polegać na niepewnych według niego umiejętnościach żony karczmarza.

   Pewnej sierpniowej nocy Kazimierz przybiegł nagle do karczmy Jakuba, prosząc Esterkę o szybką pomoc dla syna. Esterka owinęła się ciepłą, wełnianą chustą, wzięła koszyk pełen woreczków z ziołami i była gotowa do wyjścia.
   Pobiegli wtedy z Jakubem oboje do sąsiedniego domu. Esterka była tu kiedyś tylko raz z przygotowaną przez siebie maścią, ale Jakub nigdy nie oglądał jeszcze wnętrza tej chaty. Teraz więc ze zdumieniem odkrył, że chociaż na zewnątrz chałupa sprawiała wrażenie bogatej i zadbanej, to wewnątrz było surowo, wręcz biednie. Kazimierz trzymał tu wszystko twardą ręką i nie pozwalał na zbytki. Jego żona, Agnieszka, cicha i skromna istota, ubierała się zawsze w tę samą, wyblakłą sukienczynę a na nią zarzucony miała poplamiony, kwiecisty fartuszek. Zazwyczaj popatrywała z lękiem oraz dziwną uniżonością na męża i stawała nieco z tyłu, jakby nie chcąc mu w oczy wchodzić. Estera od dawna podejrzewała, że Kazimierz potrafi być wobec swej żony bardzo nieprzyjemny a nawet brutalny. Współczuła sąsiadce a ilekroć spotkała na polu czy we wsi Agnieszkę starała się do niej miło uśmiechnąć czy też sympatycznie zagadnąć. Niestety, Agnieszka nigdy nie chciała się wdawać w dłuższe rozmowy. Wzrok miała spłoszony i przepraszający. Odpowiadała coś zdawkowo a zaraz potem wracała do swoich spraw. Odziana w swą biedną, spraną sukienkę i białą chustkę, obwiązaną ciasno na głowie potrafiła od świtu do zmierzchu pracować na polu, nie zwracając uwagi na przelot dzikich gęsi ani na rozplotkowane baby, przechodzące obok. Napotkana w miasteczku na targu, czy w sklepie bławatnym zawsze się śpieszyła do domu. Nigdy nie miała czasu ani ochoty na zwykłą, babską pogawędkę. Niekiedy jednak, kilka wyrwanych nieustannemu pośpiechowi kwadransów spędzała w miejskiej bibliotece, skąd wypożyczała często książki dla syna. Biblioteka, to była wolna od obaw i zgryzot kraina, w której Agnieszce udawało się zapomnieć na chwilę o całym świecie. Jednak zaraz po wyjściu z niej w serce wkradała się znów lękliwość i wyrzuty sumienia, iż pozwalała sobie na nie pasujące do jej żywota fantasmagorie i fanaberie. Rozglądała się wokół, jak gdyby czegoś się bała a jej wielkie, smutne, podsiniaczone oczy przywodziły na myśl gonioną przez myśliwych, zaszczutą sarnę. Estera spotykając swą młodą, wciąż dość urodziwą, lecz zabiedzoną sąsiadkę, spoglądała na nią ze smutkiem i myślała zazwyczaj - jak to jest, że tak bogaty, ogólnie szanowany mężczyzna, jakim był Kazimierz nie potrafił dać szczęścia swojej żonie, nie mówiąc już o jakiejś nowej sukience czy fartuszku…?

 Natomiast Jankowi, jedynemu dziecku Kazimierza i Agnieszki nigdy niczego nie brakowało. Ojciec nie żałował grosza na wszystkie zachcianki tego chłopaka. Janek jednak wciąż chorował, nie lubił ludzi i światła słonecznego, całe dnie tkwiąc w ciemnym pokoju pełnym zabawek i książek.

- Co się stało, Kazimierzu? – pytała zadyszana Esterka, wspinając się po schodach, wiodących na pięterko
- Zaraz zobaczysz kobieto! Po co pytasz po próżnicy?! – odburknął Kazimierz i otworzył drzwi pokoju syna.

Janek leżał w wykrochmalonej, czystej pościeli z oczami wlepionymi nieruchomo w sufit. W jego oczach nie odbijały się żadne uczucia. Była tam wielka, niezgłębiona, ponura pustka…
Obok niego siedziała matka i trzymała dłonie syna, potrząsając nimi i szepcząc raz po raz:

- Jaśku kochany! Ocknij się dziecko! Ocknij się syneczku! – z jej oczu spływały łzy, natomiast Janek głuchy na wezwania, nieprzytomny na prośby i groźby, jak zaczarowany wpatrywał się niemo w jeden punkt na suficie, w ciemną belkę widoczną u pułapu.

- Czy od dawna tak z nim jest? – zapytała Esterka, dotykając delikatnie ciepłego czoła dziecka i spoglądając uważnie na jego matkę.

- Od rana był jakiś dziwny. Nic nie mówił i tylko się tak zamyślał. Aż wreszcie przed zmrokiem się położył i tak zaległ z oczami wlepionymi w nie wiadomo co. I na nic nie reaguje. Może gorączkę taką dziwną ma albo i co gorszego? – wyszeptała Agnieszka ustami zbielałymi ze zgrozy i wpatrzyła się z nadzieją w twarz Esterki.

- Nie wiem, czy potrafię mu pomóc – powiedziała młoda Żydówka – Ale spróbuję. Tylko pozwólcie mi z nim na trochę samej zostać.

Wszyscy posłusznie wyszli z pokoju, wiedząc, że do podejrzanych, znachorskich sztuk Esterki potrzeba jej spokoju i skupienia. Kazimierz zaprosił Jakuba do stołu w paradnej bawialni, na którym postawił butelczynę gorzałki i dwa, gliniane kubki.

- Pij, sąsiedzie. Pij za zdrowie mojego syna – powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu i gestem zachęcił Jakuba do wzniesienia toastu za chorego Janka.

   Tymczasem Esterka troskliwie gładziła czoło chorego chłopca i wpatrywała się w skupieniu w jego niewidzące oczy. Potem wydobyła ze swojego woreczka jakieś sproszkowane zioła. Wsypała je do szklanki, która stała na nocnym stoliczku, obok wezgłowia Janka. Przemieszała i ostrożnie dała mu to do wypicia. Jednak napój nie wywarł na dziecku spodziewanego wrażenia, chociaż był to gorzki piołun zmieszany z pachnącą miętą. Wyraz twarzy chłopca nie zmieniał się, zatem Esterka zrozumiała, że musi spróbować zadziałać w inny sposób. Oderwać myśli Janka od choroby. Zainteresować go czymś, rozweselić chociaż trochę. Postąpiła tak, jak zazwyczaj postępowała, gdy któreś z jej dzieci trapiła gorączka czy przeziębienie. Miłym, dźwięcznym głosem zaczęła śpiewać ich ulubioną, starą piosenkę, której nauczyła ją niegdyś babka Sara…


Dzieci biegają po łąkach i paryjach
Uczą się tam doły, wykroty omijać
Śmieją się tak głośno i nic się nie boją
Łąka jest im domem a las im ostoją

Tu przebiega sarna a tam zając kica
Tutaj jeż, szeleszcząc wśród liści się chowa
Tam cię zapach mięty i grzybów zachwyca
Tutaj kwitną wrzosy a tam leci sowa

A tam dzik - rozbójnik wciąż szuka żołędzi
A z tyłu za dzikiem synek jego pędzi
I jeszcze siostrzyczka a na końcu locha
Która też żołędzie widać bardzo kocha

W dolinkach i w jamach lisy i borsuki
Wychowują młode i uczą je życia
A gdy małe dosyć mają tej żmudnej nauki
Biegną w stronę słońca, wychodząc z ukrycia

Tyle tam tajemnic, co dzień nowych wieści
Nikt tego nie pojmie, kto nie zwiedził kniei
Szkoda w domu siedzieć, gdy tam las szeleści
I woła do siebie, do cudnej zieleni

Dzieci biegają po łąkach i paryjach
Uczą się tam doły, wykroty omijać
Śmieją się tak głośno i nic się nie boją
Łąka jest im domem a las im ostoją…



    Janek początkowo w ogóle nie reagował na ten śpiew a potem nagle ścisnął mocno jej dłoń i zupełnie przytomnym, dźwięcznym głosikiem powiedział:

 – Ja też chcę do lasu! – I oto przed chwilą zupełnie nieobecny duchem, dziwny chłopczyk patrzył na nią teraz szeroko otwartymi, lśniącymi ciekawością oczami. Zniknęła gdzieś pustka i smutek jego spojrzenia. Wyglądał całkiem normalnie i nikt nie mógłby przypuścić, że to jest to samo dziecko, co przed chwilą.

Esterka roześmiała się z ulgą i podbiegła szybko do drzwi, by przywołać zatroskanych rodziców chłopca. Ci pełni wdzięczności i radości nadziwić się nie mogli tak szybkiej poprawie stanu zdrowia swego syna. Kazimierz popatrzył na Esterę z mieszaniną lęku i podziwu. A potem ściskając jej ręce odezwał się poważnie i jak to on zwykle, nieco chełpliwie:

 - Jakbyście kiedyś czegoś potrzebowali, to pamiętajcie o Kazimierzu. Odwdzięczyć się Wam muszę! A wiecie sami, że póki co, wiele tu we wsi znaczę!

   Jakub i Estera wracali szybko do swego domu, milcząc i rozpamiętując w duszy dziwne wydarzenia tego wieczoru. W części mieszkalnej karczmy, w małej, zacisznej sypialni spały spokojnie ich dzieci. Podeszli do nich cichutko i złożyli delikatne pocałunki na ich czołach. A księżyc zaglądał przez małe okienko i rozmyślał o wielkiej księdze losów tej rodziny, którą już wkrótce czas gwałtownie otworzy…

34 komentarze:

  1. Sila mowy wiazanej jest niekiedy wieksza od klasycznej medycyny akademickiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm...Medycyna akademicka w wielu sytuacjach jest bezsilna.

      Usuń
  2. Jak zawsze opowieść pełna napięcia i pięknych zdań, Olu :))
    Czekam na ciąg dalszy. Trochę się go chyba domyslam, chociaż nigdy nie wiadomo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Lidko, że przeczytałaś i to Ci się podoba!:-))
      Tak, co do rozwoju akcji to można a nawet trzeba sie domyslać. Niech wyobraźnia pracuje...

      Usuń
  3. Oleńko, mianuję Cię naszą blogową powieściopisarką i czytam Cię z podziwem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję Ci Basiu za to sympatyczne mianowanie i za życzliwosć!:-)

      Usuń
  4. Czas mnie goni, a jednak przeczytałam, wciągnęło mnie. Masz talent...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja chcę więcej :) ! Pięknie jak zawsze. Pozdrawiam BDB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bogusiu!Dziękuję za Twój życzliwy odbiór tej opowieści i entuzjazm!:-)

      Usuń
  6. Pieknie piszesz, wciagnelo mnie, stworzylas tyle roznych postaci, jak w zyciu, i takich ktorych od razu lubimy, i takich ktorych wolelibysmy nigdy nie spotkac, i takich po srodku.
    Dawne czasy, piekna natura, mysle ze zdecydowanie bogatsza niz dzisiaj, a moze sie myle, zycie trudniejsze a moze latwiejsze, nie wiem sama, problemy ludzie byly i sa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w opowieści i w życiu spotkać można rózne charaktery, czarne, białe i te pomieszane. Tych pomieszanych jest chyba najwięcej i to one, moim zdaniem, są najciekawsze. Ta róznorodność postaci jest jak drożdżowy zaczyna dla akcji każdej opowieści.
      Dawne czasy, a wcale przecież nie tak dawne...I ludzie wciaz tacy sami...
      Dziękuję Ci Teresko za życzliwy, pełen namysłu komentarz!:-)

      Usuń
  7. Piękna opowieść. Mam nadzieję, że 1 świadczy o przygotowywanej dalszej części. Czekam niecierpliwie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Wietrzyku, że Ci się spodobała opowieść.A jedynkę w tytule, rzeczywiscie, dałam nie bez powodu!:-)

      Usuń
  8. Olu, przeniosłas mnie w inny świat... Czytając momentami zamykałam oczy i czułam, jakbym tam była. Bede czekała na ciąg dalszy. Jesteś czarodziejka słów ❤️ Tule mocno :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeniosłam Cię w ten sierpniowy czas sprzed prawie osiemdziesięciu lat, Orszulko? Pisząc, też czułam jakbym tam była...
      Dziękuję Ci za ciepłe słowa i ściskam serdecznie!♥

      Usuń
  9. Esterka wyjęła ze swojego woreczka bezcenne zioło..dotyk zrozumienia,śpiew serca:)
    Pięknie piszesz:)Pelne wzruszeń obrazy przed oczyma.Przytulam Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak, Basiu, właśnie tak...Dziękuję za tę pełną wrażliwosci interpretację i za Twe ciepłe, tak potrzebne mi słowa!:-)♥

      Usuń
  10. Piękna opowieść i jak Ty, Olu umiesz pięknie snuć takie opowieści.
    Serce,śpiew i życzliwe słowo, pełne ciepła gesty to najlepsze lekarstwo na zranioną duszę małego chłopca. Ciekawe jakie będzie zakończenie.Ściskam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, myslę, że czasem okazanie serca i pobudzenie wyobraźni a tym samym rozbudzenie chęci życia jest warte wiecej niz wszystkie medykamenty!
      Dziękuję Ci Amelio za życzliwe słowa!:-)*

      Usuń
  11. Przeczytalam i siedze ze szczeka na kolanach, nie tylko dla ciekawej opowiesci, ale glownie dla Twojego talentu. Potrafisz stworzyc tak realne postacie, opisac je w taki sposob, ze stoja przed oczami jak zywe. No i opisy krajobrazow, karczmy, to wszystko jest tak pieknie wymalowane slowem, ze wyobraznia przenosi czytelnika do tych lak, do pomieszczen i kazdy szczegol jest jak zywy.
    Masz ogromny talent Olenko:***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo sie cieszę, Marylko, że trafiłam do Twego serca ta opowieścią. To dla mnie bardzo ważne by na bieżąco wiedzieć, jak odbieraja moje pisanie ludzie, którym odważam sie pokazać to, co tworzę. Jeśli odbiór jest tak zyczliwy jak Twój wzmacnia to u mnie chęc kontynuacji pisania.Dlatego dziekuję Ci za tak pozytywny odbiór, za Twoją serdeczną życzliwosć!***

      Usuń
  12. Mam nadzieję, że poznamy dalsze losy Esterki i Jakuba.
    regian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Regian, że masz ochotę poznać ich dalsze losy!:-)

      Usuń
  13. Olenko, jestes niesamowita! Az sie wydaje, ze stoimy obok, patrzac na realne wydarzenia :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, Moniko, że tak pozytywnie odebrałaś tę opowieść. Bardzo wazne jest dla mnie to, co napisałaś!:-)*

      Usuń
  14. Jak dobrze Olu, że znowu zaczynasz bajać. Mogłabyś w bibliotece lub księgarni gromadzić dzieci i starszyznę i snuć takie opowieści, gdy za oknem ziąb i chłód. Otuleni w pledy i Twoje opowieści spędzaliby urocze godziny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty wiesz, Krystynko, że od czasu do czasu mam chęc na snucie róznych opowieści...Baśniowych i niebaśniowych...Ważne bym miała dla kogo snuć te opowieści.Dlatego cieszę sie, że tu jesteś i czytasz!:-)*
      A w pled czy ciepłą chustę dobrze jest się otulić, bo coraz większa zimnica za oknem...

      Usuń
  15. Przypomniałaś mi Olu, swoją, jakże barwną, pełną kolorów i życia opowieścią, losy mojej rodziny, snute przez mamę w cieple kaflowego pieca, w naszym, maleńkim, powojennym mieszkanku. Księga naszych losów już bardzo stara, potargana przez wichry historii, wielkie tomiszcze pogmatwanych, ludzkich losów, przepełnione modlitwami, by te niszczycielskie wichry wreszcie ustały.
    Czekam na ciąg dalszy Twojej, jakże ciekawie rozpoczętej opowieści o ludzkich losach!:-)
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak sobie mysle, że każda rodzina spisując swoje dzieje mogłaby stworzyć bardzo ciekawą, pełną zwrotów akcji historię, chwil pięknych a ulotnych jak bajki mydlane i momentów przełomowych, wpływających na zycie późniejszych pokoleń.I szkoda, że nie ma kogos takiego jak rodzinny skryba. Kogoś, kto kultywowałby to pisanie poprzez pokolenia. Domowy Gall Anonim...Tyle sie zapomina, o tyle rzeczy nie ma kogo zapytać...
      Spisuję losy Jakuba i Estery, wyławiam ich z mgły nieistnienia, bo tyle im podobnych istniało a nikt o nich nie pamięta, jakby ich wcale nie było...
      Pozdrawiam Cię ciepło Marytko i dziekuję za Twoje wspierające moją chęc pisania słowa!:-)*

      Usuń
  16. na część druggą szybciutko przemykam :)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje wyrażone w komentarzach!

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga Dubiecko dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda muzyka muzyka filmowa nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent prośba przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi