piątek, 30 października 2015

Wiersz z kasy ogniotrwałej...











O wszystkim chyba można spłodzić jakiś wiersz
Wszystko się nadaje do słownej obróbki
Tutaj jakiś kwiatek, a tam cichy szept
Półsłówka, zamglenia i szkice ołówkiem


To takie chodzenie po samej powierzchni
A pod spodem głębia odwieczna, poważna
Ani ją zapomnieć i ani ją zgłębić
W kasie ogniotrwałej zamknięta - tak straszna


Aż tu niespodzianie coś stamtąd wychynie
Jak pryszcz się na nosie bezczelnie umieszcza
Nie podlega słowom, rymom się wywinie
Tryumfalnie wrzeszczy - bycie swe obwieszcza


I chociaż umykasz wciąż tworząc iluzje
Choć się nazwiesz jakoś, zmylisz ślad pogoni
To Cię znów dopadnie - nie schowasz się nigdzie
Krzyknie wprost do ucha: Złapana! Ty gonisz!


   - Oluniu! Co właściwie miałaś na myśli pisząc ten wiersz? - zapytał mój mąż, gdy odczytałam mu powyższe wersy.


      - Co jest tak straszne, że boisz się o tym pisać? - popatrzył na mnie z troską. On zna mnie dobrze, ale przecież ja znam siebie samą najlepiej. Są myśli, przeżycia i są wspomnienia, które ukształtowały mnie taką, jaką jestem. Na poły optymistyczną, na poły pesymistyczną. Radosną i śmiałą albo cichą, nieufną i wycofaną. Miotaną wichrami przeciwstawnych nastrojów...
 

    - A czy ty masz takie rzeczy, których boisz się w sobie dotknąć? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
   - Bo mnie się zdaje, że każdy ma coś takiego...


   Cezary zamyślił się...Nie był chyba gotowy na takie rozmowy. A może nie miał nastroju...? Ja jednak miałam. W jakiejś masochistycznej potrzebie wywnętrzenia się, miałam. Tym dawnym wierszem wywołałam Dżina z lampy. I on nie dał się uciszyć, wepchąć od razu pod dywan, udać że go nie ma. Wymagał chwili uwagi. Rozsiadł się na naszej kanapie i spoglądał ironicznie to na jedno, to na drugie. Jego wzrok zdawał się mówić: Tacyście odważni i otwarci? Tacy kryształowi? No zobaczymy! Już ja wiem swoje i byle paplaniną nie dam się zwieźć!


   - Widzisz? Każdy świadomie czy nieświadomie nosi maskę. Bezpieczniej mu z nią. Chowa się przed sobą i przed innymi. W pewnych zbyt mocno dotykających go kwestiach. Takich, które są najbardziej nim. Jądrem wulkanu. Niepogodzeniem. Bólem z samego dna...- szeptałam w dziwnym zapamiętaniu.


  - Ale wszystkich nas łączy wewnętrzna rozpacz. Umykamy przed nią, zaprzeczamy jej. Ale ona mimo wszystko jest...To zdanie sobie sprawy, że nie da się uciec przed jakimś problemem. Są pętle nie do rozplątania, bo zapiekły się, zardzewiały jak stare druty. I nic od nas nie zależy. A może mieliśmy kluczyk i zgubliśmy go po drodze? Taki był maleńki a taki ważny... - snułam na głos nitkę bolesnej myśli.


- Pomyśl choćby nad śmiercią. Każdego dotyka, każdego prędzej czy później dotknie...A tak trudno o niej rozmawiać...

   Rozparty na kanapie Dżin słuchając mego zwierzenia nadal uśmiechał się pogardliwie a przy tym z nudów wybijał sobie pstrykaniem palcami jednostajny rytm.


  - Ale są i tacy, którzy śmierci pragną. Swojej albo cudzej. I wcale ich ona nie przeraża, ale zbawieniem się wydaje. Pragną jej jako wyzwolenia - odrzekł Cezary ignorując zupełnie obecność Dżina. Zapalajac papierosa spoglądał w zamyśleniu na starą jabłoń w naszym ogrodzie, która jabłek z roku na rok rodziła coraz mniej, za to coraz więcej w niej było zblolałego skrzypienia, splątanych, suchych, niepotrzebnych gałęzi, wygiętych bezradnie ramion, modlitwy o zmiłowanie...


  - Tak, są i tacy - odrzekłam, przypominając sobie z czasów młodości pewną bliską mi kobietę, spędzającą w straszliwych - fizycznych i psychicznych mękach swe ostanie dni. To było moje pierwsze i jak dotąd najwyrazistsze, bo dotykalne spotkanie ze smiercią...


  - Miała raka nerek z przerzutami na wiele innych organów. Wyglądała strasznie. Była przeraźliwie chuda, niepodobna do siebie samej. Wysuszona, zmniejszona jak aztecka mumia. Tylko oczy zdawały się ogromne. Ciemne i wyraziste. Natomiast jej oddech miał trudny do wytrzymania zapach. Miało się wrażenie jakby w niej już dokonywał się rozkład, choc przecież żyła, myślała, patrzyła i wciąż mocno przeżywała wszystko, co się działo, co za sobą zostawiała, czego zrobić nie zdążyła, kim była... Jej skóra przybrała barwę sino-żółtą. Miała problemy z mówieniem (bo struny głosowe też były zaatakowane), więc charczała całe dnie, chcąc coś powiedzieć. Irytowało ją to bardzo, iż nie rozumieliśmy wydawanych przez nią dźwięków. Oddychała głęboko. Szarpała gniewnie kołdrę. Patrzyła na nas tak wymownie. Tak intensywnie. A my uciekaliśmy wzrokiem, bo zdawało sie nam, że błagała o nadzieję. A jej przecież od dawna nie było. I nie mielismy już siły by udawać cokolwiek. Umęczeni ponurą, szpitalną rzczywistością, dniami pełnymi dusznego smrodu oraz monotonnego plusku glukozy i morfiny w kroplówkach sami umieraliśmy ze zmęczenia.


   Tymczasem za oknem jak gdyby nigdy nic trwał przepiękny październik. Kolorowe liście gnały z wiatrem przed siebie i wirowały w powietrzu radosne i wolne. Trwał szaleńczy taniec przypominających wielkie statki albo niewinne baranki chmur, Dzieciaki bawiły się na dziedzińcu pobliskiej szkoły. Dziewczynki skakały przez gumę albo grały w klasy. To wszystko jakby na urągowisko. Jakby na przekór szpitalnemu koszmarowi. Królowała rzeczywistość niczym nie przestraszona, ufna w dobroć świata. Jeszcze przez smutek nie unieruchomiona żyła ta jaskrawo pomarańczowa, klonami i dębami płonąca, beztroska codzienność końcówki zwykłego października...


Aż pewnego wieczoru, gdy zostałam z umierającą sama i siedząc przy niej na twardym krześle przymknęłam oczy, chcąc odpocząć od szpitalnych świetlówek nagle usłyszałam wyraźny szept...


- Śniadania, obiady, kolacje...Śniadania, obiady, kolacje...Tylko tyle. Na tym właśnie życie polegało...


   Natychmiast otworzyłam oczy. Patrzyła na mnie. Po jej policzkach spływały łzy. ..Czy naprawdę to powiedziała, czy to ja usłyszałam w sobie jej głos? Byłam jeszcze bardzo młoda. Przede mną niczym wielobarwny kobierzec rozpościerało się całe życie. Pełnie marzeń oraz rozczarowań, dziania, starania, upadania oraz powstawania a także tych codziennych śniadań, obiadów i lokacji. Tej pełnej rutyny powtarzalności, która może zsyłać na człowieka spokój, ale może też być synonimem uwięzienia, stłamszenia, podcięcia skrzydeł...


    Jeszcze niewiele o życiu wiedziałam. W moich rudych włosach nie pojawił sie jeszcze ani jeden srebrny promień a wokół oczu nie było obecnych dzisiaj zmarszczek. Głowa zdawała się pełna entuzjastycznych pomysłów, serce gorących uczuć. Przyszłość jawiła się niczym zarosła barwnym winobluszczem furtka tajemniczego ogrodu. Wystarczyło tylko rozgarnąć gęstwinę i wejść. Serce obiecywało tyle cudów zrodzonych z miłości, wiary i nadziei...


   - Jednak szept tej kobiety sprawił, iż w jednej chwili z młodej, ufnej dziewczyny zamieniłam się w pełną zwątpień i lęków, samotną, starą dziewczynkę. Siedziałam nad brzegiem morza, którego fale waliły uparcie o brzeg, rzeźbiąc w nim coraz wyższe klify i zatapiając złocistą plażę niewinnej, pogodnej codzienności...

- Nagle zwątpiłam w sens budowania zamkow z piasku. Po co, skoro fale i tak wszystko rozmyją? Czułam jakby bezpowrotnie coś we mnie umarło... - przerwałam opowieść. Popatrzyłam za okno. Stała tam już niemal zupełnie bezlistna lipa. Chmury zastygły w ponurym szeregu zwalistych, sinych, bezładnych budowli.


    Z twarzy Dżina zniknął ironiczny uśmieszek. Skulił się nawet jakby. I miało się wrażenie, że nie wie co z sobą począć. Wyglądał teraz tak bardzo po ludzku...


   - I ja mam podobne do Twojego wspomnienie...Taki wstrząs, którego doznałem w chłopięcych czasach, a który coś we mnie zmienił na zawsze - odezwał się Cezary decydując się przerwać moje ciężkie milczenie.

  - Zawsze marzyłem o tym, że zostanę lotnikiem. Ze szkolnej biblioteki wypożyczałem książki na temat lotnictwa. A najbardziej kochałem "Dywizjon 303"! - oczy mego męża zabłysły wzruszonym uśmiechem. W tej chwili był małym, pełnym pasji i marzeń chłopaczkiem w krótkich spodenkach. Nie mogłam się oprzeć by go teraz, natychmiast nie uściskać. Ja, mała dziewczynka z warkoczykami...


   - A tym bardziej podsycały się te moje zainteresowania, im więcej lotów oglądałem na żywo! - kontynuował po chwili swoją opowieść.

- Miałem szczęście, bo w pobliżu naszego osiedla były pola, gdzie lotnicy z miejscowego klubu trenowali starty i lądowania. Razem z kolegami staliśmy za krzakami i z zapartym tchem obserwowaliśmy potem ich wspaniałe, powietrzne ewolucje.
Przychodziłem tam nawet wtedy, gdy nic sie nie działo. Ot, chciałem sobie pobyć sam i powyobrażać, że to ja frunę wysoko. I niczego się nie boję. A z dołu patrzą moi rodzice i są tak bardzo ze mnie dumni...


   - Pewnego dnia bawiliśmy się z chłopakami na skraju tego pola. Mieliśmy zrobione z papieru samolociki i puszczaliśmy je w ślizgowe loty, zakładając się, czyj model najdłużej utrzyma się w powietrzu. Z zazdrością popatrywaliśmy na Damiana i jego tatę, którzy kilkanaście metrów od nas zajmowali sie nawigacją obsługiwanego zdalnie, skonstruowanego przez siebie modelu malutkiego samolotu. Frunął swobodnie i warkotliwie nad pobliskimi leszczynami. Coraz wyżej i wyżej. A my aż usta otwieraliśmy z podziwu...


   - A potem wszyscy przestali gapić się na samoloty- zabawki, ponieważ nad naszymi głowami pojawił się najprawdziwszy, śmigły TS 11 - Iskra. To był nowy, polski samolot o napędzie odrzutowym, używany w tamtych czasach do szkoleń kadry lotniczej. Dopiero w fazie eksperymentów i prób. Miał zachwycająco srebrzystą, podobną do uskrzydlonego delfina sylwetkę.

  - Lotnik bawił się lotem. Kręcił w powietrzu młynki. Popisywał się najwidoczniej....


   - A potem coś się nagle stało. Odgłos silnika zaczął słabnąć. Krztusił się i nie mógł odkaszlnąć tego, co przeszkadzało...


   - Trwało to wszystko bardzo krótko. I wreszcie cudowna, niepokonana Iskra zaczęła pikować ostro w dół. Gapie rozpierzchli się na boki. Pochowali za krzakami. Przypadli w chaszczach do ziemi. Ja stałem jak wmurowany. I kiedy samolot wreszcie spadł natychmiast pobiegłem w tamtą stronę...


   Cezary oddychał cieżko. Jego twarz była zmieniona. Zbladł. Sposępniał. Z oczu mego męża zniknął ten chłopięcy, radosny blask. Znowu miał lat tyle, ile miał.


   - Najpierw znalazłem skrzydło samolotu. Leżało w pobliskich krzewach jeżyn. Potem zobaczyłem głowę tego mężczyznę. Świeżą krew na czarnych wąsach. Otwarte, martwe oczy lotnika. Pękniętą czaszkę. Różowo-siną substancję mózgu walającą się tuż obok...


   - Moje marzenia o zostaniu powietrznym awiatorem rozwiały się w jednej chwili. A jako pozostałość po tamtym dziecięcym wstrząsie mam do dziś znany Ci Oluniu lęk wysokości...


   - Pamiętasz, jak w Australii usiłowałem robić zdjęcia na widokowej wieży w Canberze? I jak krzyczałem na Ciebie żebyś nie zbliżała się za bardzo do barierek? Przecież tam była straszliwa przepaść!Tak bardzo się o Ciebie bałem!


   - Kochany mój, ale Ty przecież dzielnie walczysz z tym lękiem. Pamiętam jak wspinałeś się po konstrukcji naszej starej stodoły. Wyglądałeś prawie jak nie bojący się niczego Spiderman! - zawołałam, gładząc jego drżące od silnych emocji dłonie.


   - No tak! Ale ktoś to przecież robić musiał! Trzeba pokonywać swoje lęki i ograniczenia. Przez całe życie...- cicho odparł Cezary i uśmiechnąwszy sie do mnie zapalał kolejnego, smrodliwego papierosa. Westchnęłam ciężko...Wszystkie słowa uwięzły mi w krtani.


   - A w ogóle, to może byśmy coś zjedli? Czas oderwać się od tych niewesołych wspomnień. A potem pójdziemy na spacer z psami do lasu. I kozy też możemy wziąć. Żeby nam tylko podgrzybków nie zżarły!  - Co Ty na to, Oluniu? - zapytał swoim zwykłym, dziarskim głosem Cezary, rozwiewając tym samym ten smutny nastrój dzisiejszego poranka.


   - No pewnie! Już mi kiszki marsza grają! - zawołałam i otworzyłam lodówkę by zbadać jej skromną zawartość oraz wymyślić, co by tu przekąsić na dobry początek dnia. Ze zdumieniem dostrzegłam w jej wnętrzu malutką sylwetkę mojego Dżina, który siedząc na kostce masła patrzył na mnie szyderczo.


   - Śniadania, obiady, kolacje! Śniadania, obiady, kolacje! - chichotał piskliwie niczym mała, złośliwa myszka.

  - E tam!Cicho bądź gnomie!A kysz! A kysz! - szepnęłam, wyjmując masło i kawałek zółtego sera.

  - Do kogo Ty tam mowisz, Oluniu? - zdumiał się Cezary nalewając wodę do czajnika.

  - A nic, nic! Coś mi się tylko zdawało - odrzekłam dostrzegłszy z ulgą, że postać Dżina skrapla się po tylnej ściance lodówki. Jeszcze przez chwilę słyszałam jego bezczelny, świdrujący śmiech a potem i on ucichł...


   Tymczasem ciemne, poranne chmury odpłynęły za linię lasu. Trwały teraz zupełnie niewinne, tworząc łagodną, życzliwą strukturę nieba. Pojawiło się zdecydowanie więcej światła. Zaczynał się nowy, dobry dzień...













poniedziałek, 26 października 2015

Szły Jawory na wybory…







...Dolinami i wzgórzami niosła się wesoła pieśń

Szły Jawory na wybory, przemierzając całą wieś…



   Śpiewaliśmy w słoneczne, październikowe przedpołudnie zmieniając nieco słowa znanej, radzieckiej melodii bojowej, wędrując w towarzystwie Zuzi i Jacusia poprzez lasy, doliny, wzgórza, dróżki oraz bezdroża Pogórza Dynowskiego.



   Mieliśmy do wyboru dwa sposoby na dotarcie do naszej obwodowej komisji wyborczej. Pierwszy, to wsiąść w samochód i pojechać do centrum wsi, które w linii prostej mieści się od nas w odległości około sześciu kilometrów, jednak przejezdna trasa samochodowa wynosi ponad 20 km. Trzeba nią wytrwale sunąć dookoła po krętych, asfaltowych szosach i ginąc w dolinach a potem wspinając się na wzgórza przemierzyć dwie inne wsie. Niby to droga ciekawa, ale…znana! A Jawory lubią przygody, wyzwania oraz eksplorację nowych przestrzeni. Kochają też swoje psy a one z kolei kochają swobodne bieganie po pogórzańskich przestrzeniach. Samochodowe wyprawy to dla nich w najlepszym razie nuda a w najgorszym stres.





   Rachu, ciachu i Jawory postanowiły wyruszyć o wiele ciekawszą, ale wymagającą wytrwałości oraz kondycji, dośc okrężną, ale za to jakże urokliwą, wielokilometrową trasą. Wybory to tylko pretekst. A nam się chciało pójść daleko, daleko przed siebie. Jak za dawnych dobrych czasów. Oderwać się nareszcie od gruszek, czekającego na pocięcie drewna i innych zajmujących dłonie oraz myśli codziennych spraw.





- Damy radę! Zawsze przecież dajemy jakoś! – zawołał Cezary szykując swój koszyk na grzyby i scyzoryk a do płóciennej torby ładując smycze dla psów oraz rękawiczki dla nas. Dzionek, choć słoneczny zdawał się chłodny i wietrzny, dlatego zapiąwszy ciepłe kurtki i wcisnąwszy zimowe czapki na uszy ruszyliśmy przed siebie kuląc się z zimna.  

  

   Zerknęliśmy na zegarek. Właśnie minęła godzina dziewiąta. Z żalem zostawiliśmy gniewnie pomekujące w koziarni kozy, dawszy im pierwej na pociechę siana i owsa. Przez moment zastanawialiśmy się wprawdzie, czy nie wziąć meczącego towarzystwa ze sobą, jednak biorąc pod uwagę fakt, iż w centrum wsi ruch samochodowy może być wzmożony a kozy spłoszone mogłyby się rozpierzchnąć nie wiadomo gdzie, porzuciliśmy ten zbożny zamiar.





- Jednakowoż, byłby to cudowny widok! Jawory i cała ich drużyna wchodząca do lokalu wyborczego! – zawołałam chichocząc.

- Komisja wyborcza by zbaraniała! – odrzekł Cezary, gwiżdżąc na wwąchujące się w przydroże aromaty psy.

- Albo raczej skoziała! A my na pewno stalibyśmy się sławni na całą Polskę. Albowiem mało jest w naszej ojczyźnie tak prawdziwie patriotycznych a przy tym złożonych gatunkowo drużyn, czy może lepiej – stad! – dodałam, podskakując na jednej nodze jak mała dziewczynka. Na początku wszelkich pieszych wypraw mam zawsze w sobie tyle energii i animuszu, jakby nie obciążały mnie dziesiątki lat, jakby nie istniały dolegliwości kręgosłupa i stóp. Oczy mi błyszczą, buzia się śmieje, mam chęć iść dalej i dalej. Bez końca! A pod koniec wędrówki…? Ach, lepiej nie mówić!





   Tymczasem słoneczny poranek zachęca nas do porzucenia wszelkich lęków i zwątpień. Idziemy pełni siły i pogody. Gościniec rozpościera się przed nami jasny i szeroki. Z jednej strony widać pola, łąki i młodniaki. Z drugiej rozciąga się wielobarwny, bukowy las. Zuzia i Jacuś gnają przed siebie. Zanurzają się w chaszczach tarniny i jeżyn a chwilę potem wyskakują kilkadziesiąt metrów dalej spośród brzózek i buczyny. Przeganiają rezydujące tam bażanty. Podskakują w wysokich trawach i mkną za spłoszonym ptactwem niczym śmigłe strzały, poszczekując przy tym zgodnie na dwa głosy. Zuzieńkowym – grubym i Jacusiowym – piskliwym, jakby przechodzącym mutację. I byłoby wspaniale, gdyby nie samochody niedzielnych kierowców mijających nas raz po raz, zaburzających szumem silników i tumanami kurzu sielankowy spokój oraz beztroskę. 





- Wejdźmy tutaj w las! – decyduje wreszcie Cezary i z ulgą oddalamy się od warkoczących pojazdów.

- To co? Będziemy szli na początku liniją a potem odbijemy w stronę kapliczki? – pytam naszego kapitana i rozpinam kurtkę, bo zaczyna mi się robić ciepło.

- Zobaczymy! Najlepsza jest zawsze improwizacja, nieprawdaż? – odpowiada mój mąż z uśmiechem, bo wie jak lubię nowe ścieżki i zaskakujące zakręty.






„Liniją” nazywa się w naszych okolicach leśną drogę budowaną w czasie wojny przez Niemców i spędzanych do pracy przy niej okolicznych mieszkańców. Ma ona lepsze i gorsze odcinki. W tych lepszych wygląda prawie jak brukowana, porządna droga miejska. W tych gorszych to głębokie, zryte przez traktory koleiny pełne wody i bujnej, niemalże bagiennej roślinności. Brodzimy w nich ostrożnie żeby się nie przewrócić, nie uwięznąć w szlamowatej breji. W większości trasa liniji pokrywa się z widowiskowo pięknym, zielonym szlakiem, łączącym ze sobą wiele sąsiednich wiosek i przysiółków. A chociaż całymi kilometrami wędruje się poprzez lasy, paryje, ginące pośród łąk i dolin ścieżynki, przemierza pofalowane malowniczo, porośnięte buczyną, dębami i brzozami dzikie wzgórza nie sposób się zgubić. Wyraźne, zielone oznaczenia szlaku pojawiają się na drzewach co kilkanaście metrów.






   Ale oto zostawiamy za sobą znane dróżki i kierujemy się w zupełnie dziewicze dla nas strony. Mijamy ostatnie w naszych okolicach chaty i zaorane już na zimę pola. Przemierzamy opuszczone dawno temu, zdziczałe sady. Odtąd przed nami będą tylko przepastne lasy, pagórki i góry, potoki, sosnowe młodniaki, ogromne polany pełne wrotyczu, kaliny, dzikich róż oraz głogu. I podobnych do marcinków drobnych, jasnoliliowych kwiateczków.


   A na widnokręgu bogactwo odcieni listowia pobliskich lasów. W tle odległe, tajemnicze, okryte siną mgłą wzgórza. Panuje cudowna, pełna aromatów leśnych cisza. A pod nogami co i rusz wyskakują dorodne prawdziwki albo maślaczki. Okazuje się, iż w te odludne rejony nie dotarły watahy grzybiarzy. Tych, co to kijaszkami rozgrzebują kobierce liści i bez litości rwą maleńkie, niedorosłe jeszcze borowiki, nie dając im nawet ujrzeć światła słonecznego. 





   Schodzimy coraz głębiej w dół paryji. Przekraczamy kamienny, pokryty złotym listowiem mostek. W dole strumień pluszcze na kamieniach. Migocze między plamkami wirujących w jego nurcie liści. Psy piją do syta. Pyski im się śmieją.






- Ależ tu pięknie! – wzdycham i wystawiam twarz ku słońcu, zsuwając na tył głowy błękitną czapeczkę i pozwalając obeschnąć spoconemu czołu. Rozpinam fioletową bluzę. Szkoda, że to nie lato…Chętnie zzułabym gumowe butki i pobrodziła po zimnej rzeczce. Zerkam na lustro wody i dostrzegam nasze odbicia.  Pomarańczowa czapka Cezarego także tkwi na samym czubku głowy mego męża. Z zadowoleniem patrzę na jego rumiane policzki. Na jasnozielone, dresowe spodnie i solidne, upaprane wszechobecnym błockiem gumofilce.

- Wyglądamy jak wyrośnięte, beztroskie krasnoludki! Założę się, że nikt nie zjawi się na wyborach tak oryginalnie odziany! Zresztą ludzie przeważnie wybierają się do lokali wyborczych zaraz po kościele, wystrojeni w niedzielne, eleganckie ubrania. A my – ubłocone, przyozdobione odciskami psich łap krasnale!

- I dobrze! Niech się tam inni stroją jak chcą! Jawory mają swój styl! – śmieje się mój osobisty skrzat Czarek i dzielnie wspina się stromą ścieżką w górę. Mijamy wielkie buki i dęby. Patrzymy w górę, na przebłyskujący spomiędzy ubranych w oranż i żółć gałęzi błękit nieba. I nic nam więcej nie trzeba. Iść, ciągle iść w stronę słońca…





   Tymczasem nieodległe szczekania obcych Burków mówią nam, że zaczynamy zbliżać się do zabudowań ludzkich.

- Czas już chyba zapiąć smycze naszym psiakom. Zuzia jest grzeczna i niegroźna, ale Jacuś na widok jakiejś kury może się znowu zapomnieć. Trzeba dmuchać na zimne – zagwizdawszy przywołująco na Jacusia rzekł kapitan naszej wyprawy a ja przyznając mu rację kucnęłam przy drepczącej tuż za nami, wyraźnie już zmęczonej wędrówką Zuzi i przypięłam jej smycz. W samą porę zapięliśmy psy, bo oto tuż przed nami przebiega rudy kotek. Bezpiecznie umyka w kępy sitowia. Psy mogą tylko oblizać się smakiem.





- Kapitanie, mój kapitanie! Nie pędź tak, bo zostawiasz nas daleko w tyle. A mnie już ostroga w pięcie zaczyna przypominać o sobie – wołam dopędzając ciągnionego przez niezmordowanego Jacusia Cezarego.

- Panie, ile to będzie stąd do komisji wyborczej?! – pyta tymczasem Cezary spoglądającego na nas z ciekawością spoza płota młodego mężczyznę. Oj, memu miłemu też już się ta droga dłuży. Zdawało się nam, że cel jest znacznie bliższy. Tymczasem asfaltowa szosa, wciąż wije się i wije, prowadząc nas w dół wsi…

- A będzie jeszcze ze dwa i pół kilometra! – odpowiada tamten i widać, że z chęcią rozwinąłby pogawędkę.

   Zatrzymujemy się więc skwapliwie, korzystając z chwili odpoczynku. Zuzia kładzie się ziając rozgłośnie. Jacuś też dyszy. Zdałaby się psiakom jakaś kałuża albo potok. My też mamy chętkę na przepłukanie gardła. Pamiętamy o tym, że jest we wsi jakaś karczma. Miło byłoby wypić zimne piwko…Po kilku minutach konwersacji mijamy domostwo sympatycznego sąsiada i wędrujemy dalej nadal zachwycając się widocznym i tutaj bogactwem jesiennych barw. 





   I oto pojawia się przed nami jaskrawo wymalowany budynek karczmy. Otoczony jest przechadzającymi się chwiejnie, dyskutującymi ze sobą zażarcie, popijającymi piwo z wielkich kufli mężczyznami w różnym wielu, którzy na nasz widok przerywają rozmowy i milcząc przypatrują się naszemu korowodowi z mieszanką ciekawości i nieufności. A nam jakoś zupełnie mija chęć na uraczenie się w tym miejscu gorzkim, chmielowym napitkiem.

- Najwyżej napijemy się wody ze studni przy kapliczce… - szepczę do Czarka a on kiwa głową i przyśpiesza kroku.




  Na szczęście szybko dochodzimy do budynku szkoły. Tu mieści się cel naszej wędrówki. Z radością rozsiadam się na drewnianej ławeczce. Psy układają się u moich stóp. Cezary pierwszy idzie dopełnić obywatelskiego obowiązku. Jest godzina jedenasta trzydzieści. A więc dwie i pół godziny zabrało nam dotarcie tutaj.



- Nie jest źle! – wzdycham - Odpoczniemy tu kapkę i jakoś wespniemy się z powrotem! – Bo z powrotem czeka nas ciągła wspinaczka, zdaję sobie nagle sprawę, czując, że stopy pulsują mi boleśnie a w krzyżach coś strzyka. Siedzę sobie więc błogo i nie mam ochoty nigdzie się stąd ruszać. Wokół cicho i spokojnie. Nie widać tłumów wyborców, zmierzających w tę stronę. Wieś zdaje się uśpiona. Odurzona zachwycającym, październikowym słońcem i wspaniałym ciepłem. Nie dzieje się nic, co mogłoby przerwać tę harmonię…





- No już jestem, Oluniu! Teraz ty! – z zamyślenia wyrywa mnie dziarski głos Cezarego. Psy na widok pana skaczą z radości i opierając się łapami o jego kurtkę zostawiają na niej kolejne, błotniste pieczątki.

   Wchodząc do budynku zerkam na moją kochaną drużynę. Zuzia i Jacuś patrzą na mnie z wiernym, psim uśmiechem i machają ogonami. Czarek, wypuszczając kłąb dymu z papierosa puszcza do mnie oko. Z westchnieniem zanurzam się w głąb lokalu wyborczego. Wewnątrz mimo uchylonego okna jest duszno. Uwięzieni w małym pomieszczeniu członkowie komisji szacują wzrokiem moją postać. Uśmiechają się życzliwie. Odziana w białą bluzeczkę z falbankami członkini w lekkim zdumieniu spogląda na moje brudne gumiaki. Chrząknąwszy grzecznie witam się ze wszystkimi. Parę słów zamieniam z sołtysem.

- Był mąż, teraz czas na żonę!  - mówię, nawiązując do niedawnej wizyty w tym przybytku, równie ubłoconego, ale nigdy nie tracącego rezonu Cezarego.

- Po drodze tutaj znaleźliśmy trochę grzybów. Na zupę starczy. Może jeszcze coś znajdziemy w sosnowych młodniakach?! – mówię wspominając także o planowanym dojściu do słynącej z cudów kapliczki.



    Biorę wręczone mi kartki i znikam za zasłonką. Wpatruję się w szeregi nazwisk. Nie znam nikogo z tych osób. Opieram się o mały blacik. Przecieram okulary i zakreślam krzyżyk. Potem jeszcze jeden, bo przecież sejm i senat…I już. Odfajkowałam. Żegnam się i czym prędzej wychodzę. Byleby na świeże powietrze. Do tych bezkresnych dróg, do wzgórz, do lasów i łąk. Wprawdzie nogi bolą, ale nic to. Swobodnego wędrowania mi trzeba. A co do ewentualnych zmian po wyborach? Co tu zmieniać na lepsze? Oby nie zmieniło się na gorsze…Z papucia na lać, jak zwykła to określać moja licealna wychowawczyni.



- Idziemy? – cmokam w policzek Cezarego a psy liżą moje ręce.

- Idziemy! – odpowiada mój strudzony kapitan. Przekraczając rzekę znowu zagłębiamy się w ciszę i ciepły koloryt okolicznych wzgórz oraz lasków. 


   Ponieważ jesteśmy zbyt zmęczeni by nadkładać drogi do kapliczki wędrujemy skrótem zachwycając się dębowymi i modrzewiowymi młodniakami. Mijamy parkujące na poboczach samochody terenowe myśliwych. Ubrani w czapki z pomarańczowym otokiem, uzbrojeni w fuzje mężczyźni mają wielką ochotę by upolować jakiegoś dzika. I chociaż wiem, że dziki niszczą rolnikom uprawy, że za dużo ich w okolicach, to w duszy szepczę życzenie, by nie zbliżały się dzisiaj do tych stron, by bezpiecznie przetrwały w swych dalekich ostojach.




   Około dwóch kilometrów od naszego siedliska znajdujemy opuszczone domostwo i obfitującą w dorodne owoce jabłoń. Napełniamy jabłkami torbę. Zajadamy się ze smakiem.  Sok ścieka nam po brodach. Chłodny wiatr owiewa zmęczone twarze.  Potem wspólnie taszczymy ciężką torbę, nie mogąc się już doczekać końca wędrówki.




   Wreszcie docieramy do domu. Jest prawie trzecia po południu. Mamy zatem około piętnastu kilometrów w nogach. Mocno to czujemy. Oj, mocno! Psy chłepczą wodę z wiadra a potem kładą się zmęczone na trawę i zapadają w kamienny sen. Szybko rozpalamy w kuchennym piecu. Trzeba ugotować jakiś obiad. Przygotować karmę dla psów i kotów. Zanieść ziarna kurom oraz jabłka kozom. I odpocząć, nareszcie odpocząć. Skończyć spokojnie dzień…Tym bardziej, że po zmianie czasu słońce szybciej zachodzi. A wynik wyborów…? Ech, będzie, co będzie. Byleby zdrowie jako takie było. Byleby tylko nasze Pogórze trwało nadal w spokoju i niezmiennej urodzie swej dzikiej natury. Byleby jutro i pojutrze wstał dobry, pogodny dzień…



…Dolinami i wzgórzami słońca blask wędruje co dnia

A drużyna Jaworowa tak jak trwała, niechaj trwa…








wtorek, 20 października 2015

Jaki jest koń, każdy widzi - czyli rozmowa jaworowa






Olga i Cezary piszą...

Ostatnio Errata wyróżniła nas na swym blogu i zadała ciekawe pytania. Postanowiliśmy zatem z Olgą podejść do tego wyzwania po swojemu i porozmawiać luźno o poniższych kwestiach.

Oto one.

1. Jak sądzisz, czy w resocjalizacji więźniów lepiej sprawdza się podejście restrykcyjne, czy też "liberalne"?
2. Jaką rolę w Twoim życiu pełni muzyka. Bardziej jest inspiracją, czy też wyciszeniem?
3. Czy ujmowanie życia w kategoriach estetyki jest "po linii" Bożej, czy szatańskiej raczej?
4. Gdybyś miał w swojej gestii kilkanaście milionów na cele społeczne, jak być je rozdysponował. Wiadomo, że wszystkim pomóc nie sposób. Czy w tej sytuacji rozdawałbyś przysłowiowe ryby, czy też raczej zainwestowałbyś w wędki.
5. Czy zgadzasz się z powiedzeniem "wszystkie dzieci nasze są"? Jak widzisz to w praktyce, miedzy innymi również w kategoriach legislacyjnych?




Cezary: Uogólnianie jest czymś, co rozwadnia sedno spraw dotyczących jednostek - powiedziałem puszczając kolejny kłąb dymu ze znienawidzonego papierosa.

Olga: Tyle razy prosiłam byś w końcu rzucił palenie, ale jak widać nie skutkuje i będę zmuszona zamienić argumenty na… - i tu wymowne spojrzenie przeszyło kogucio nastawionego respondenta.
- Już sama nie wiem, jak mam postępować! Chyba wymyślę Cezarowy sposób na Cezarego, bo nawet wypośrodkowane argumenty dostają czkawki. Jesteś więźniem swego nałogu a ja tkwię z Tobą w tym zadymionym więzieniu! A na Pogórzu tyle świeżego, czystego powietrza! Po co je zatruwać?

Cezary: To już naprawdę niedługo Oleńko…Wiesz, że przymierzam się do ostatecznego zwalczenia tego smoka. No i po części zgadzam się z tym, co powiedziałaś. Jak można palić i jednocześnie nienawidzić palenia? Człowiek sam siebie nie rozumie i postępuje nieadekwatnie… a co dopiero drugiego ludzia. Restrykcyjne podejście zawsze wyzwalało we mnie bunt, a wielkoduszne poszerzało krąg manipulacji do realizacji celu osobistego.

Olga: Niby tak, niby nie. Cezary, przecież znamy się, jak po strzale prosto w serce z dubeltówki, dokładnie na wylot… i to daje mi szansę na podjęcie odpowiednich kroków, małych, lecz stanowczych, tak byś się nie zorientował, że robię coś, by zmienić ten śmierdzący nawyk w coś bardziej z sensem i korzyścią.

W tle Gintrowski śpiewa właśnie o przedmurzu. Ileż on dawał z siebie, by zrobić przełom, by… no właśnie by. Ale ostatecznie nie dał rady…


Cezary: Kochanie, zmień na Kaczmarskiego, a potem znów na Gintrowskiego. Proste i zrozumiałe słowa i tyle w tym bezpośredniości co podtekstu. I co najciekawsze, słuchając kolejny raz zawsze odkrywam kolejną wariację interpretacji, przemawiającą do na nowo odkrywanych pokładów w mózgownicy.

Olga: Czas na rosyjskie ballady i czas na relaks i proszę bez protestów, a potem posłuchamy muzyki filmowej. To jest najbardziej odpowiednia muzyka przy krojeniu gruszek… acha, lepsze będą piosenki patriotyczne, zagrzewają do boju i pozwolą nam przetrwać do ostatniej gruszki. Po skończonej robocie, jak jeszcze nie padniemy to będzie czas na piosenki o miłości i zatańczymy tu w kuchni pomiędzy stosem naczyń i walającymi się obierkami. Jeszcze trochę wytrwajmy w tym zbożnym dziele…

Cezary uśmiechnięty: Jasne, przyzwyczajony już jestem do nie wyrażania sprzeciwu odnośnie spraw kuchenno-codziennych. Twoje nauki zawróciły tuż przed lasem i tylko ogary poszły w las. 


Olga: Oj tam, oj tam… zawsze musisz filozofować, a tu proza życia. Przypominam, że czekają na nas jeszcze dwa koszyki maślaków do ściągania skórek i do wyczyszczenia. Poza tym już czas na zmianę stylu życia… podobno robota lubi tych… no właśnie tych…


Cezary: No właśnie, czas na zmianę… tylko, co jeszcze moglibyśmy zmienić w naszym życiu i oby nie na gorsze. Zresztą, lubimy wyzwania i z każdej opresji jakoś się wykaraskamy. A może pojedziemy z powrotem do krainy słońca…? Bo tu trzysta sześćdziesiąt dni ino pada lub leje na zmianę.

Olga: Ech tam, wszędzie jest pięknie i wystarczy mieć wyostrzone spojrzenie, umieć poszperać w szczegółach… popatrz wszystko wynika z tego, co już było… konsekwencja natury przerasta niejednokrotnie nasze oczekiwania.

Cezary: Ha, ha… Dla jednego piękne, dla drugiego… szare czy nijakie. Chyba ludzie różnią się wrażliwością i zgodnie z tym odbierają bodźce. Do dzisiaj zastanawiam się czy piękno musi być anielskie czy rodem z samego dna piekła. Osobiście lubię ogień i doprawdy nie wiem, kto lub co dało mu początek. Nawet, jak sam naczelnik rogatych, to i tak myślę, że w każdej skrajności rezultat jest taki sam. W końcu, jakie ma to znaczenie, jest piękne i basta.

Olga: W tym coś jest! Jeśli artysta maluje, śpiewa czy gra na scenie i podoba się nam, to nie zastanawiamy się nad jego poglądami… ,że nie wspomnę o piszących, choć ci mają większe skłonności i możliwości do forsowania „piękna” w zadanym stylu. Wiesz… taki „Bergal” robi „cuda” na scenie i to jest i piękne i chałowate zarazem w zależności od miejscówki. To samo z jeleniami na rykowisku albo z końmi na pastwisku. Jednym się to podoba, drugim nie. I dobrze!



Cezary: Musimy się na chwilę odprężyć… wysłałaś toto-nalotka? Tego z cyframi z ostatniej nocy, bo numery są gwarantowane… nie wiem tylko czy w tym losowaniu. Ale, ale… te marzenia kosztują trzy złote… polskie. Nawet te kilkanaście wygranych milionów byłoby wystarczające na początek.

Olga: Nie wysłałam. Żal mi kolejnych straconych trzech złotych. Za to można przecież kupić mały bochenek chleba albo masło margarynowe i choć skromnie, to jednak brzuchy da się jakoś napełnić. A z tymi loteriami, to wiadomo, że nic nie wiadomo. A w ogóle to czy nie wystarczyłoby nam kilkanaście tysięcy? Wiem, że lubisz wszystko, co duże, ogromne, stabilne i zbudowane na opokach Świata. Czy nie byłoby, jak z naszym domem? Zbyt duży i wszelko - chłonny, jak na nasze potrzeby… Podobno potrzeby są tylko widzialne, niekoniecznie konieczne. Oj Czarek, nie myślisz nic a nic o ludziach… popatrz ile biedy wokół.

Cezary: Jejku, media zawalone są informacjami o „biednych” imigrantach walących w drzwi starego kontynentu. I to oni właśnie chcą modernizować i ukulturalniać nas… nas niewiernych. Dobrze pamiętam wywiad z jednym z nich jeszcze na antypodach, czyli naście lat temu, w którym proponował przekształcenie jednego ze stanów na ich modłę. Gwarantował równość, tolerancję i takie inne tam banialuki. Nie wyszło… ale wyszło szydło z worka. Nie mylić z naszą Beatą proszę.

Olga: Ty chyba nie masz sumienia… to biedni ludzie uciekający spod gradu kul, matki z dziećmi… młodzi, którzy pragną spokoju i pokoju… Nie oceniaj ich wszystkich jedną miarą, bo to niesprawiedliwe. Wśród nich naprawdę jest wielu bezradnych, poranionych przez los ludzi, przerażonych tym, co się w ich krajach wyprawia. A przecież zasługują na spokojne, bezpieczne życie. Tak jak i my.


Cezary: Zauważ jednak Oluniu, iż większość z nich jest w wieku poborowym!


Olga: No tak! Widać wśród nich wielu młodych byczków. Może wobec tego najlepiej byłoby nieść  pomoc, tam gdzie ich ojczyzna, gdzie spoczywają prochy ich przodków…?

Cezary: Ha! I jeszcze sfinansować dodatkowe, najnowsze smartfony, gdyż oni muszą komunikować się w każdej sytuacji, bo wymiana informacji o nowych możliwościach osiedlenia się u nas jest priorytetowa i życiodajna.

Olga: Ale ironizujesz… przecież sami emigrowaliśmy na antypody, że nie wspomnę o powodach. Dlaczego odmawiasz prawa do tego innym? Myślisz, że oni mają inne potrzeby? Wstydziłbyś się!

Cezary: Moja wędka była już na antypodach zanim dotarłem do ziemi obiecanej… ale popatrz, wróciliśmy za wołaniem naszych dusz i jakoś egzystujemy.

Tymczasem z głośników leci „żółty, jesienny liść”, prawdziwa i piękna, choć przez wielu za kiczowatą uznawana piosenka.


 
Olga nucąc i głaszcząc namolne psiska: Gdyby nie cały ten zwierzyniec, to byłoby pusto w naszej chacie.  A może nie… nasze wspomnienia obejmują całą przestrzeń i wypełniają ją… są częścią teraźniejszości, są tym, co było nam dane… i do tych dobrych i złych wracamy z rozrzewnieniem. Ale czasem mi szkoda, że już nikt nie prosi :weź mnie na rączki.

Cezary: Może tak, może nie… zawsze można adoptować.

Olga: Chciałbyś?

Cezary: Nie wiem czy podołalibyśmy obowiązkom. Chcenie… i odpowiedzialność nie zawsze są równoległe. Poza tym zdrowie już nie te…

Olga: No właśnie, to zdrowie… Podobno wszystkie dzieci są nasze. Potrafiłabym kochać… kobieta zawsze będzie matką niezależnie od uwarunkowań.

Cezary: Zabrzmiało idealistycznie… w kraju, w którym wszystko jest skomplikowane… bo na każdym szczeblu każdy musi coś ukręcić dla siebie…

Olga: Teraz sam komplikujesz i szukasz zeszłorocznych gruszek. Problemy są po to by je pokonywać.

Cezary: Pochodząc do sprawy idealistycznie, to chciałbym, by każde dziecko miało swoje miejsce w naturalnej rodzinie, choć patologie są i tu i tam… szczególnie.

Olga: Nie ma złotego środka, zawsze będzie lepsza opcja… często po czasie. A w ogóle, to cieszę się, że coraz częściej odwiedza nas Bogna ze swoją córeczką Malwinką. Tak się wczoraj uśmiałam serdecznie, jak ta mała poskakując niczym piłeczka pingpongowa na naszej kanapie rozprawiała filozoficznie o życiu!


Cezary: Jesienią i zimą będzie więcej czasu na wzajemne odwiedziny, zabawy i inne przyjemności. A na razie to zjadłbym coś, bo nad tymi gruszkami i grzybami to już więdnę z głodu i zmęczenia.


Olga: Ja też! Kończymy na dzisiaj. Wstawię makaron i doprawię zupę grzybową i będzie pyszne jedzonko. A Ty donieś mi drzewa, bo piec pożarł już wszystko!


Cezary: OK! Tylko nastawię jakąś nową muzykę…Co byś chciała?


Olga: Dawaj Michaela Jacksona, bom się już za nim stęskniła!


Cezary mamrocząc: Co ja mam z tą kobietą…Za obcymi chłopami tęskni!





I jeszcze w kwestii formalnej...
Ponieważ cenimy wszystkich naszych czytelników nie chcemy nikogo wyróżniać. Pytania Erraty są naszym zdaniem inspirujące, prosimy zatem o ewentualne ich rozwinięcie i kontynuację w/w tematów w komentarzach.

niedziela, 18 października 2015

Gruszkowo…czyli rządy jesieni w Jaworowie





   Tak to jakoś jest, że co dwa lata mamy ogromny wysyp jakichś owoców. Raz są to maliny, raz śliwki, innym razem jabłka albo gruszki. I ten właśnie rok obdarzył nas gruszkami w ilościach olbrzymich, niepomiernych, zachwycających, ale i przerażających swą ilością. Upały i susza nie dały im urosnąć do właściwych rozmiarów, jednak pozwoliły obrodzić taką ich masą, że jeszcześmy tylu na oczęta swe zdumione nie widzieli. Nasze dwie olbrzymie, stareńkie grusze uginały się aż pod ciężarem mrowia gruszek z rodzaju ber. Wiele gałęzi nie udźwignąwszy tego dobra połamało się. Przydały się i one za niezwykle wonny opał nam w kuchni służąc. 


   Każdą wolną chwilę wykorzystujemy na przerabianie zielono - żółtych owoców gruszy aby jak najmniej się ich zmarnowało. Suszymy, soki pozyskujemy, dżemy, przeciery wytwarzamy oraz jędrne ćwiartki gruszek kompotem cytrynowo - goździkowo - cynamonowym zalewamy i w słojach umieszczamy. A wcale nie widać by gruszek ubywało! Co wyjdziemy na tył ogrodu, to brodzić musimy we wspaniałym, gruszkowym jeziorze. Omijać starannie by nie rozdeptać. Napełniać kolejne koszyki i część do domu na kolejne przetwory zanosić a sporą częścią kozy karmić oraz posiadającego apetyt na wszystko, co jadalne Jacusia. Spiżarka wypełniona już po brzegi. W kuchennym piekarniku wciąż suszą się kolejne partie a tu końca tego nadmiaru gruszkowych skarbów nie widać. Obdarowujemy więc nimi przyjaciół. Tych, co swoich grusz nie mają. I nadal przerabiamy, przerabiamy, przerabiamy…





   Dobrze tak siedzieć sobie w ciepłej kuchni i na cztery ręce obierać gruszki nad wielką miednicą. Tym bardziej, iż coraz sprawniej idzie nam z Cezarym ta robota. A nic się nie marnuje, albowiem owe obierki są przysmakiem kóz. Także i kurom dostaje się coś dobrego. Cezary przy użyciu elektrycznej maszynki do mięsa (nabytej w zeszłym roku za złotówkę i samodzielnie naprawionej) robi smakowitą, gruszkową pulpę dla zielononóżek. Owe niebożęta najlepsze, soczyste trawki wyjadły już dawno z naszego ogrodu a jakichś witamin wszak potrzebują by jajeczka zachciało im się kiedyś znowu znosić. Aby chronić je przed atakami jastrzębi (bo ze strachu przed nimi już wcale na wybieg wychodzić nie chciały) zbudowaliśmy im z podarowanych przez Wandzię i Władysia słonecznikowych łodyg nowy, duży wigwam. Natomiast w trosce o ich nieśność nabyliśmy w promocji żaróweczkę ledową, która świecąc im calutki dzionek w kurniku słonko udaje. Kurki jednak nie dają się żadnym takich oszukaństwom nowoczesnym zwieść i nadal pierzą się na potęgę, na grzędach siedząc a o upragnionych przez nas jajcach w ogóle nie myśląc.



   A dobrotliwego, prawdziwego słoneczka coraz mniej w naszych stronach ostatnio. Niekiedy jeszcze zdarza mu się wyjrzeć ciekawsko spoza chmur i ozłocić rzeczywistość swymi przyjaznymi promieniami. Jednak jesień ma swoje prawa i prawie co dnia wita nas deszczem albo mgłą. Z północy wieje mroźne powietrze a wielobarwny dywan liści w bukowym lesie staje się coraz grubszy i miększy. Dobrze się po nim wędruje, ale trudno znaleźć teraz grzyby, ukryte w tym bezpiecznym kobiercu. Zresztą grzybiarzy takie mnóstwo w naszych okolicach, iż trzeba by chyba o zmroku w las wychodzić, żeby przed innymi zdążyć. Czasem uda nam się mimo wszystko wypatrzeć parę prawdziwków i uszykować potem przy ich pomocy smakowitą jajecznicę czy też jakiś sos albo pyszną zupę grzybową z makaronem.




   To wszystko jednak między robotą z gruszkami. Chcemy ich jak najwięcej ocalić przed zgniciem oraz zmrożeniem. Niedługo wszak noce i dnie witać nas będą przymrozkami i mrozami prawdziwymi a pewnie i śniegiem. Ocaliliśmy już w ten sposób dynie, ostatnie cukinie, ogórki i pomidory, których także wielką obfitość zebraliśmy w tym roku. Sporo ich dostaliśmy także od serdecznych sąsiadów. Natomiast zielone, niedojrzałe pomidory przerobione na sałatkę wraz z paprykami, cukiniami i cebulą wylądowały w słoikach na półkach w spiżarce. Dynie zjadamy na bieżąco w formie zup czy też pieczonych na chrupko przekąsek. A ogromna ich reszta leży na sianie w budynku gospodarczym i przetrwa tam bezpiecznie do połowy zimy. A gdy już nic zielonego spod śniegu nie będzie wystawać cieszyć się będą ich smakowitym, pomarańczowym miąższem kury i kozy.


   W gospodarstwie nic nie może, nie powinno się zmarnować. Żadna sucha kromka chleba, żadne resztki z obiadu. Ludzie i zwierzęta żyjąc w spokojnej symbiozie pomagają sobie wzajemnie w spożytkowaniu darów ogrodu i warzywnika. I w ten sposób przetrwać mogą do wiosny, do lata i jesieni, do następnego czasu kolorowej, świeżej obfitości.



   Obierając gruszki i jabłka słuchamy radia…Wiadomości z kraju i świata zalewają nas falą niepokojących wieści. Przełączam więc na inny program, gdzie dają samą muzykę i niestety…reklamy. Tych reklam jest tak dużo i wciąż te same, że w mózgu tworzy mi się nieznośna siekanina wiadomości o cudownie działającej witaminie D, lekach przeciw obstrukcji i bezsenności, informacji o cudownych pożyczkach i okazjach na wyprzedażach w dyskontach.




   Przekręcam pokrętło radia na następny kanał. Natrafiam na sygnał z wieży Mariackiej. Uśmiecham się i rozrzewniam. Od razu przypomina mi się cudowna atmosfera Krakowa. Ta nieujmowalna w słowa aura bezpiecznej niezmienności opierającej się na szeptach zabytkowych zabudowań i brukowanych uliczek przy rynku. Jakże dawno już tam nie byłam…
   Ucichły kroki trębacza. Płynie hejnał z wieży Mariackiej. Rozbawieni uśmiechamy się z Cezarym do siebie, bo oto widzimy Jacusia, który usiadłszy przy naszych kolanach, zasłuchany w te dźwięki przekrzywia śmiesznie łepek i ma minę jakby ta krakowska melodyjka coś ważnego mu przypominała.  Może mieszkał kiedyś w mieście smoka wawelskiego i co dzień miał możliwość słuchania na żywo muzyki tego miasta? A może jego poprzedni pan lubił słuchać radia i piesek leżał wówczas u jego stóp, wierząc w życzliwą niezmienność swego losu? Wielce tajemnicza i niepokojąca jest przeszłość tego pieska. Na szczęście teraźniejszość oraz przyszłość nie zagraża żadnymi przykrymi zmianami.



   Jacuś jest z nami już od ponad trzech miesięcy. Jakże szybko ten czas przeleciał! Jak bardzo ten piesek wrósł w naszą rodzinę, w obyczaje, w ciepłą, bezpieczną codzienność. Ku naszej radości po czasie depresyjnego osowienia Zuzia zaakceptowała psiaka ostatecznie i jak w pierwszym miesiącu jego zamieszkania u nas znowu bawi się z nim, biega łapa w łapę po lesie, śpi w jego pobliżu i zajada bez histerycznej zazdrości smakołyki z miski. Oczywiście Zuzieńka nadal rządzi i dominuje. I to się chyba już nie zmieni. Jacuś zna swoje miejsce w stadzie i wcale się nie buntuje. Zdaje się, iż jest szczęśliwy. A gdy na dworze pada albo mży oba pieski lubią wylegiwać się na dywanie albo leżance w naszej sypialni. Rozwalają się tam nieprzyzwoicie i śpią godzinami o nic nie musząc się troskać. Budowana przez Cezarego buda dla nich jest już nieomal na ukończeniu. Brakuje jeszcze paru desek i szczegółów aby z powodzeniem mogła służyć naszym kochanym sierściuchom przez zimę. Już teraz Jacuś często w niej sypia, moszcząc się z rozkoszą na sianku albo z zapałem zakopując w nim kości na śniadanie.




   A my nadal obieramy gruszki i od czasu do czasu spoglądamy przez okno na coraz bardziej jesienny świat, na mokrą, wiodącą do lasu drogę, na kolejnych grzybiarzy parkujących pod płotem naszego ogrodu. Zajadając pączki zwane oponkami albo drożdżowe pierożki z dżemem z zainteresowaniem wsłuchujemy się w kolejny odcinek sagi o radiowej rodzinie Matysiaków, u których po dawnemu swojsko i serdecznie. 



   I dobrze. Niech to, co stare i spokój przynoszące trwa. Niech jesień wkraczając łagodnie do ogrodów i serc otula nas życzliwie mglistym woalem, kojąc pachnącym suszonymi gruszkami oddechem…