środa, 29 lipca 2015

Uzdrów świat...



   
Pada deszcz...Nareszcie pada! Cudowna, ożywiająca wszystko, uzdrawiająca spieczony upałami świat woda. Spływa, śpiewa, ciurka, kapie, dudni, siecze, pluska, przepełnia, przelewa, gulgocze. Przywiędłe, przysuszone rośliny w moim ogrodzie resztką sił doczekały tej zmiany pogody. Odżyły. Odetchnęły z ulgą.
    Studnia, w której już niebezpiecznie widać było dno powoli napełnia się. Powietrze pachnie. Liście lśnią diamentami kropel. Ptaki śpiewają. Kury nie bacząc na to, iż wyglądają jak zmokłe kury biegają po swym wybiegu i wydziobują dżdżownice, które także wypełzają do deszczu.  
   Psy i koty śpią. Kozy, nasłuchując szumu kropel, przeżuwają beznamiętnie siano i owies. Cezary czyta coś w necie o piłach oraz kosiarkach spalinowych i tego typu zajmujących sprawach. 
   A ja, odpoczywając między jedną a drugą robotą oraz z tęsknotą czekając na wysyp grzybów, mam trochę wolnego czasu. Przeglądam swoje komputerowe archiwum i znajduję różne ciekawostki. Oto parę lat temu napisałam słowa do pięknego, moim zdaniem, utworu Michaela Jacksona ("Heal the world").  Kilka jego piosenek było dla mnie wówczas fascynującą inspiracją. A odkryłam je dla siebie tak naprawdę już po tragicznej śmierci tego wokalisty. Tak bywa nieraz, że dopiero czyjaś śmierć coś w nas ożywia...
    A wracając do owej piosenki. Nie jest to dosłowne tłumaczenie a raczej swobodna interpretacja tematu bliskiego memu sercu. Zanuciłam ją sobie znowu i sprawiło mi to dużą przyjemność.  Ostatni post i życzliwe Wasze komentarze otworzyły we mnie jakąś szufladkę z pełnymi optymizmu uczuciami.  Dlatego też ponownie ośmielam się pokazać Wam kolejną piosenkę... Poniżej jest tekst. Zapraszam, może ktoś z Was przyłączy się do mnie i zaśpiewa? Wspaniale śpiewa się razem, gdy za oknem kapie deszcz!:-))


video





Uzdrów świat



 Kiedyś świat ufny był
Tak jak w baśni słodkiej tkwił
Kiedyś świat był zielony i niewinny
Rzeki nurt pędził w dal
Wolny i radosny tak
Witał śpiewem pagórki i doliny

Jednak potem wszystko odmienił jakiś czarodziej
Zieleń przykrył cień
Hałas zdusił śpiew

Ale świat wciąż dość siły ma
By wrócić do baśni, odzyskać dawny blask
Przecież jest możliwe, abyś pomógł mu być szczęśliwym
Bo to jest potrzebne Tobie i mnie

Kiedyś cieszył Cię czas
Każdy promień, każdy smak
Wszystko było niezwykłe i wspaniałe
Nie pędziłeś gdzieś w dal
Ku milionom ważnych spraw
I myślałeś, że szczęście masz na stałe

Jednak potem wszystko odmienił jakiś czarodziej
Radość przykrył cień
Uśmiech przepadł gdzieś

Jednak Ty wciąż dość siły masz
By wrócić do siebie, odzyskać dawny blask
Przecież jest możliwe, abyś mógł być znowu szczęśliwym
To jest tak potrzebne Tobie i mnie

Jeśli mocno będziesz pragnął to odmienisz los
Będziesz dobrym czarodziejem, oddasz światu głos
I usłyszysz tę pieśń, którą nucić chce nawet wiatr
Życie dobre jest, zieleń, słońce, deszcz
To ma sens!

Uzdrów świat, usuń lęk
I mów głośno, czego chcesz
Może inni przyłączą się do Ciebie?
I nie pozwól by ktoś
Chciał odebrać Ci Twój głos
Uzdrów świat swą odwagą i uśmiechem

Po to żeby strumień płynął ufnie czystym swym nurtem
By zaśpiewał las
W ten zielony czas

Uzdrów świat, by się nie bał znów
Nieczułych Twych myśli i obojętnych słów
Przecież jest możliwe, abyś pomógł mu być szczęśliwym
To jest tak potrzebne Tobie i mnie

Bo ten świat wciąż dość siły ma
By wrócić do baśni, odzyskać dawny blask
Przecież jest możliwe, abyś pomógł mu być szczęśliwym
To jest tak potrzebne Tobie i mnie

Uzdrów świat, by się nie bał znów
Nieczułych Twych myśli i agresywnych słów
Przecież jest możliwe, abyś pomógł mu być szczęśliwym
To jest tak potrzebne Tobie i mnie
Przecież jest możliwe, abyś pomógł mu być szczęśliwym
To jest tak potrzebne Tobie i mnie
Przecież jest możliwe, abyś pomógł mu być szczęśliwym
To jest tak potrzebne
Tobie i mnie
Tobie i mnie
Tobie i mnie
Tobie i mnie
...To jest tak potrzebne, Tobie, światu, dzieciom...
..To jest tak potrzebne, Tobie, światu, dzieciom...
Tobie i mnie…



niedziela, 26 lipca 2015

Ballada kuchenna...

Oto nasze pieski na kuchennych kafelkach odpoczywające, w śpiew swych opiekunów zasłuchane...

Poniżej przedstawiamy Wam balladę o Oli i Czarku przez nas dwoje odśpiewaną. Autorem tekstu jestem ja - Ola, natomiast muzykę stworzyli do spółki kochani moi córka i brat! Natomiast widoczny na filmiku obrazek, to prezent od Pantery, która mam nadzieję dobrze się już czuje i dla polepszenia nastroju ma możliwość posłuchania pienia dwojga wiecznie młodych wędrowców, zwanych zawsze przez nią Kangurkami!:-))*

video



Opowiem Wam bajkę o dwojgu
Co dawno się kiedyś spotkali
Nie wierząc, że to możliwe
Po prostu się pokochali
Daleko im było do siebie
Świat cały ich przecież rozdzielał
Pragnęli pod wspólnym być niebem
A więc złączyli swe nieba

Ref:
I teraz na krańcu krańca
Z ufnością witają swój dzień
Ruszają znowu do tańca
Ich arka bezpieczna we mgle…

Tak swojskie, ciepłe, codzienne 
Nadają rytm naszym dniom
Te nasze tańce kuchenne
A z nami pląsa też dom

W kapciach dokoła tańczymy
Odpływa gdzieś cały świat
Mijają nam lata i zimy
A taniec nasz trwa i trwa
Psom pyski się śmieją szelmowsko
Już skaczą do twarzy i dłoni
A koty mruczą beztrosko
Ich magia nasz dom ochroni…

Ref:
I teraz na krańcu krańca
Z ufnością witają swój dzień
Ruszają znowu do tańca
Ich arka bezpieczna we mgle…

Tak swojskie, ciepłe, codzienne 
Nadają rytm naszym dniom
Te nasze tańce kuchenne
A z nami pląsa też dom

Za oknem kóz, kur gadanie 
I przestrzeń lasów i gór
A tutaj po prostu nasz taniec
A tutaj cukier i sól
Z dwóch kubków pachnie herbata
Z pokoju dobiega muzyka
Nasz własny kawałek świata
Nasz swojski zakątek życia

Ref:
I teraz na krańcu krańca
Z ufnością witają swój dzień
Ruszają znowu do tańca
Ich arka bezpieczna we mgle…
Tak swojskie, ciepłe, codzienne 
Nadają rytm naszym dniom
Te nasze tańce kuchenne
A z nami pląsa też dom

I płynie w dal nasza arka
Rytm serc jej nadaje kurs
Opowieść Oli i Czarka
Historia złączonych dusz

Ref:
 I teraz na krańcu krańca
Z ufnością witają swój dzień
Ruszają znowu do tańca
Ich arka bezpieczna we mgle…
Tak swojskie, ciepłe, codzienne 
Nadają rytm naszym dniom
Te nasze tańce kuchenne
A z nami pląsa też dom

Serdecznie dziękujemy za wysłuchanie naszego duetu i przepraszamy za niską jakość nagrania!:-))

piątek, 24 lipca 2015

Nasza mała arka...


   Po ostatnim, napisanym przez Cezarego poście i po Waszych reakcjach na jego szczere słowa naszło mnie wiele zamyśleń. Ewoluowałam w nich od zwątpienia w sens tak otwartego pisania na blogu poprzez chęć odsłonięcia się jeszcze bardziej po to, by do końca zrozumieć samą siebie i abyście Wy zrozumieli choć trochę mnie, nas w tych naszych "dziwnych" marzeniach, "nietypowych" wyborach, "oryginalnych" decyzjach. Pisząc bloga komunikujemy się z Wami. Pragniemy tej komunikacji a także tego by była ona rozumna, pełna wzajemnego szacunku i empatii. I zazwyczaj tak właśnie jest, co zauważamy i za co jesteśmy naszym czytelnikom wdzięczni.
   Istnieją jednak tematy zapalne, które nieodmiennie wywołują na tym blogu wzburzenie, podejrzliwość, czy też surowy osąd. A my z Cezarym, mimo wszystko, wciąż do nich co jakiś czas wracamy i znowu dostajemy po głowie, czując się nieraz jak zbesztane za swoją beztroskę dzieci. Myślałam, rozmawiałam z mężem o tej burzy w szklance wody, którą niechcący znów wywołalismy. I oto do czego doszłam...

   Obserwowałam i obserwuję nas oraz zachowania naszych zwierząt i uświadamiam sobie jak zmieniało się to wszystko podczas tych pięciu lat od naszego osiedlenia się tutaj. Dzięki temu między innymi dotarłam w tym namyśle do samej głębi mojego poczucia sensu istnienia i do odczuwania szczęścia w życiu blisko natury, jako istoty tego sensu.

  Czym jest to nasze życie tutaj? To nic innego, jak budowanie naszej własnej, szczęśliwej arki. Tratwy, na której nader skromnie żyjąc podług własnych, zgodnych tylko w przyrodą praw i rytmów oraz pełnych uczuć serc próbujemy ocaleć i oprzeć się wpływom tego zwariowanego, pełnego cynizmu,  agresji, fałszu, pośpiechu cywilizacyjnego, zunifikowanego i stechnicyzowanego, zewnętrznego świata. Po całym życiu przemieszkanym w wielkich miastach Polski i Australii zapragnęliśmy stworzenia dla siebie nowej, lepszej rzeczywistości. Prostej, pracowitej, cichej, związanej z naturą i jej posłusznej. Kupiliśmy dom na samiutkim końcu wsi, tuż przy bezkresnych lasach, łąkach i polach. Sąsiadów mając niewielu, ale za to przyjaznych, chętnych do dzielenia się swoją wiedzą i doświadczeniem, tolerancyjnych.
    Utopia? Tak można by mniemać. Ale według nas, to wciąż możliwy do realizacji ideał. Aby jednak ten ideał wypełnił się treścią potrzebowaliśmy zasiedlić nasze gospodarstwo zwierzętami, które moglibyśmy otaczać troską i miłością, a które mogłyby być z nami szczęśliwe oraz bezpieczne.




    Najpierw przyjechały do Jaworowa kolorowe, wesołe kociaki a zaraz po nich najcudowniejszy z wszystkich naszych dotychczasowych psów - Zuzia. Zwierzaczki stały się integralną częścią rodziny, ofiarowując nam swe bezgraniczne przywiązanie, mnóstwo radości, ale i trosk, ucząc cierpliwości oraz zrozumienia ich potrzeb. Jednak to byli domownicy a piękne miejsce, gdzie zamieszkaliśmy stwarzało możliwości aby mogli do nas dołączyć kolejni przedstawiciele świata zwierząt. Wszak należał do nas  ogromny budynek gospodarczy. I ogrodzony, wielki ogród. A wokół rozpościerało się tyle przestrzeni, zielonych pastwisk, spokojnej, sielskiej rzeczywistości, że grzechem byłoby nie wykorzystać tego.




    Przybyły zatem do nas kury - zielononóżki kuropatwiane, czubatki i araukany, - głównie jako wymyślone przez nas źródło dochodu. Szybko jednak okazało się, że te ptaki są dla nas czymś więcej - możliwością codziennej obserwacji społecznych i indywidualnych zachowań tych ciekawych stworzeń, ich uczuć, obyczajów i przemian od narodzin aż do śmierci. No właśnie - Śmierci. Pojawiła się ta pani, jako konieczność i naturalny bieg rzeczy  w sprawnie działającym gospodarstwie wiejskim. Odczuwaliśmy głęboko każde odejście kury, kurczaczka czy koguta. Ale godzilismy się z tym i nadal godzimy, gdyż inaczej być nie może, jeśli chce się tu sprawnie funkcjonować. Jednak jest coś, co zrobić możemy, rzucając tym w jakiś sposób wszechwładnej pani Śmierci wyzwanie. W naszej jest mocy ofiarować dobre życie innym zwierzętom.  Dać im możność spokojnej, radosnej egzystencji u nas. Przezwyciężyć w ten sposób gorycz rozstania wynikającego z  konieczności dokonywania selekcji w stadzie.



   I tak w Jaworowym gospodarstwie zamieszkały kozy. Najpierw czarna Brykuska i siwa Popiołka. Rok po nich czarno - biały koziołek, Łobuz Kurdybanek. A po kilku miesiącach biała kózka Majka. A skoro stworzyliśmy już takie kozie stadko, to nie dziwota, że doszło w nim do rozmnożenia. Wszak to naturalne, gdy cap przebywa blisko kozich panien. A poza tym naturalne jest, iż kozy, choć to cudownie rozumne i wdzięczne w hodowli zwierzęta mogą a nawet powinny dostarczać swym gospodarzom poza swym miłym towarzystwem także i mleka. Aby jednak to mleko było w wymionach potrzeba maleństw, dla których ono powstaje.
 Przebywając codziennie przez wiele godzin z kozami miałam możność zaobserwowania jak wspaniałymi są one matkami. Jak bardzo uczucia macierzyńskie ubogacają ich świat, zmieniają na lepsze charaktery, pozwalają jeszcze bardziej zbliżyć się do nas - ludzi. Jeszcze bardziej polubiły kontakty z nami, pieszczoty, wspólne spacery. W oczach karmiących czy też wylizujących swe kożlęta matek dostrzegałam błogość, pełnię szczęścia, słodycz, spełnienie...Czy widziałam tylko to, co chciałam widzieć? Nie sądzę. Myślę, iż większość wrażliwych opiekunów zwierząt miało możność zaobserwowania czegoś takiego. Macierzyństwo to nie tylko czysta fizjologia. To wzniesienie się na jakieś wyższe piętro duchowego rozwoju. To dotarcie do samej głębi przeżywania. Istnieję już na tym świecie dość długo by móc zauważyć i docenić wiele cudownych, magicznych wręcz chwil oraz związanych z macierzyństwem przeżyć, jakich doświadczały moje zwierzęta - kiedyś koty i psy, a teraz kozy. Nie wyobraziłam sobie tego, nie antropormofizowałam. Widziałam! I za każdym razem mocno przeżywałam to jako czystą radość, najgłębsze szczęście jakiego doznać może jakakolwiek czująca istota. Oczywiście, istnieją w świecie zwierząt niespełnione, niezadowolone ze swego losu matki. Jednak tak samo jest w świecie ludzkim. Przecież, w gruncie rzeczy, tak niewiele się od swych braci mniejszych różnimy...


   A skoro urocze, kozie maleństwa zamieszkały w koziarni, to i w naszych sercach zagościły zupełnie nowe uczucia: tkliwości, dumy, spełnienia się w roli wiejskich gospodarzy, ale i jątrzącego poczucia niepokoju...Bo gdy rodzą się koziołki tak trudno zapewnić im szczęśliwe życie. W naszym przypadku okazało się to, niestety, niemożliwe. I znowu dotknąć nas musiała bezwzględna pani Śmierć. Przyszła nieodwołalnie i zgasiła w nas na jakiś czas promyk radości i ufności.Wszystko się w nas zatrzęsło. Zalęgło się poczucie winy i bezradności, bolesny smutek...Potrzebowaliśmy czasu by dojść do siebie.

   Jednak ten czas, miast uspokojenia, przyniósł wypadek samochodowy, który nadwyrężył nasze zdrowie i poczucie bezpieczeństwa. Uświadomił jak wszystko jest na tym świecie niepewne i kruche. Z jak wieloma rzeczami możemy nie zdążyć. Jak blisko wciąż nas pani Śmierć krąży i jak kapryśną, nieprzewidywalną jest istotą.
   Cóż możemy zrobić? Jakże się jej oprzeć? Czymże odbudować poczucie sensu i radości życia? Tylko samym życiem i czynieniem w nim dobra. Tylko realizacją marzeń. Tylko pozytywnym dzianiem - codzienną pracą i troską o naszych podopiecznych. Intensywniejszym niż dotąd zauważaniem najdrobniejszych nawet radosnych iskierek, najdelikatniejszych uczuć, rozdmuchiwaniem ich.

   Nadal budujemy więc uparcie naszą arkę. Przygarnąwszy białego pieska Jacusia wyraziliśmy tym samym chęć ponownego zaufania życiu. To była decyzja płynąca prosto z serca, spontaniczna  - nieomalże jednocześnie przez nas oboje wyrażona. Chcieliśmy bardzo pomóc temu psu. Dać mu dom, miłość i stabilizację. A on mógł pomóc nam cieszyć się życiem na nowo, odkupić winę po dramatycznym odejściu dwóch koziołków, stać się kolejnym ważnym członkiem Jaworowego stada, towarzyszem Zuzi a nawet, ewentualnie...ojcem jej dzieci.



   I oto znowu wywołujemy wilka z lasu - ten wielce drażliwy, kontrowersyjny temat. Jakże możemy chcieć by nasza Zuzia została matką, skoro w schroniskach jest tak dużo bezdomnych psów, skoro tyle już psiego nieszczęścia na świecie? Czy jesteśmy bezmyślni i nieodpowiedzialni?



   Zaprzyjaźnieni czytelnicy naszego bloga wiedzą, że od dawna marzyliśmy o tym, by Zuzia mogła urodzić szczeniaki. Kochamy tę psinę bardzo. Chcemy by mogła w swym, tak krótkim przecież psim żywocie, przeżyć pełnię szczęścia. Zasługuje na to. Czy pamiętacie mój ubiegłoroczny, kwietniowy post o romansie Zuzi? Jakże była wtedy ogromnie zadowolona i nam wdzięczna, iż pozwoliliśmy jej doznać smaku miłosnych igraszek pod gwiaździstym niebem Pogórza. Nie zaszła wówczas w ciażę - i bardzo dobrze, bo tamten piesek nie bardzo pasował do niej gabarytami, charakterem i wyglądem. Ale oto teraz zamieszkał z nami Jacuś - jakże do Zuzieńki podobny. Jakby na miarę dla niej uszyty! Na dodatek po początkowych między nimi animozjach pieski tak bardzo się zaprzyjaźniły, że nie odstępują się prawie na krok i bawią niczym radosne szczenięta. A kiedy indziej leżą przy sobie, jak bardzo czuli względem siebie przyjaciele. Opierają wzajemnie o siebie pyski. Patrzą ufnie i spokojnie. To wspaniały dla nas widok, będący potwierdzeniem tego, iż słusznie zrobiliśmy przyjmując Jacusia do naszej rodziny. Wprawdzie wydarzenie z Brykuską mocno nadwątliło moje zaufanie do tego pieska,  zaburzając sielankowość naszego bytu oraz poczucie bezpieczeństwa. Ze wszystkich sił staram się jednak je odbudować i znowu pozwolić płynąć naszej arce zgodnie ze spokojnym wiatrem, wspomaganego realizacją marzeń, życzliwego przeznaczenia. Pomaga mi w tym zwykła praca, codzienna obserwacja zwierząt, spokojna współegzystencja z nimi, obcowanie z mądrością, surowością oraz pięknem otaczającej mnie przyrody...



   Chcielibyśmy by po odejściu za tęczowy most Zuzi (które oby nieprędko nastąpiło!) została u nas jej córka. By mając Zuzine geny ocaliła w ten sposób kawałek naszej ukochanej psinki. By pani Śmierć nie zabrała nam tak zupełnie i tak nieodwołalnie Zuzieńki oraz Jacusia, który jest nam coraz bliższy a z czasem zapewne stanie się równie bliski, co Zuzia. W naszym gospodarstwie jest miejsce i możliwości by mogło tu w razie problemów ze znalezienieniem innych, przyjaznych domów, zamieszkać kilkoro Zuzieńkowo-Jacusiowych potomków. Mamy też serdecznych znajomych, którzy od lat zachwyceni Zuzią, w każdej chwili chętnie adoptowaliby jej potomstwo. Tym samym wydaje się więc nam, iż nie zrobimy tym psiakom żadnej krzywdy.

   To, czy pozwolimy Zuzi i Jacusiowi na założenie psiej rodziny nie jest jeszcze zdecydowane. Gdyby miało do tego dojść, to raczej nie teraz. Potrzeba lepszego poznania Jacusia, jego wtopienia się w nasze stado oraz zupełnej pewności co do przyszłego losu jego potomstwa.

   Nasze dzieci są już dorosłe i żyją daleko od nas, mając swój własny świat i swoje spełnienia. A my tutaj, na urokliwym Pogórzu Dynowskim, wraz z naszym zwierzyńcem kreujemy serdeczną, zgodną, pochłaniającą nas całkowicie rzeczywistość. Odkurzamy stare pragnienia, pozwalamy się rodzić nowym...Dlatego też wróciła do nas wizja Zuzi, jako wspaniałej, szczęśliwej matki. Tym niemniej, temat ten na razie pozostaje w fazie gdybania. Marzenia. Snucia przyjemnych fantazji. I proszę, miejcie do nas zaufanie oraz pewność, iż jeśli tak się stanie, to wkrótce po powiększeniu naszej rodziny o kilka psiaków, Zuzia i Jacuś przejdą konieczne w ich wypadku operacje kastracji i sterylizacji. Stanie się tak najprawdopodobniej także wówczas, gdy nie pozwolimy naszym psom pójść za głosem instynktu. Zdajemy sobie przecież sprawę, iż te zabiegi mogą uchronić ich w przyszłości od ciężkich chorób, a co ważniejsze, zapobiec niekontrolowanemu rozrodowi.



   Chcemy by nasza spokojna, szczęśliwa, wbrew zakusom pani Śmierci ocalała arka, wciąż płynęła odważnie przed siebie, pozwalając nam realizować najśmielsze nawet marzenia, myśleć i działać niestereotypowo, wraz z naszymi zwierzętami cieszyć się w pełni tym pogórzańskim żywotem i być blisko, jak najbliżej natury...
   
  
  I jeszcze na koniec wierszo - piosenka napisana przeze mnie kilka lat temu a dzisiaj uaktualniona. Wciąż szukam dla niej melodii. Może ktoś z Was coś by mi podsunął...?!:-))*


Arka Oli i Czarka



Opowiem Wam bajkę o dwojgu
Co dawno się kiedyś spotkali
Nie wierząc, że to możliwe
Po prostu się pokochali
Daleko im było do siebie
Świat cały ich przecież rozdzielał
Pragnęli pod wspólnym być niebem
A więc złączyli swe nieba
I teraz na krańcu krańca
Z ufnością witają swój dzień
Ruszają znowu do tańca
Ich arka bezpieczna we mgle…

Tak swojskie, ciepłe, codzienne 
Nadają rytm naszym dniom
Te nasze tańce kuchenne
A z nami pląsa też dom
W kapciach dokoła tańczymy
Odpływa gdzieś cały świat
Mijają nam lata i zimy
A taniec nasz trwa i trwa
Psom pyski się śmieją szelmowsko
Już skaczą do twarzy i dłoni
A koty mruczą beztrosko
Ich magia nasz dom ochroni…

Za oknem kóz, kur gadanie 
I przestrzeń lasów i gór
A tutaj po prostu nasz taniec
A tutaj cukier i sól
Z dwóch kubków pachnie herbata
Z pokoju dobiega muzyka
Nasz własny kawałek świata
Nasz swojski zakątek życia
I płynie w dal nasza arka
Rytm serc jej nadaje kurs
Opowieść Oli i Czarka
Historia złączonych dusz…


  
P.S. 1
Stan psychiczny Brykuski poprawił się. Wychodzi na spacery i pasie się normalnie, ale nadal z wielką nieufnością i lękiem spogląda na Jacusia. Chowa się za mnie. Tuli z całej siły. Wymiona wciąż ma twarde. Mleko, niestety, różowe choć zewnętrzne rany ładnie się zagoiły (smaruję je maścią nagietkową otrzymaną od miejscowej zielarki).
P.S. 2
Jacuś jest najprawdopodobniej psem rasowym. Zdaje się, iż to Akita. To inteligentny psiak. Nauczył się ignorować zupełnie nasze koty. Kociarstwo często sypia w dzień na krzesłach kuchennych albo na parapecie, Jacuś pod stołem, Zuzia obok i jest OK!:-))
P.S. 3
Nareszcie i u nas trochę popadało i ciut się ochłodziło! W lesie pojawiły się prawdziwki i maślaki:-))

wtorek, 21 lipca 2015

Jacuś, jego postępy i nasze plany




Cezary pisze…

   Jesteśmy wdzięczni za dziesiątki komentarzy w sprawie Jacusia. Widać w nich troskę o jego dalsze losy w Jaworowym stadzie i nie tylko. Nie zostaliśmy sami i to jest najważniejsze. Czujemy przenikliwie rady, porady i opinie. Przeczytaliśmy też ileś tam artykułów dotyczących zachowań psów i sposobów postępowania w danych przypadkach. Próbujemy analizy pod kątem zaistniałej sytuacji i szukamy spójników. Gama wyjaśnień rozlewa się szerokością nabytych doświadczeń i sumarycznie przybiera kształt logicznej drogi postępowania. Przyznaję otwarcie, że wachlarz rozwiązań dotyczących przyszłości Jacusia straszy swoją rozpiętością. Próby jego umiejscowienia w jeszcze nieznanym kończą się przeważnie znakiem zapytania. Zmieniam zdanie z każdym jego dobrym czy złym postępkiem i tak będzie jeszcze przez długi czas.
 
   Jacuś jest szybko uczącym się psiakiem. Jako podstawę treningu przyjąłem używanie słowa „nie” pomimo dla mnie niejasnych tłumaczeń ekspertów. Nie patrz na kozy, kury i koty. Nie bierz smakołyków, nie wchodź do budynku gospodarczego, nie… Odwracanie uwagi psiaka, kiedy widzę, że nazbyt interesuje się obiektem też przynosi rezultaty. Moim zdaniem „NIE” pracuje, jako uniwersalne hasło.

    Zuzia nigdy nie była tresowana i nasz dobry kontakt był rezultatem obopólnego zrozumienia. Jedynie siedząc przy kuchennym stole na krześle podawała łapę i tą łapą waliła w stół domagając się jedzenia. Myślę, że dobrze wychowany pies, to nie taki, który aportuje, podaje łapę, itd., ale taki, który bez słów dostosowuje się do sytuacji, a odnosi się to też do ludzi. Obiegowe powiedzenie, że trzeba wychować opiekuna psa ma sens jedynie w sytuacji, kiedy i pan i pies rozumieją się wzajemnie. W tym miejscu chciałbym zauważyć, że hierarchia musi być zachowana.

    Każdy pies, każdy człowiek jest unikalny z niepowtarzalnym charakterem i dlatego stosowanie ogólnie przyjętych zasad współżycia może zakrawać na błąd zasadniczy. Patrzmy psu w oczy i próbujmy znaleźć w nim swoje odbicie, tak jak pies szuka swojego odbicia w naszych oczach.

    W chwili obecnej mini tresura jest stosowana do obydwóch piesków i w dwójkę idzie im lepiej. Zuzia nie siada, nie dostaje smakołyków, a dostaje siedzący już Jacuś. Po chwili i ona siada wiedząc, że to jedyna droga do przysmaku. Są plany dalszej tresury, ale w ramach rozsądku. Jaworowo to nie cyrk i tylko partnerskie układy mają tu prawo bytu.

    Kaganiec będzie zakładany na każdym spacerze z kozami i przez jakiś czas Jacuś będzie prowadzany na smyczy do czasu, kiedy zaprzestanie prób uwolnienia się. Odbyliśmy parę spacerów tylko z psiakami. Jacuś biega wtedy wolny bez smyczy, kagańca. Potrzebuje wybiegać się podobnie, jak Zuzieńka, a jest w naszym pobliżu gdzie to robić.  
    Ujmujące są zabawy psiaków. Miło jest patrzeć na niekończące się starcia, przytulanie czy leżenie obok siebie w zbliżeniu. Widzimy też zmiany w zachowaniu Zuzi. Z egoistycznej jedynaczki wyrasta społeczna jednostka, dzieli się miską, przestrzenią i władzą. Te zachowania można tłumaczyć różnorako. Czy to jest przyjaźń czy to jest dominacja nowo przybyłego? Jednak… no właśnie, Zuzia pół nocy śpi w domu zostawiając swojego towarzysza na zewnątrz. Dlaczego?

   Każdą poradę ze strony piszących analizujemy i traktujemy serio, bo przecież tylko suma wszystkich doświadczeń jest wykładnią dla dalszego postępowania.
Czy Jacuś zostanie z nami? Pewnie tak, choć mieliśmy propozycję zabrania go do gospodarstwa bez zwierząt hodowlanych. Jednak… Olga chyba nie przełamie się. Nie mam wyboru i muszę się zgodzić, choć, no właśnie, choć… A może on potrzebuje wszechstronnych kontaktów? Z kozami też.
Lekcja z Brykuską przewróciła nasz do pewnego stopnia uporządkowany świat, który zachwiany balansuje wokół normalności.
 
   Zuzia ma już pięć lat i jest czas, by wydała na świat potomstwo. Proszę nie protestować lub protestować z rozsądkiem. Jej dobro jest tu nadrzędne i wiemy, że byłaby cudowną matką. Chcielibyśmy mieć jej potomstwo. A co z resztą psiątek, zapytacie? No cóż, znajdziemy dla nich odpowiedzialnych ludzi, a jeśli nie, to zostaną w Jaworowie i basta. Jacuś jest pod tym względem idealnym dla niej partnerem. Jest to tylko jedna z opcji, rozmowom nie ma końca i uważamy temat za otwarty. Pomimo zaistniałego incydentu jest łagodnym psem. Łazi za Olgą krok za krokiem i ciągle dopomina się o pieszczotki. Jest też dobrym stróżem gospodarstwa i co najważniejsze oprócz szczekania nie wykazuje agresywności w stosunku do ludzi, a wchodzących w obejście traktuje łagodnie bez oznak wrogości.

   Poza tym… rozważamy na poważnie kastrację Jacusia. Już słyszę okrzyki zachwytu! Przyznam, że jeśli tak się stanie, to z bólem w moim przynajmniej sercu. Co to za facet bez jaj? Nienaturalna ingerencja w naturę jest dzisiaj w modzie i tylko ja jestem nie na czasie, czyli zacofany. I niech tak zostanie. Ale, jak będzie trzeba, to i ja się przełamię przy ogólnym aplauzie. Będziemy dzisiaj w Rzeszowie i zrobimy rozeznanie. Doskonale rozumiemy sytuację zwierząt w schroniskach i dobrze, że są. A może nie dobrze, ponieważ każde z nich powinno mieć z definicji swoje miejsce, swój dom. Nie naprawimy niesprawiedliwości tego świata, jednak te małe kroczki niosą nadzieję na lepsze. I niech tak się dzieje.
 
   Trochę zdziwiłem się spoistością blogowej społeczności w pozytywnym sensie. To miłe. Tyle otwartych serc przebijających się ponad ogólną znieczulicę, tyle okazywanej chęci pomocy i serdecznego współczucia. Nie czujemy się osamotnieni pomimo odległości. I tu mógłbym napisać elaborat na temat poprawnego współżycia z dala od siebie.
    A nasze psiny leżą sobie na trawie i marzą o sprawiedliwości… no i kościach. A my, o czym marzymy…? Pomyślmy tak leniwie, bez pośpiechu...