sobota, 28 lutego 2015

Z Basią i Anią pod tym samym niebem…





   „Pod tym samym niebem” żyjemy droga Oleńko, niech więc jego błękit będzie dla Was zawsze błogosławieństwem…A „Tęsknotę” posyłam Ci z życzeniami, byś nigdy nie przestawała tęsknić za pięknem.”
   Powyższe słowa są dedykacją, którą napisała dla mnie na odwrocie swego obrazu Basia Wójcik – poetka, malarka, nauczycielka z powołania, autorka ciekawego bloga "Pięc pór roku". Jej obraz zatytułowany „Tęsknota” otrzymałam kilka dni temu jako wyróżnienie za recenzję Basinego bloga, napisaną z okazji drugiej rocznicy jego istnienia.
   Część tej recenzji wyraziłam, jak to ja, wierszem…A pisząc wcale nie miałam na myśli żadnej nagrody. Po prostu chciałam wyartykułować z siebie sympatię oraz szacunek, jaki czuję dla Basi – opiekunki i mecenasa młodych talentów (niedawno  Basia wydała wspólnie ze swą gimnazjalną uczennicą tomik poezji), miłośniczki wiejskiego życia, pasjonatki historii sztuki, kobiety ogromnie zapracowanej jako pedagog i dyrektor szkoły a także i przede wszystkim siłaczki unoszącej w życiu osobistym niewyobrażalne ciężary i troski. Osoba Basi budzi we mnie czułość i podziw. Tyle samo w niej siły, co bezbronnej delikatności i wrażliwości. Tyle talentów i pogody ducha. Umiłowania piękna i harmonii. Prostej, nieugiętej wiary.


Z gąszczu różanego raju, spośród łanów georginii
Wyszła Basia, dobra wróżka i szepnęła do motyli
Jeszcze chwilkę tu posiedźcie, w pięciu porach mego roku
Namaluję z wami szczęście i prostego życia spokój

I opiszę to w swych wierszach, niech zatętnią uczuciami
Potem wzlecę w mych wspomnieniach, gdzie dziecięcych lat aksamit
Gdzie przy świetle małej lampki baśnie trwały i wzruszenia
A dziewczynka z warkoczami wędrowała w swe marzenia

Przepłynęły lat obłoki, świat się zmienił, ludzie, chwile
Lecz jak dawniej w Basi sercu są anioły i motyle
Pachną farby, kwiaty, ciastka, książki właśnie otworzone
Miłość, wiara i nadzieja opiekują się jej domem…

   Kiedy listonosz przyniósł mi wielki pakunek z jej obrazem pobiegłam z nim natychmiast do kuchni i czym prędzej rozpakowałam chcąc zobaczyć i dotknąć nareszcie tego, co tak bardzo zachwyciło mnie na blogu Basi. Wiosenny, delikatny pejzaż przedstawiał rzekę tęsknoty. Migotały w niej krople wzruszeń, rozczarowań, radości i smutku...Wszyscy za czymś tęsknimy. Za dobrem, sprawiedliwością, odpoczynkiem, spokojem, zdrowiem, miłością... A ta rzeka wciąż płynie. I kiedyś wreszcie rozlewa się morzem spełnienia…

   Postawiłam obraz Basi u góry na moich meblach kuchennych i odtąd zerkam na niego wiele razy w ciągu dnia krzepiąc się jego widokiem…



                         * * *

   -„A jednak pod tym samym niebem żyjemy, droga Aniu!  A choć czasem wydaje się, że tak daleko spod mojego nieba do Twojego, choć daleką i trudną drogę muszą przebyć między nami przedmioty, to przecież nasze serca, myśli i uczucia są zawsze blisko! ”  - Pomyślałam wczorajszego popołudnia pisząc list do Anny Marii P. wyrażający wdzięczność za przesłaną przez nią dla mnie paczkę z prezentami. A potem czytałam jej odpowiedź i uśmiechałam się przez łzy widząc takie słowa:
Oleńko, Ciebie obdarować, to jakby dać samemu sobie najpiekniejszy prezent, tak pięknie opisujesz swoją radość, że aż chce się znow coś wysłać, żeby móc czytać takie entuzjastyczne raporty”.

 

   Ania, Anna Maria P. znana także jako Pantera od czasu do czasu organizuje na swoim blogu "Świat to dżungla" konkursy literackie, w których ku mojej ogromnej radości udało mi się już dwa razy zająć pierwsze miejsce. Dla mnie sam fakt wygranej jest wspaniałą i zupełnie wystarczającą nagrodą, ale Ania  - osoba uparta a przy tym bardzo sprawiedliwa, wrażliwa oraz szczodra zdecydowała, iż zwycięzca powinien otrzymać także jakąś nagrodę rzeczową. I tak za każdym razem niesamowita ta dziewczyna komponuje pomysłowy zestaw przeróżnych drobnych i całkiem sporych podarków, starannie to pakuje w wielką paczkę a potem wysyła z Getyngi do laureata. A ja otwierając przesyłkę od niej cieszę się jak dziecko! :-))



   Tym razem jednak paczka miała spory problem z dotarciem do mnie. Kurierom przeszkadzały najwidoczniej śniegi oraz strome i śliskie podjazdy wiodące do mojego górskiego domku. I zamiast dostarczyć przesyłkę do mnie wykręcili się sianem pisząc suchą adnotację na stronie przewoźnika, iż “nie mogą dostarczyć przesyłki, gdyż adresat jest nieznany…”!



   Jednakże po dwóch miesiącach od nadania z Niemiec, po wielu perturbacjach i staraniach Pantery, dzięki życzliwemu pośrednictwu znajomych z bloga (raz jeszcze dziękuję Ci droga Iw!:-)* wreszcie paczka wraz z jej wpaniałą zawartością dotarła do mej górskiej samotni.  Teraz moją kuchnię ozdabia przepięknie ozdobiona wielka gwiazda oraz malinowa patera na owoce, które to cudowności umieściła między innymi w owej paczce kochana Pantera. Oglądam po raz kolejny wszystkie śliczne prezenty, z lubością myję dłonie pachnącym mandarynkami żelem, zajadam czekoladki od Ani i uśmiecham się z radością oraz wdzięcznością. Warto się na coś długo wyczekać, warto mieć nadzieję nieustannie wierząc w dobro i szczerość ludzką, warto pisać blogi by poznawać tak niezwykłe, tak z pozoru różne a tak sercem podobne kobiety jak Basia i Ania.



   Ania…Mimo gołębiego serca, jakby na przekór wielbicielka czarnego koloru i mrocznych klimatów. Opisująca oraz piętnująca przeróżne niesprawiedliwości i nierówności społeczne a przy tym rozumiejąca i czująca potrzeby naszych braci mniejszych. Mimo częstych problemów z własnym zdrowiem pomagająca ludziom starszym i niedołężnym. Wszechstronnie utalentowana ,wrażliwa miłośniczka czystej natury, fotografii i wiedzy wszelakiej.

   Aniu, czy ktoś napisał już o Tobie wierszyk? Pewnie tak, ale i ja chciałabym teraz podjąć się tego zadania, by wyrazić ogrom życzliwości, jaki mam dla Ciebie…

Nazwałaś siebie Panterą bo ciężko żyć w dżungli życia
W niej trzeba maski ubierać i kły pokazywać z ukrycia
Przełykać upokorzenia, ucieczki czując potrzebę
I marzyć o wolnych czasach, pod sprawiedliwym niebem

A w duszy tyle miłości, empatii i zrozumienia
I łez bezradności wylanych, momentów wielkiego wzruszenia
Ku dobru biegnie Pantera i kluczy po mrocznych ścieżkach
Choć tyle cierni w jej łapach to w sercu wrażliwość mieszka

Nazwałaś siebie Panterą a czuła jesteś jak kotka
Nie krzywdzisz nikogo, choć fukasz, drapieżna a przecież słodka
I nie ma drugiej takiej, choć wiele jest kocic na świecie
Lecz tylko jedna z nich – Ania – codziennie posty swe plecie!:-))

   Nasza ogrzewana kuchenką na drewno kuchnia, w której zimową porą przebywamy najczęściej pełna jest miłych sercu pamiątek i prezentów od bliskich ludzi. Zniknął gdzieś dawno ten poremontowy, bezosobowy porządek. Króluje malowniczy misz-masz, naturalna swoboda. Jest tu czarodziejskie, białe lustro od mojej hiszpańskiej siostrzanej duszy Mar (w nim odbijają się same dobre uczucia i bezmiar zrozumienia).  Pojawiły się książki, kalendarze, notatniki, szkicowniki, ołówki, zeszyty z wierszami i czasopisma.



   Zastępy słoiczków, buteleczek, kubków i talerzyków walczą o miejsce na stole i blacie. Na krzesłach i parapecie wylegują się koty. Pachnie owocowymi herbatkami od Pantery. Z radia płyną ulubione, stare melodie. Tu jest nam ciepło i swojsko. A od wczoraj na meblach kuchennych tuż obok nostalgicznego obrazu od Basi stoi magiczna gwiazda od Ani. I  świeci swym tajemniczym blaskiem pod tym samym niebem…











czwartek, 26 lutego 2015

Zmiany w koziarni!





   Kiedy wczoraj publikowałam posta o skomplikowanych relacjach między moimi kozami nie przypuszczałam, że sytuacja w koziarni zmieni się tak szybko. A przecież Popiołka polegiwała cały dzień i nie miała apetytu…To były znaki. Teraz to wiem. Bo gdy zajrzałam wczorajszego wieczora do niej okazało się, iż dzielna koza właśnie przed chwilą urodziła dwójkę koźląt! A skąd wiedziałam, że przed chwilą? Jej maleństwa były jeszcze mokre, posklejane śluzem i wodami płodowymi, leżące z nieporadnie rozłożonymi na boki nóżkami. Także sama Popiołka była jeszcze pod ogonem umazana wymieszaną ze śluzem krwią. Stała rozkrokiem nad swymi dzieciątkami i wylizywała je bardzo intensywnie. Aż maluchy pobekiwały od tego…



  A co działo się wówczas z Majką? Stała cała napięta i zalękniona w rogu boksu, dzielonego z Popiołką i wpatrywała się jak zaczarowana w ten cudowny spektakl narodzin. Pewnie zastanawiała się, co się dzieje? I co będzie jej teraz wolno a czego nie? Czym może się niechcący narazić ogarniętej matczynymi uczuciami Popiołce? Co ma ze sobą począć? Podeszłam do niej by ją pogładzić, pocieszyć. A ona zrobiła coś, czego jeszcze nigdy nie robiła. Schwyciła mój kciuk i zaczęła ssać…



  Ciężko spałam tej nocy. Pełna niepokoju o Majkę wierciłam się i przewracałam z boku na bok. Przed oczami miałam jej przerażone oczy. I czekającą na uprzątnięcie komórkę w drewutni. Ten stos wielkogabarytowych gratów, mogących się przydać maneli, zwykłych rupieci i masę drobiazgów, które muszę wynieść i nie wiadomo gdzie umieścić…Aż wreszcie nad ranem wymyśliłam, że przecież o wiele łatwiej będzie wybudować dla Majki nowy boks, niż niczym Herkules sprzątać stajnię Augiasza. Wszak mieliśmy kilka starych, drewnianych palet, trochę desek a nawet lekko uszkodzoną bramkę do zewnętrznego wybiegu dla kur. Wszystko to da się wykorzystać. I Majka będzie miała w try miga swój własny domek!
   Nie mogłam się doczekać by powiedzieć o tym Cezaremu.  Bałam się, iż zaprotestuje, wyśmieje mój pomysł, że nie będzie miał siły na taką budowę (nadal cierpi na dotkliwe bóle ramion). Ale mój kochany mąż stanął na wysokości zadania. Spięliśmy się oboje i po kilku godzinach ciężkiej pracy boks dla Majki był gotowy. A wszystkiemu przyglądał się nasz nasz ciekawski capek i nadziwić sie nie mógł tym wszystkim stukotom, wierceniom, piłowaniom, stękaniom i zgrzytom, wydawanym przez mocowane po wielekroć zawiasy bramki wejściowej do boksu.


   A śpieszyliśmy się bardzo, ponieważ Popiołka po chwilowej, związanej z wczorajszym porodem słabości odzyskała wigor i widać było, iż Majka swoją obecnością coraz bardziej działa jej na nerwy. Popiołka niby to karmiła swoje maluchy, ale cały czas bacznie obserwowała białą kózkę. Majka stała nieruchomo na żłobie i bała się zejść, bo gdy tylko schodziła Popiołka bodła ją, szczypała i podgryzała.



   Jeszcze tylko Zuzia wypróbowała miękkość posłania w nowym domku Majki a potem wyprowadziliśmy od Popiołki opierającą się rozpaczliwie białą kozę i umieściliśmy ją w jej własnym, bezpiecznym boksie. Na początku widać było, że wcale nie jest z tej przeprowadzki zadowolona. Zaglądała tęsknie przez oddzielające ją od Popiołki żerdki i cichutko, żałosnie meczała. Pewnie gdybym potrafiła zrozumieć jej płaczliwą przemowę usłyszałabym coś w tym stylu:

- Katuj, tratuj, ja przebaczę wszystko Ci jak bratu! A raczej jak siostrze! Bo chociaż Ty mnie siostro nie lubisz, to ja lubię Cię bardzo! A nawet kocham! I wszystko wybaczam! I nic nie mogę na to poradzić, że lepiej mi z Tobą, nawet jak mnie bijesz, niż tutaj, znowu samej…



   Majka przestała rozpaczać dopiero wtedy, gdy Popiołka zaczęła wściekle uderzać w owe żerdki, czym dała białej kozie do zrozumienia, że nie życzy sobie żadnych powrotów. A może oznajmiała w ten sposób swą złość, iż ofiara znowu umknęła jej sprzed nosa? Po Popiołce można wszak wszystkiego się spodziewać. I dobrego i złego. A dlaczego dobrego? Bo w każdej kozie, prawie tak jak w każdym człowieku jest mieszanina pozytywnych i negatywnych cech. Bo często ktoś zdawałoby się antypatyczny, zamknięty w sobie czy nawet złośliwy skrywa pod spodem wrażliwe, zranione serce. I być może potrzebuje tylko chwili, czy też osoby, przed która mógłby znowu przestać sie bać i pokazać znowu swoją prawdziwą twarz? A nasza śliczna, popielata koza, nasza złośnica i zazdrosna pieszczocha okazała się teraz cudowną matką! Liże swoje pociechy, karmi co chwilę, spogląda na nie z ogromną czułością i pomekuje do nich z troską, gdy maluchy za bardzo się oddalą czy wlezą pod żłób. A kozie dzieciątka wesołe i skoczne już bawią się ze sobą, podskubując wzajemnie ogonki i uszka. A potem zmęczone i szczęśliwe przybiegają do mamusi i zasysają z rozkoszą jej pełne słodkiego mleka sutki.




   Co do Majki to wydaje się nam, iż zamieszkała u siebie w samą porę. Brzuch ma już bardzo duży i widocznie obniżony. Chce jej się tylko leżeć i odpoczywać. Potrzebuje spokoju i snu. Zbliża się jej czas. Kto wie? Może lada chwila i ona doczeka się potomstwa?



   A co tam u Brykuski i jej córeczki? Malutka dokazuje coraz bardziej. Potrafi już wskakiwać swojej mamie na grzbiet. Stojąc na tylnych nóżkach zagląda z ciekawością do boksu Łobuza Kurdybanka. Próbuje jeść sianko. I coraz bardziej jest ciekawa świata, chociaż na widok uśmiechniętego pyska Zuzi ucieka z meczeniem i chowa się w swój ulubiony kącik pod żłobem. Mała, słodka dzikuska.



   Za oknem tymczasem wilgotny, nieprzyjemny chłód, błoto, monotonny deszcz i mgła wczesnego przedwiośnia. I tak już któryś dzień z rzędu. Czekamy na cieplejsze i pogodniejsze chwile.  Znowu zielona nadzieja królować będzie wówczas po lasach, parowach i łąkach. A wszelka urodzona zimą młodzież wylegnie z hałaśliwym, beztroskim entuzjazmem na spotkanie nowego. Ależ będzie się wtedy działo!:-)

środa, 25 lutego 2015

Od przyjaźni do nienawiści...







   Żyły ze sobą w przykładnej komitywie prawie dwa lata. Spały blisko siebie. Jadły siano z tego samego paśnika a wodę piły z tego samego wiadra. Na pastwisku pasły się spokojnie. Na spacerach biegały bok przy boku. Wiedzące o sobie wszystko. Zgodne i lojalne. Wiadomo było, że Popiołka rządzi – jako ta starsza i silniejsza. To ona pierwsza zawsze wybiegała z boksu. Ją pierwszą trzeba było pogłaskać, pokazując w ten sposób, iż szanuje się jej prawa. Brykuska podporządkowywała się temu bez szemrania. Były jak dwie znające się od podszewki przyjaciółki, nieledwie siostry.

   Pierwsza rysa na szkle pojawiła się jesienią ubiegłego roku, kiedy to Brykuska była bardziej wyróżniana i adorowana przez capka Łobuza Kurdybanka. Popiołka niby nie reagowała na to, ale cały czas obserwowała z napięciem miłosną zażyłość tamtych dwojga i potem zirytowana w drodze powrotnej do domu próbowała bodnąć nieprzytomnego z miłości Kurdybanka lub rozanieloną jego umizgami siostrzycę. Wszystko to jednak było niegroźne i nie alarmujące. Wiadomo przecież nam było nie od dziś, że Popiołka jest bardzo zazdrosną kozą. Dominantką w każdej dziedzinie a poza tym niezwykle wrażliwą i bystrą obserwatorką.

   Następnym momentem przełomowym dla siwej kozuli była jesienna potyczka na łące między nią a rzeczonym capkiem, który ostatecznie przestawszy być lekceważonym dotąd przez nią niedorostkiem stał się capem na schwał. Patrzyłam na tę walkę między nimi z bólem serca. Żal mi było tak pewnej siebie dotąd popielatej kozy. Współczułam jej poniżenia i zdetronizowania. Na biednym pysku kozuli odbijały się wszystkie przykre uczucia. Wściekłość, niedowierzanie, ból, rozpacz, żałość, przygnębienie, gdy zrozumiała, iż nic już nie może zrobić i że na zawsze już musi pożegnać się ze swą rolą przewodniczki stada, łaskawej jego władczyni. Odciągnęłam wówczas Łobuza od niej, gdyż zapamiętały w udowadnianiu Popiołce jaką jest słabeuszką bódł ją raz po raz, uganiając się za niebogą po pastwisku, stając na tylnych nogach i dumnie prezentując swe męskie walory a następnie uderzając w jej bok z całej siły.
   Zabrałam pokonaną zupełnie kozę do koziarni, gdzie w kojącym towarzystwie wiernej przyjaciółki Brykuski wkrótce doszła do siebie. Na pociechę a także po to by zaznaczyć, że coś ma jeszcze w stadzie do gadania zdetronizowana kozula intensywnie dokuczała przez pewien czas białej Majce, odgrywając się przy okazji na niej za swoje poniżenie…Majka znosiła wszystko cierpliwie i pokornie, nadal pragnąc przyjaźni z Popiołką i lgnąc do niej mimo wszystko. A nawet udowadniając, iż w biedzie to właśnie na niej można polegać a nie na zajętej miłosnymi szaleństwami z capkiem Bryskusce.

    I tak to się wszystko toczyło w miarę spokojnie i zgodnie aż nadeszła pora wykotów. Pierwsza i jak dotąd ostatnia urodziła Brykuska. Weszłam do koziarni mniej więcej piętnaście minut po porodzie i cóż ujrzałam? Umęczoną niedawnym porodem Brykuskę, która stojąc na lekko drżących jeszcze nogach własnym ciałem próbuje osłaniać przez zaciekłymi atakami Popiołki swe bezbronne maleństwo. Widząc co się dzieje natychmiast wyprowadziłam stamtąd pełną szalonej agresji siwą kozę. Sporo naczytałam się ostatnio na kozich forach o przypadkach zabodzenia kozich maleństw na śmierć. Przeważnie robiły to mieszkające w tych samych boksach dorosłe kozy. Zdarzało się także, iż sprawczyniami mordu bywały same, nieakceptujące swych dzieci matki.

   Umieściłam Popiołkę w boksie Majki. Nie miałam innego wyjścia, gdyż jak na razie mamy tylko trzy pomieszczenia dla kóz a dokooptowanie Popiołki do capka nie wchodziło w grę, ponieważ zamęczyłby ją swymi seksualnymi napaściami.
   A więc wprowadziłam siwą kozulę do białej i z ogromną niepewnością obserwowałam jej poczynania. Wszak do tej pory z upodobaniem dokuczała Majce z nierzadko sadystyczną przyjemnością. Jak zachowa się teraz, na nie swoim terenie, odsunięta od dotychczasowej towarzyszki?
    Popiołka ciężko dysząc stała przy bramce boksu. Łeb miała pochylony. Ogon podwinięty. Po chwili popatrzyła na mnie i westchnęła ciężko.  Rozejrzała się.  Delikatnie powąchała pysk Majki wciśniętej ze strachu w kąt boksu. Od niechcenia wzięła kawałek bułki i międląc go apatycznie wskoczyła na murowany, wyścielony sianem żłób. Tam zwinęła się w kłębek i przymknęła oczy jak do snu. Legowisko na żłobie było do tej pory ulubionym miejscem Majki. Teraz jednak, zrozumiawszy najwidoczniej, że czasy królowania w boksie oraz samotności minęły, mądra, biała koza ułożyła się piętro niżej i wzdychając podobnie jak Popiołka przymknęła oczy.

   Od tej pory Majka i Popiołka żyją zadziwiająco zgodnie oczekując narodzin swego potomstwa. Obserwuję między nimi podobne relacje, jakie niegdyś panowały między Popiołką a Brykuską. Siwa kozula nadaje ton wszystkiemu. To ją pierwszą należy pogłaskać i jakimś smakołykiem poczęstować. Jej więcej do plastikowego karmidła ziemniaków czy owsa nasypać. A poza tym widać między tymi skazanymi teraz na siebie kozami w miarę spokojną koegzystencję. A może to tylko chwilowe zawieszenie broni…?
   Mam obawy co do tego jak zachowa się Popiołka, jeśli to Majka urodzi pierwsza. Czy powtórzy się tamten atak złośliwej agresji? I gdzie wówczas podzieje się biedna Majka? Na wszelki wypadek zaczęłam uprzątać przyległą do boksu Brykuski komórkę. Jest to istna stajnia Augiasza i wyniesienie z niej wszystkiego oraz przystosowanie jako pomieszczenia dla kozy zajmie parę dni. Nie ma jednak chyba innego wyjścia. Popiołka wydaje się nieobliczalna. A jej niechęć a wręcz nienawiść do Brykuski nie mija, ale nasila się, co mam okazję codziennie zaobserwować.

   Biedna Brykuska stęskniona za swą niedawną siostrzycą wychodzi co jakiś czas ze swojego boksu aby zajrzeć do Popiołki. Przytyka ufnie swój nos do jej boksu i czeka na życzliwe przywitanie. Niestety, siwa koza podbiega z impetem do bramki i omalże jej wściekle nie rozwala wciąż pełna niegasnącej złości na Brykuskę. Wczoraj wypuściłam siwą kozę na chwilę z boksu, mając nadzieję, że gdy spotkają się z Brykuską na otwartym terenie to jakoś się dogadają. A gdzież tam! Popiołka nie bawiąc się w żadne psychologiczne przemiany z całą bezwzględnością wojowniczo ruszyła na Brykuskę. Spięły się tak bardzo rogami, iż z trudem je od siebie oderwałam, a potem pozamykałam w ich boksach. Smutna i zawiedziona w swych nadziejach Brykuska ułożyła się przy swym dziecku. Liznęła go parę razy na pociechę a potem jak zbity pies zwinęła się w kłębek i przymknęła oczy.

   Zastanawiam się nad motywami tak agresywnego zachowania Popiołki. Jest prawdopodobnie straszliwie zazdrosna o maleństwo Brykuski. Nie może swej towarzyszce darować, że to tamta pierwsza ma dziecko, że zajmuje się maleństwem zamiast jak do tej pory być zadowolonym ze swojego losu cieniem i dwórką siwej królowej.

   Czy takie postępowanie Popiołki ma coś wspólnego z jej trudnym dzieciństwem? Myślę, iż to możliwe. Popielata koza była w swych dziecięcych latach odrzucona przez własną matkę i stado. Czasem udało jej się przyssać na parę chwil do cycka którejś karmiącej kozy (tamto stado było bardzo liczne), czasem dawna gospodyni dała jej possać mleka z butelki. A poza tym mała musiała radzić sobie sama. Nie była tak hołubiona jak Brykuska. Młodsza od niej o dwa miesiące czarna Brykuska, także przez swą matkę odrzucona wychowywała się w domu swych gospodarzy, będąc dla nich domową maskotką i ulubioną pieszczotką. Tak bardzo była z ludzkim stadem zżyta, że urósłszy nie chciała przebywać pośród innych kóz, nie rozumiejąc ich i nie ufając im. 
   Wówczas pojawiliśmy się w tamtym gospodarstwie my, chcący adoptować jedną czy też dwie kozy. Co do Brykuski nie mieliśmy żadnych wątpliwości. Sama podeszła nam do rąk, łasząc się i merdając ogonkiem jak psiak. Natomiast Popiołkę wypatrzyliśmy po dłuższym czasie, przyzwyczaiwszy oczy do półmroku tamtej wielkiej, wieloboksowej koziarni. Samotna, siwa kózka leżała wciśnięta w najciemniejszy kąt. Spojrzenie miała apatyczne i beznadziejnie smutne. Zapytana o nią gospodyni odrzekła, że z tej siwej to nic nie będzie.

 -Nieudałota taka! Pewnie na kiełbasy pójdzie! Nawet nie patrzcie na nią, bo z niej żadnej pociechy mieć nie będziecie. Ja wam wybiorę zaraz jakąś ładniejszą, lepszą kozę, co to w przyszłości na pewno będzie dawać dużo mleka! – zawołała dziarsko kobieta i dalejże pokazywać nam inne, bardziej wypasione i żywsze kózki, które dokazywały radośnie między swymi zajętymi przeżuwaniem siana matkami.

- Albo ta, albo żadna! – powiedziałam wtedy zdecydowanie i podszedłszy do małej Popiołki kucnęłam przy niej spojrzawszy jej serdecznie w oczy. Spłoszona lekko kózka jeszcze mocniej wcisnęła się w róg pomieszczenia. Dałam jej do obwąchania moją dłoń i delikatnie pogładziłam ciepły bok zwierzątka. Zadrżała i westchnęła…

   I tak to się zaczęło. Od tamtej pory towarzyszę moim kochanym kozom i staram się rozumieć ich potrzeby po to, by były szczęśliwe. By życie u nas wiodły takie, jakie ja sama chciałabym wieść, gdybym była kozą. Może zresztą byłam nią w poprzednim wcieleniu i stąd ta moja więź z moimi rogatymi przyjaciółkami…?:-)

   Nie na wszystko jednak mam wpływ. Kozy to wielce skomplikowane psychologicznie zwierzęta. Tak, jak między ludźmi pojawiają się wśród nich zadrażnienia, animozje, resentymenty i nieusuwalne traumy. A zazdrość potrafi zatruć najlepsze nawet stosunki. Wszak wszyscy obserwujemy to samo w codziennym życiu. Nawet tu na blogach zdarza się, że tak serdeczne i zdawałoby się trwałe zażyłości (naiwnie nazywane przyjaźniami) znikają nieraz tak szybko jak kałuże w upalny dzień. I pozostaje pustka, gorycz, smutek, niezrozumienie, tęsknota, nieufność przed kolejnym z kimś zbliżeniem. Jakże destrukcyjna jest małość ludzka, przejawiająca się zawiścią o byle co, złośliwością czy też ostentacyjnym omijaniem i udawaną obojętnością…Prawie każdy z nas to zna, nieprawdaż? Jakże trudno opanować w sobie te niskie, nie wiodące do niczego dobrego emocje. Jak niełatwo wznieść się ponad wyolbrzymione uprzedzenia i po prostu kochać bliźniego swego jak siebie samego… Czegóż więc oczekiwać od kóz?


niedziela, 22 lutego 2015

Lustro






  Gdy tak mocno boli, aż trudno wypowiedzieć 
A świat  wciąż obojętnym toczy się strumieniem 
Jest skarbem dotyk kogoś, kto zrozumie w biedzie 
Westchnie, przytuli, wysłucha, dzieląc się zwierzeniem
           I razem się to samo czuje i przeżywa           
Bo serce jest przy sercu, a głowa przy głowie 
        Ufność, ulga, wzruszenie - falami to przepływa 
      I nikt się niczemu nie dziwi, złego słowa nie powie
       Czasem człowiek unosi swój ból mimo wszystko 
        Wciąż cierpiąc w samotności, innym wsparcie daje 
     O sobie nie wspomina, bo troską jest i myślą 
     W niepamięć spycha siebie i przezwycięża żale
          Bo słabość bywa siłą, z niej wiedza, doświadczenie 
      Bo ból, to nauczyciel, sekretów pełne  lustro 
         Współczuciem tafla błyska, ogromnym zrozumieniem 
          I spływa łzą serdeczną, która wygrywa z pustką...


                                                                                  *dla tych, co zwątpili

czwartek, 19 lutego 2015

Zuzia, Łobuz Kurdybanek oraz reszta koziej bandy!


   Oto nasza kochana psina Zuzia i jej najlepszy kolega - capek Łobuzem Kurdybankiem zwany. Stosunki między nimi od początku układały się wspaniale i tak też jest do tej pory. Czy pamiętacie jak Zuzia zaopiekowała się maleńkim koziołkiem, tuż po jego przybyciu do naszego gospodarstwa? Matkowała mu wówczas i troskliwie chroniła przez złośliwościami starszych od niego kóz - Brykuski i Popiołki.


 
 
    To było jednak ładnych kilka miesięcy temu. Przez ten czas koziołek urósł, dojrzał, nabrał pewności siebie i charakteru. W międzyczasie przybyła nam kolejna kózka do gromady - biała, lękliwa Majka. I to ona stała się kozłem, tfu! Raczej kozą ofiarną stada. Musiała podporządkować się wszystkim panującym w nim prawom i z pokorą przyjąć swój los niezbyt lubianej, mającej najmniej do powiedzenia członkini tej koziej rodziny. To na niej skupiły sie wszystkie złe humory i agresywne zachowania kóz. Tylko Łobuz Kurdybanek traktował ją w miarę normalnie. Także Zuzia jako i inne kozule za nogi ją w gonitwach łapała i zaczepnie podgryzała.



   Ku rozpaczy szarej Popiołki wczesną jesienią zupełnie już dorosły i pewien siebie capek postawił się (dosłownie!) i zdetronizował ją z roli przewodniczki stada, sam stając się jego władcą i opiekunem. A także, rzecz jasna reproduktorem. Każda z kóz stała się po kolei jego żoną. Jednakże ulubienicą i prawdziwą miłością Łobuza była wówczas czarna Brykuska. Ach, z jakim uwielbieniem krążył wokół niej ! Jak miłośnie w oczy spozierał! Z jakąż delikatnoscią i atencją traktował! Obalił tym samym wszelkie stereotypowe wyobrażenia o ślepym instynkcie i przerażającej agresji capów. Okazało się, iż Łobuz Kurdybanek jest niczym dobrotliwy sułtan, który mając do dyspozycji wiele żon, jedną upodobał sobie najbardziej. Na dodatek Łobuz wcale nie smierdzi tak, jak można się było spodziewać. Jego zapach tylko w okresie rui kóz był dość intensywny. Teraz natomiast pachnie zupełnie przyzwoicie. A może tylko my się do tej woni przyzwyczailiśmy i już jej nie zauważamy...?


    W trakcie codziennych spacerów i na łące można było zaobserwować wiele ciekawych zachowań i współzależności między naszymi kozami. Była na przykład kiedyś taka sytuacja, że Popiołka zaplątawszy się w linkę, którą przypięta była do kołka na łące przewróciła się i nie umiała przez dłuższy czas wstać. I któż był wówczas przy niej? Kto ją pocieszał, ciepłym bokiem się przytulał i na krok wiernie nie odstępował aż do mojego nadejścia? Otóż była to tak nielubiana i pogardzana dotąd Majka. Okazało się, że biała kozulka ma dobre i czułe serce. Od początku bardzo chciała się zaprzyjaźnić z resztą kóz. A najbardziej właśnie z Popiołką, zapewne nieco przypominającą wyglądem członkinie jej rodzinnego stada.


    To wydarzenie z unieruchomioną Popiołką poprawiło nieco stosunki międy nią a Majką. Jednak w dalszym ciągu biedna, biała kózka ustawiana jest w koziej hierarchii na ostatnim miejscu. I czasami, ale już tak od niechcenia, w czasie spacerów starsze kozy bodą ją z nagła - tak, dla przypomnienia chyba, kto tu rządzi. Ciekawa jestem, jak zmieni się ta sytuacja, gdy kozy zostaną matkami? Czy ustatkują się i ostatecznie zaakceptują Majkę? A wówczas może Majce przestanie tak na tym zależeć, bo będzie miałą nareszcie swoje dziecko - kogoś, kogo pokocha z wzajemnością? I tak skończy się jej długotrwała samotność oraz niezawinione odrzucenie. Nadejdą nowe, lepsze czasy...



   Zimą nadal kontynuujemy niemal codziennie nasze gromadne spacery do lasu. Kozom niestraszne śniegi i mrozy. Przepadają za przestrzeniami i wolnością. Ze smakiem wyskubują sobie przeróżne gałązki, trawki i liście jeżyn. A wpadając w szampański nastrój biegają czasem jak zwariowane a ich pyski pełne są bezgranicznej radości.


   Zbliża się jednak czas wykotów. Z zachowania kóz i z wielkości ich brzuchów wnoszę, iż stado może już na dniach się nam powiększyć. Pierwsza urodzi zapewne Brykuska. Może stać się to nawet dzisiejszej nocy, gdyż kozula od rana już tylko poleguje i nie ma apetytu. Spragniona jest tylko pieszczot oraz  pocieszania. Dotyka delikatnie nosem mego nosa. Przymyka z ulgą oczy, gdy gładzę jej brzuch. Jej towarzyszka, zazdrosna o wszelkie czułości Popiołka bez pardonu wpycha łeb pod moje łokcie i wpatruje się serdecznie w moją twarz. Z dalszego boksu zerka na to wszystko nieśmiała, nadal lekko dzika Majka i też czeka ufnie na przydział swoich codziennych czułości.



   A tymczasem nieświadom swego zbliżającego się ojcostwa Łobuz oraz jego najlepsza koleżanka Zuzia jak dawniej żądni zabaw i szaleństw na śniegu uganiają się po łące i beztrosko cieszą swoim towarzystwem...




 Aktualizacja posta z ostatniej chwili!!!

Brykuska o drugiej po południu urodziła śliczne maleństwo! To chyba dziewczynka, ale nie mam jeszcze pewnosci. Oto ono:


Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia