poniedziałek, 27 października 2014

My, Pogórzanie…





   Czym jesteś moje Pogórze? Krainą nie wyśnioną, nie wymarzoną a mimo wszystko ziszczoną. Stanęłaś na mojej drodze nagle. Wraz z domem, zwierzętami, polami i lasem. Czy czekałaś na mnie? Czy to ja Ciebie sobie stworzyłam samym zjawieniem się tutaj…Bo może Cię wcześniej wcale nie było…? Może dryfowałaś jak płód w nieokreśloności wód embrionalnych i wcale nie pchałaś się na ten świat? A może to ja stałam się nagle w pełni, gdy Ty dotknęłaś mnie kraino i nazwałaś, ważności przydałaś oraz sensu moim działaniom i mnie samej – dotąd tak niewyrazistej?

Czym jesteś moje mgliste Pogórze? Przeznaczeniem czy przypadkiem? Snem czy jawą? Przystankiem na drodze czy przystanią na zawsze…?

   Ponad cztery już lata pieszczę Cię spojrzeniem i wędrówką. Codziennością znojną, żmudną w blaski zachwyconego uśmiechu owocującą i w ból umęczonych mięśni bogatą. Czy to do Ciebie miałam dojść…? Nawet o Tobie nie wiedziałam, kraino bukowych lasów, łagodnych wzgórz i tajemnych, cienistych potoków. Nawet Cię nie wyśniłam…Tajemnico do rozwikłania...Drogo do przejścia..Czasie do przeżycia...

   Ponad cztery lata rzeźbisz mą wytrzymałość, wrażliwość i poczucie sensu…Witam Cię co dzień kalejdoskopem marzeń, napięcia, ulgi i ciszy…Urodziłam się tu na nowo. Jako Pogórzanka. Jako gospodyni  i opiekunka. Jako ciężko pracująca, kochająca żona.

Jako ja – Olga…





Ja jako – Cezary…

   Rozmarzyłem się pod szarym przeważnie niebem z niepokojem patrząc w niemalże uchwytną przyszłość. Rękoma nie tak dawno minionego czasu rozsuwam nieporadne chmury szukając czegoś, co było krystalicznie niebieskie w porywach upajającego wiatru. Właśnie było… Gdzie… Kiedy? Patrzę na ręce nieprzywykłe do nadmiernego wysiłku, sterane czasem igrającym bezpowrotnie. Uderzenia w klawiaturę są twarde i niehamowane wysiłkiem umysłu, lecz tylko kontrolowaną wolą wyrażaną spójnością pozostałości zaczarowanej logiki bujającej jeszcze w otchłaniach niepokalanej  beztroski. Idę po zapisanych nitkach nut rozwijającej się wciąż melodii. Wydawać by się mogło, że nie ma prostszej drogi w tym labiryncie skrystalizowanych powikłań losu. A jednak…

   Codziennie spoglądam w zatroskane oczy mojej towarzyszki przed obraniem właściwego kierunku. Są niezmiennie i niepowtarzalnie jedyne, którym ufam. Czy można chcieć więcej przemierzając te same ścieżki na połoninach życia w bliskości pod tym samym niebem?


My, Olga i Cezary – Pogórzanie






poniedziałek, 20 października 2014

Prosto...





Popatrzeć na rzeczy prosto
Tak, jak uczyła mnie mama
To można a tego nie wolno
Lecz zawsze trzeba się starać

By skarbu wielkiego nie zgubić
Spokoju, co rzadkim jest kwiatem
A siebie doceniać i lubić
By w zgodzie żyć z losem i światem

I iść, iść przed siebie z pogodą
A przy tym szanować i deszcze
I duszę mieć wolną i młodą
A życiu wciąż wołać: jeszcze!

By wreszcie usiadłszy w ogródku
(Wędrówką też męczy się tramp)
Popatrzeć za siebie bez smutku
Tak prosto, jak Forrest Gump

I piórko swe w locie pochwycić
Bo po coś je przywiał tu wiatr
I znowu się świtem zachwycić
Tak prosto, jak Forrest Gump...



czwartek, 16 października 2014

Gorzka jesień…







   Toczę tu różne opowieści. Przeważnie pozytywne, krzepiące i budzące nadzieję na istnienie gdzieś dobrego, bezpiecznego świata i mieszkających w nim szczęśliwych, sprawiedliwie potraktowanych przez los, przyjaznych sobie nawzajem ludzi. Jednak każdy medal ma dwie strony a niektóre historie ciąg dalszy, który czasem odziera je, niestety, z baśniowej, sielskiej aury. Idąc tym tropem chcę Wam opowiedzieć o pewnych naszych serdecznych znajomych poznanych kilka lat temu w jednej z sąsiednich wsi. Na potrzeby tego bloga nazwałam ich Nowakami. Byliśmy wówczas nowi w tych okolicach a w związku z tym nastawieni bardzo entuzjastycznie do wszystkiego. Patrzyliśmy na wiele spraw przez różowe okulary. Chcieliśmy tak patrzeć. Dopiero z czasem zaczęły pojawiać się pewne kręgi na wodzie otaczającej nas rzeczywistości zaburzając jej gładkość, niewinność, piękno i spokój. Pewne znajomości się pokończyły, pewne pogłębiły. O niektórych sprawach, chcąc nie chcąc, wiemy znacznie więcej, niż cztery lata temu. Dojrzewamy wraz z kolejnymi, spędzanymi na Pogórzu jesieniami…

   ( Jest coś, co przeszkadza mi się skupić na pisaniu, a jednocześnie dziwnie nastrojem do treści tego, co zamierzam napisać pasuje. Otóż zza góry dochodzi do mnie co kilka minut monotonny, żałosny ryk. To krowa rozpacza nad utratą swego synka, cielaczka. Szuka go wciąż, nawołuje, nasłuchuje przez chwilę i znowu ryczy…Jednak cielak jej nie odpowie. Nie przyjdzie i nie otrze się ufnym łbem o jej bok. Nie possie ogromnego, pełnego słodkiego mleka wymienia. Urósł bowiem należycie i jak na byczka przystało przybrał znacznie na wadze a więc został sprzedany. Kilka dni temu odjechał do nowego życia albo nie życia. Wiedziałam, że tak z nim będzie, ale ryk tej biednej krowy jest ponad moje siły…)

   Akurat tamtego popołudnia, gdy z gospodarstwa zza góry zabrano cielaczka Stefcia i Grzegorz Nowakowie niespodziewanie wpadli do nas w odwiedziny. Tak się już między nami utarło, że odwiedzamy się, kiedy mamy akurat wolną chwilę, przejazdem w drodze do sklepu albo lasu.
Oboje nasi przyjaciele są rośli. Otyli. Schorowani. W dość podeszłym już wieku. Wciąż jednak usiłujący radzić sobie samodzielnie i bardzo niechętnie przyjmujący od kogoś pomoc. Spragnieni wieści ze świata. A przy tym zazwyczaj otwarci, serdeczni, pełni humoru i specyficznego ciepła. Tego popołudnia Cezary naprawiał akurat psujący się w nieskończoność traktor. Ja byłam w trakcie gotowania zupy grzybowej (znowu tego ranka udało nam się znaleźć parę zdrowych, ogromnych prawdziwków!). Pogoda była przecudna jak na październik. Słoneczna, ciepła i bezwietrzna. Bordowo – różowo - złote listeczki drzew owocowych ozdabiały wspaniałym konfetti nasz trawnik między domem a budynkiem gospodarczym.
Nasi goście ciężko dysząc wykaraskali się ze swojego maleńkiego autka i z uśmiechem przywitali z nami pod dziką czereśnią.

- A my w lesie naszym byli i przy okazji postanowilim do was zajrzeć i zapytać, co słychać – zagaił Grzegorz i rozglądając się ciekawie po obejściu zakasłał charkotliwie.
- Ja już się pomału kończę, to trzeba jeszcze przyjaciół odwiedzać, póki jako tako da się dojechać! – zaśmiał się po chwili starszy mężczyzna, a poprawiwszy sobie aparat słuchowy w uchu i familiarnie poklepawszy Cezarego po plecach usiadł przy nim na ławie z trudem mieszcząc się za stołem.
   Po chwili obaj mężczyźni pogrążyli się w rozmowie a właściwie głośnym monologu Grzegorza o problemach ze zdrowiem przerywanym tylko grzecznym potakiwaniem mego męża. Natomiast Stefcia Nowakowa spoczęła przy mnie na naszej podwórzowej kanapie i głaszcząc serdecznie Zuzię zdała pokrótce relację z ostatnich wydarzeń u nich a potem wypytywała z życzliwym zainteresowaniem o nasze sprawy.

- U nas właściwie nic nowego. Najważniejsze, że drzewo mamy zgromadzone na zimę i przetworów pełno w spiżarni. Z głodu i z zimna chyba nie pomrzemy! A poza tym dzień za dniem biegnie tak szybko, takie to wszystko do siebie podobne, że nawet nie pamiętam, co robiłam wczoraj!– odrzekłam, patrząc z troską na spuchnięte nogi Stefci, na jej chorobliwie podkrążone, lecz przy tym wciąż piękne, błękitne oczy. Uśmiechnęła się. Jednak w tym uśmiechu kryło się jakieś roztargnienie zmieszane z irytacją, zgryzotą i goryczą. Zerknęła przez moment na swego hałaśliwie rozgadanego męża. Pokiwała głową. Wzruszyła ramionami z niechęcią a potem kontynuowała pieszczenie puszystego karku i uszu Zuzi. Szepcząc coś cichutko przebierała delikatnie dłońmi w miękkiej, gęstej sierści naszego dużego, sympatycznego psa.  Zauważyłam, że ramiona kobiety drżały od jak gdyby z trudem powstrzymywanego płaczu. Przypomniało mi się wówczas jak Stefcia opowiadała kiedyś o swojej młodości, o niezwykle gorącym między nią a Grzegorzem uczuciu i o tym jak się potem na mężu wiele razy zawiodła i po wielekroć cierpiała...

- Widocznie to trwa, to się powtarza, wciąż jej dokucza… - zaszeptało coś w mym sercu smutnym zrozumieniem i zamyśliłam się patrząc na wirujące razem z wiatrem ostatnie liście opadające teraz z naszej wciąż urokliwej, jesiennej trześni…A obok mnie trwali Nowakowie w późnej jesieni swego pożycia. I wyglądało na to, że nie jest to piękna, zgodna i spokojna jesień…

   Nagle z tego niewesołego zamyślenia wyrwało mnie ciche warknięcie psa i kobiecy jęk. Stefcia podskoczyła przestraszona i przycisnęła się do mnie ciężko dysząc i dygocząc nerwowo.

- Och, ta Zuzia! Ni stąd ni zowąd warknęła na mnie. Zębiska pokazała. A przecież ja jej nic nie zrobiłam. Tylko głaskałam. Tak się kiedyś z nią lubiłyśmy a teraz, co…? – skarżyła się kobieta wstrząśnięta nieprzyjemnym zachowaniem naszej tak zwykle przyjaznej i łagodnej suki. 

   Zrobiło mi się głupio i wstyd za psinę. Krzyknęłam na nią i kazałam natychmiast odejść. Podkuliła ogon i schowała się pod stołem patrząc na mnie z wyrzutem.

 - Co też siedzi w głowie mojej kochanej suczki?! Dlaczego się tak zachowała? To nie pierwszy raz Zuzia przejawia takie dziwactwa. Wiem, że nie lubi, gdy dotyka się ją w pewnym miejscu na karku. I nie znosi przedłużającej się ponad miarę natarczywej pieszczotliwości obcych. Ale Stefcia do obcych przecież nie należała! – rozmyślałam niespokojnie.

Tuliłam przyjaciółkę teraz i uspokajałam, przepraszając za zachowanie psa. Jednak w Stefci to zdarzenie z Zuzią obaliło chyba wewnętrzną tamę i pozwoliło na wylanie się z niej fali żałosnych zwierzeń, które do tej pory jakoś w sobie tłumiła, lecz które najwidoczniej potrzebowały ujścia.

- On też tak na mnie warczy! O byle co! Już w ogóle dogadać się z nim nie mogę. Pieniądze na wszystko wydziela. Na wszystko żałuje. Tylko na łapówki dla doktorów nie! I na swoje leki. On panicznie boi się śmierci a czuje, że to już blisko! Bardzo blisko! – wyszeptała nagle wprost do mojego ucha i zerkając ni to z politowaniem ni to z żalem na Grzegorza dodała:
-  Serce mu coraz bardziej doskwiera! Jak on jęczy po nocach! Jak się o siebie trzęsie! Teraz to zrobiłby wszystko żeby tylko jeszcze trochę pożyć, a jak prosiłam by nie chlał tyle, to zawsze tylko pyskował a potem dalej bimber i piwsko żłopał!
- A wszystko w gospodarstwie na mojej głowie! On tylko leży i komenderuje!
- Chciałam kuchnię i pokoje pobielić. Odnowić trochę na zimę. Nie pozwalał. Że niby będzie mu to śmierdzieć! No to prosiłam Boga, żeby poszedł choć na parę dni do szpitala, to wtedy nareszcie za tę robotę się wezmę.
- No i poleżał w zeszłym tygodniu trzy dni na badaniach. A ja się uwijałam w tym czasie jak mrówka. Omal ducha z wysiłku nie wyzionęłam! Pomalowałam sama dwa pokoje, łącznie z drzwiami i kaloryferami. Nawet sufity odnowiłam, po drabinie się wspinając jak młódka. I taką miałam głupią nadzieję, że mnie za to pochwali, doceni wreszcie…A on co? Nawet tego po powrocie nie zauważył. Tylko z miejsca do lodówki zajrzał i zrobił mi awanturę, że nie ma jego ulubionego salcesonu! A że mu ulubione pierogi z serem zrobiłam, to go wcale nie obeszło!
- I do tego w końcu doszło, że wytrzymać już z nim nie mogę. Wszystko mnie w nim drażni, denerwuje!
- A dziwaczny się taki zrobił i zapominalski, jakby jaka wariacja go brała! No złości się o byle co i nikt już się z nim dogadać nie potrafi. Nawet jego córki ukochane.
- A przecież ja też jestem poważnie chora! Przecież też ledwo chodzę a wciąż jak jakaś służąca dla niego. Oj, dolo, dolo!! Ile ja się nacierpię, napłaczę w cichości…
- No, bo po co to wszystko, Olusiu? No powiedz, po co? Takie życie, nie życie…

   Stefcia umilkła na moment. Westchnęła głęboko a potem, jak gdyby kończąc ostatecznie swe zwierzenie wytoczyła największą armatę, dodając:

- Chciałabym żeby umarł. Tak, naprawdę bym tego bardzo chciała! A ja żebym mogła pożyć jeszcze sama przynajmniej dwa lata. Nareszcie w spokoju i w ciszy. Dzieci by mnie odwiedzały i pomagały, bo teraz to nawet nie chcą do nas przyjeżdżać za często, tak im ojciec dokucza i histeriami swoimi zamęcza.

- I nie bałabyś się samotności? I tej ciszy, gdy nie ma się do kogo odezwać? Dałabyś sobie radę sama? – zapytałam cicho zdruzgotana zupełnie jej słowami. Zimno mi się nagle zrobiło i to do niedawna miłe, październikowe popołudnie zdało mi się lodowato listopadowe.

- Pewnie, że bym dała! O wiele lepiej niż z nim! Tym, tym…Diabłem! – sapnęła i rozkaszlała się strasznie. Z głębi oskrzeli i płuc. Atak kasłania trwał i trwał a bordowa na twarzy kobieta z trudem łapała powietrze.

- Stefciu! Zrobiłam niedawno syrop z kaliny. Zaraz ci przyniosę. I herbaty lipowej naparzę. Bardzo mi się twój kaszel nie podoba – zawołałam i pobiegłam do domu.

   Biegałam tak po kilka razy przynosząc na tacy czajnik herbaty, butelkę syropu, szklanki, talerze zupy grzybowej a w końcu nalewkę na kwiatach dzikiego bzu, ponoć bardzo dobrą na przeziębienia. Chciałam ugościć jak najlepiej państwa Nowaków. Odgonić te ciemne chmury, które zawisły nad naszym siedliskiem. Sprawić by nam wszystkim było razem miło jak zawsze a Stefcia by zapomniała choć na chwilę o swych żalach i frustracjach. Chciałam dobrze a wyszło źle, bo jak tylko Grzegorz zobaczył zastawiony stół, to nie wiadomo czemu zerwał się na równe nogi. Wrzasnął, że nic jeść ani pić nie ma zamiaru i zły na cały świat potruchtał do samochodu, krzycząc z daleka do żony, że też ma się natychmiast zbierać. A ona nie chcąc robić mi przykrości zajadała w pośpiechu zupę grzybową, parząc się aż w usta i nie zwracając uwagi na uparcie trąbiącego klaksonem auta i popędzającego ją w ten sposób wściekłego męża .

- Ale dlaczego on się tak zachowuje? O co się obraził? – wyjąkaliśmy z Cezarym patrząc na siebie zbaraniałym wzrokiem i doszukując się w sobie jakiejś winy.

- Mówiłam Oli dopiero co, że tak zdziwaczał, iż wytrzymać z nim nie można? No to sami widzicie! Nie gniewajcie się, kochani. On potem nawet nie będzie pamiętał, że tak narozrabiał, że taki afront wam zrobił. Całkiem mu już pamięć szwankuje – usiłowała przepraszać i tłumaczyć zdumiewające zachowanie męża Stefcia a potem wstała i żegnając się z nami dodała pełnym rezygnacji głosem:

- A z każdym dniem będzie gorzej. Ja to wiem…

   Odjechali wreszcie…Został po nich tylko szary tuman kurzu na drodze a pojedyncze listki dzikiej czereśni drżały nerwowo, szykując się lada chwila do opadnięcia. Siedząc na ławce pod trześnią wychyliliśmy z Cezarym po kieliszku nalewki. Tak dla zdrowotności i w nadziei powrotu dobrego humoru. Zuzia wyszła spod stołu machając do nas radośnie ogonem. Słońce zalśniło w resztce wody w naszym stawie. Kury ospale zajadały ziemniaki ze śrutą i pogdakiwały leniwie. I wszystko było jak gdyby nigdy nic. Miły październik z powrotem brał w czułą opiekę nasze siedlisko. I tylko krowa w gospodarstwie za górą nie przestawała ryczeć w nadziei, że wreszcie jej wytęskniony cielak wróci…


wtorek, 14 października 2014

Jak woda w strumieniu...






   Wczoraj znowu spotkałam tę dziwną staruszkę. To było we śnie – wspomnieniu z czasów dzieciństwa i jeszcze odleglejszych. Dlaczego przyśniła mi się właśnie teraz? Czy chce bym pamiętała o niej, czy może o sobie samej sprzed lat? Czy to wszystko, co pamiętam to tylko wytwór mojej wyobraźni, czy może dziwaczna obsesja? Jakieś trwałe a niedotykalne uczucie we mnie mówi mi jednak, iż jest w tym wspomnieniu prawda, która dotyczy mnie samej. I choć wcale tego nie chcę, przychodzi czas by o sobie przypomnieć, dotknąć, zawołać raz jeszcze z samej otchłani…

A jaki to był sen?

  „ …Szłam moim ukochanym, bukowym lasem. Było chłodno, cicho a liliowa mgła unosiła się lekko nad odległymi wzgórzami. Z przyjemnością brodziłam w oceanie ubiegłorocznych liści. Rozgarniałam dłońmi mięciutkie kępy paproci. Zbiegałam w dolinę, by przejść kolejne potoki, obmyć lodowatą wodą twarz i ruszałam dalej. Zawsze tak chodzę, napawając się przestrzenią i wolnością. Tym razem jednak czułam, iż zmierzam do jakiegoś określonego, nieznanego mi jeszcze wówczas celu. Wreszcie doszłam do zwalonego pnia wielkiego buka. Przysiadłam zmęczona na jego gładkiej, srebrzystej korze, zamyślając się nad tajemnicami i dramatycznymi historiami, które skrywa w sobie mój las. W czasie drugiej wojny światowej ukrywało się w nim wiele ludzi. I trwały tu walki z Ukraińcami, Niemcami, Rosjanami. A i po wojnie niejedna tragedia się rozegrała. Kilka na pamiątkę postawionych krzyży przypomina żyjącym o tych, co właśnie tutaj pożegnali się z bólem istnienia.

 -  Tyle tych smutków było, łez i przelanej krwi a ziemia wszystko koi, wszystko swym trwaniem i zielenią przykryje. Trawa porasta dawne czasy po to, by móc spokojnie żyć tym, co jest teraz oraz planami, marzeniami o lepszej przyszłości – dumałam.
Zamyślona nie zauważyłam, że ktoś usiadł obok mnie. Drgnęłam dopiero wówczas, gdy usłyszałam cichy, dziwnie znajomy głos.

- Znalazłam Cię wreszcie Halinko! – w pobliżu mnie na pniu siedziała pomarszczona, drobniutka staruszka o stalowoszarych, głębokich, zaskakująco młodych oczach. Ubrana była w długą do kostek spódnicę i otulona w ciemną, kraciastą chustę. Patrzyła na mnie z uśmiechem ulgi, tak jakby naprawdę długo mnie szukała i cudem odnalazła.
- Przestraszyła mnie pani! – wydusiłam z siebie drżącym z lękliwego zaskoczenia piskliwym szeptem, usiłując przypomnieć sobie skąd znam ową dziwną kobietę.
- Nie spodziewałam się tu nikogo spotkać, a tu nagle pani w środku lasu – mówiłam już nieco pewniej – A na dodatek, proszę wybaczyć, ale najwidoczniej pani mnie z kimś myli, bo ja nie mam na imię Halina tylko Alicja!
- Znowu zapomniałaś? A ja już taka jestem zmęczona! – zasmuciła się stara kobieta i westchnąwszy zdjęła z głowy chustkę, a wówczas wysypała się spod niej burza siwych loczków. Aż mi dech zaparło z zachwytu na ten widok, bo od zawsze marzyłam o tak gęstych, kręconych puklach, a złośliwa natura obdarzyła mnie prostymi jak drut, nie należącymi do najgęstszych, rudymi włosami.

- Kiedyś też Ci się podobały. Miały tylko inny kolor. Były czarne jak smoła – szepnęła znowu tajemniczo staruszka i popatrzyła uważnie w moje oczy, usiłując znaleźć w nich jakieś przypomnienie chwil, gdy się znałyśmy.
- Przykro mi, ale naprawdę nie wiem, kim pani jest – powiedziałam znowu, bojąc się, czy aby staruszka nie jest szalona i czy nie ma czegoś złego na myśli.
- Ale przyznać muszę, że jest jedna, niezrozumiała dla mnie zupełnie rzecz. Pamiętam pani głos…Tak, jakbyśmy kiedyś już rozmawiały – dodałam wbrew sobie samej, gdyż zamierzałam wstać i oddalić się czym prędzej w bardziej ludne, bezpieczniejsze rejony.

W odpowiedzi kobieta uśmiechnęła się promiennie a oczy jej zalśniły jak węgielki, gdy się zmieniają w żar.
Ujęła moją dłoń. Uścisnęła ją serdecznie i wpatrując się w wody potoku ni z tego, ni z owego zaśpiewała drżącym, starczym głosem:

Gdzie strumyk płynie z wolna
Rozsiewa zioła maj
Stokrotka rosła polna
A nad nią szumiał gaj…

W głowie mi zawirowało. Ta znana, stara piosenka nagle otworzyła w mym sercu jakąś maleńką, zardzewiałą, bluszczem zarosłą furtkę. Nacisnęłam klamkę. Zaskrzypiało. Pchnęłam mocno i weszłam do jabłoniowego sadu. Tam, pośród owoców klęczała czarnowłosa, śliczna dziewczynka i wpatrywała się w coś leżącego na ziemi. Na mój widok uniosła głowę i zawołała:
- Chodź szybko Halinko! Zobacz, jakie piękne żabki znalazłam!

Pobiegłam boso po miękkiej jak owcze runo trawie i już po chwili kucałam obok tamtej, obserwując mieniące się wszystkimi barwami tęczy maleńkie płazy, brnące wytrwale przed siebie w labiryncie kłosów traw i koniczyny.

- Weźmy je nad strumień. Na pewno chce im się pić! – zawołałam a kruczowłosa dziewczynka, wzięła ostrożnie żabki do kieszeni i już po chwili, trzymając się za ręce biegłyśmy obie w kierunku strumienia, ukrytego w innej części ogrodu. Delikatne promienie słońca tańczyły tam wesoło, gładząc główki jaskrów i niezapominajek. A wilgotny cień dawał ochłodę spoconym ciałom.
Przykucnęłyśmy nad strumieniem i położyłyśmy żabki na wielkim liściu łopianu. Zwierzątka nie bardzo chciały zdecydować się na wejście do wody, więc zostawiłyśmy je w spokoju i powędrowałyśmy dalej, tam, gdzie strumień rozlewał się w płytką, szeroką kałużę. Tak lubiłyśmy zawsze wpatrywać się w wodę. Kreślić patykami kręgi. Śmiać się ze swoich min i oblewać się wzajemnie pachnącą miętą wodą. Moczyć stopy. Rzucać płatki kwiatów i śledzić potem w skupieniu ich podróż.
Dziś w lustrze wody ujrzałam wyraźnie nasze odbicia. Ja, Ala – ognistowłosa, niska dziewczynka z cieniutkimi warkoczykami i Weronika – wysoka, szarooka i czarnowłosa przyjaciółka z wakacji na wsi…

- Ostatnie dobre wspomnienie – zaszemrało coś w mojej głowie niepojętym przesłaniem – Potem już tylko strach…

…Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj… - ze ściśniętego bólem gardła usiłowałam wydusić słowa tej starej piosenki, ale straszliwe, niezrozumiałe wspomnienie ogarnęło nagle me serce. Załkałam nie mogąc uwolnić się od budującej się ze strzępów pamięci odległej, przerażającej przeszłości. I już wiedziałam, co się zaraz stanie. Bezbronna czekałam na falę bólu i strachu. Na osaczający ludzki lęk, smród, gniew, panikę i niemoc ucieczki z tego straszliwego miejsca, z obozu…”

- Nie! Nie chcę! Weronka, gdzie jesteś! Weronka! – szlochałam, miotałam się jak w klatce, chcąc za wszelką cenę uciec przez powracającą falą przypomnienia tego, czego nie powinnam wszak pamiętać.
- Alu, Alu kochana! Obudź się to tylko zły sen! No już dobrze. Nic się nie dzieje.
 - Przytul się i niczego się już nie bój – szeptał czule mój mąż Kacper, w ramionach którego się obudziłam.
- Miałam straszny sen. Śniła mi się taka dziwna staruszka i dziewczynka z czarnymi lokami. I jeszcze coś, ale już nie pamiętam… – ostatnie spazmy szlochu wstrząsały mym ciałem a kojąca mgła ogarniała powoli mój przebudzony umysł.

Bezpiecznie wtulona w śpiącego już po chwili Kacpra leżałam bezsennie aż do świtu a potem wstałam cichutko i zaparzyłam kawę. Siedząc przy kuchennym stole i wpatrując się w malinowo-morelowy wschód słońca usiłowałam poskładać sobie w głowie strzępy wspomnień i snów, które nawiedzały mnie przez całe życie, ale ulatywały zanim zdążyłam sklecić z nich coś sensownego.

   Mam na imię Alicja. Jestem informatykiem. Projektuję strony internetowe.  Mąż jest urzędnikiem w pobliskim miasteczku. Od kilku lat mieszkamy w małym domku na wsi, gdzie mamy ogródek, samochód i psa. Syn studiuje w Anglii, ale często nas odwiedza. Właśnie skończyłam czterdzieści dwa lata a moje życie prywatne i zawodowe jest normalne, szczęśliwe i poukładane. Mam parę dziwactw i nieszkodliwych manii, ale któż ich nie ma? Od dawna zbieram małe, pluszowe misie. Mam już ich dziesiątki.  Pousadzałam je w domu na kredensach, regałach, kanapach i fotelach. Znajomi nie mają problemu z pamiątką z wakacji dla mnie. Zawsze wynajdą jakiegoś nowego misia do kolekcji…Nie lubię dużych psów, tłumów oraz zamkniętych pomieszczeń. Ale nie jest to obsesyjne. Da się z tym żyć.
Skąd jednak we mnie tyle niezrozumiałych pytań o przeszłość? Co kryje się na dnie mojego „ja”? Dlaczego nawiedzają mnie tak dziwaczne sny?

   Na progu kuchni stanął mój Kacper, który ziewając smacznie i przeczesując zmierzwione kłaczki zapytał o godzinę.

- Dopiero piąta rano! Po co tak wcześnie wstałeś Kacperku? Przecież dzisiaj sobota. Masz wolne. Odpocznij! – odparłam, uśmiechnąwszy się na jego widok.
- No tak, ale jak ciebie przy mnie nie ma, to nie mogę spać. Wiesz przecież – poskarżył się mężczyzna mego życia i podszedł bliżej, aby cmoknąć mój policzek.
- I twoja kawa tak ładnie pachnie… - dodał jeszcze znacząco, a ja zrozumiawszy delikatną sugestię wstałam, nastawiłam wodę w czajniku i już po chwili siedzieliśmy razem przy stole milcząc i popijając gorący, wonny napój.

- Wiesz Kacperku, mam takie dziwaczne, niezrozumiałe dla mnie samej wspomnienie z dzieciństwa. I muszę Ci o tym opowiedzieć, bo już sobie z tym sama nie daję rady – powiedziałam wreszcie, oparłszy głowę na jego ramieniu i z rozkoszą wdychając lawendowy zapach mego męża.
- No dobrze Alu, mów! A czy to ma coś wspólnego z Twoim dzisiejszym snem? – zapytał, całując mnie w czubek głowy.
- Chyba ma. A co? Może do tego dojdziemy jakoś razem – odrzekłam, decydując się opowiedzieć Kacprowi niezwykłą historię sprzed lat. Historię, która żyła we mnie i czekała na dzień, w którym nie będę się bała wywlec jej z zakamarków pamięci i podzielić się nią z kimś najbliższym.



 „ …Miałam coś około dwunastu lat i czekając na mamę stałam przed ogromną wystawą jednego z większych w mieście sklepów. Nie chciałam wchodzić dziś do środka. Wiedziałam, że mama kupi tylko kilka produktów spożywczych i zaraz wyjdzie. Tymczasem tu, na dworze słońce tak cudnie grzało.
     Przeglądałam się w szybie wystawowej. Widziałam drobną, szczuplutką, rudowłosą istotę z cienkimi, marchewkowego koloru włosami, piegowatą i niepozorną. No trudno, już się pogodziłam ze swoim wyglądem. Nawet czasami, w chwilach takich, jak ta potrafiłam docenić dziwną urodę tych ognistych włosów. Słońce tak pięknie się w nich mieniło...
     - Piękne włosy...Halinko! - usłyszałam nagle i wtedy zobaczyłam obok swego odbicia, odbicie bardzo sędziwej, przygarbionej kobiety o głębokich, szarych jak mgła oczach.
     - Nie nazywam się Halinka - odrzekłam, spoglądając podejrzliwie na dziwną staruszkę.
     - Mnie nie oszukasz, kochana...Przecież byłyśmy tam razem, pamiętasz? - zaszeptała nagle gorączkowo kobieta i chwyciła moją dłoń.
     - Ale ja mam na imię Ala! Proszę mnie puścić! Zaraz tu będzie moja mama! Pani mnie z kimś pomyliła! - wykrzyknęłam przerażona. I już miałam wyrwać się i uciec w głąb sklepu, gdy wtem spojrzałam w przepastne oczy tej przerażającej kobiety. Wtedy przypomniałam sobie wszystko. Zobaczyłam biegnące przed siebie przez pusty, zimny plac dwie zziębnięte dziewczynki. Rudowłosą i brunetkę o niezwykłych, szarych oczach.  Strasznie się bały. Usiłowały się gdzieś ukryć. Słyszały szczekanie psów. Ostre, niezrozumiałe krzyki. Jakieś nieprawdopodobnie wychudzone cienie ludzkie płochliwie schodziły im z drogi. Dzieci wpadły do kałuży pełnej ohydnej, śmierdzącej wody. Leżał tam biedny, brązowy, pluszowy miś Halinki. W jego lśniących, koralikowych oczach widać było bezradność i smutek. Dziewczynki nie mogły się jednak zatrzymać i go zabrać. Musiały uciekać. Schowały się za długim, drewnianym barakiem. Serca biły im, jak oszalałe. Lodowate powietrze przenikało płuca. Wtedy ta starsza, o jasnoszarych, wyrazistych oczach szepnęła nagle:
 - Nie uda się nam Halinko. Schowaj się tam, za rogiem. Tam jest ciemno i bezpiecznie.

     Ale tam wcale nie było bezpiecznie. Halinka została schwytana.
 Potem był krzyk, ból, płomienie. I nic więcej.

     Stałam, trzęsąc się, jak osika i wpatrując w szybę wystawową. Wydawało mi się, że widzę tam blask odległych płomieni, że wciąż słyszę ten nieludzki krzyk, że widzę obciągnięte cienką skórą, brutalnie popychane przez żołnierzy ludzkie cienie w pasiakach .
Lecz nie było już nic. Świat trwał po dawnemu. Słońce wesoło bawiło się promieniami w moich włosach. Mama właśnie wychodziła ze sklepu, rozmawiając z jakąś sąsiadką.  I nigdzie nie było widać staruszki, o dziwnych, szarych oczach. Zniknęła, rozpłynęła się nie wiadomo gdzie, pozostawiając mnie z mnóstwem pytań bez odpowiedzi i z wrażeniem, że kiedyś dobrze się znałyśmy…”

     - Kacperku! Nie chcę Cię straszyć, nie wymyślam dla próżnej rozrywki opowieści z dreszczykiem. Ta historia jest we mnie od wielu lat, ale bałam się o tym mówić, żebyś nie miał mnie za wariatkę. Zresztą dotąd to nie miało większego znaczenia. Teraz jednak to wspomnienie mówi mi, że nie wszystko przemija bez śladu. Czasem ślad odkrywamy w sobie niespodziewanie, wcale tego nie chcąc i nie przeczuwając jego obecności – mówiłam gorączkowo, wpatrując się w zdumione oczy męża i szukając w nich śladów zrozumienia i akceptacji, dla mojego zwierzenia.

- A co ma z tym wspólnego twój dzisiejszy sen? – zapytał skołowany zupełnie Kacper i pociągnął tęgiego łyka kawy, żeby w głowie mu się bardziej przejaśniło.

- Wyobraź sobie, że dzisiaj przyśniła mi się ta sama staruszka! – wykrzyknęłam i pełna emocji wstałam, aby przemierzyć wzdłuż i wszerz naszą małą kuchnię.
- Nazywała mnie Halinką i mówiła, że kiedyś jako dzieci znałyśmy się bardzo dobrze! Że byłyśmy przyjaciółkami i bawiłyśmy się razem w jej ogrodzie!
- No dobrze, ale jak mogłyście się znać, skoro ona była pewnie dzieckiem jeszcze przed drugą wojną światową! To wszystko to są jakieś fantasmagorie i bzdury! – żachnął się Kacper i zauważyłam z przykrością, że powoli tracił chęć na kontynuowanie tego frapującego mnie tematu.

   Mimo wszystko nie ustępowałam.  Usiadłam naprzeciw niego i użyłam najsilniejszego z możliwych argumentów.
- A pamiętasz, jak opowiadałeś mi kiedyś o swoim wrażeniu deja vu? O tej wielkiej sali wykładowej, w której poczułeś się jakbyś już kiedyś dawno temu w niej był i znał ją dobrze, a odwiedziłeś ją przecież pierwszy raz w życiu? Sam przyznasz, że są na tym świecie dziwne i niezrozumiałe rzeczy! – zawołałam tryumfalnie, widząc z ulgą, iż pewność siebie Kacpra nieco słabnie a jego niechęć do mojej pokręconej opowieści znika.

- Aluś! Może i są na tym świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło, ale i tak nie znajdziemy wytłumaczenia dla Twojej znajomości z ową staruszką. Jak jej tam było na imię?
- Weronika, Weronka, tak właśnie ją nazywałam – szepnęłam i nagle zupełnie minęła mi chęć na dalszą rozmowę o niej. Zapatrzyłam się w widoczną na horyzoncie linię lasu bukowego i już wiedziałam, co powinnam dzisiaj zrobić.
- Ale dajmy już temu wszystkiemu na razie spokój. Sen mara, Bóg wiara! – podsumowałam i wstałam by umyć kubki po kawie.
- No dobra, to ja idę wziąć szybki prysznic a potem pójdę do garażu. Muszę dokręcić jakąś śrubę pod maską naszego opla, bo coś tam się spod samochodu leje. Zrobisz nam jakieś śniadanko, kochanie? -  zapytał z przymilnym uśmiechem Kacper, po czym dał mi serdecznego buziaka i nucąc coś pod nosem udał się do łazienki.

   Po śniadaniu okazało się, że roboty przy samochodzie starczy mojemu mężowi na kilka dobrych godzin. Wzięłam naszego foksterierka Sabę na smycz i poszłam na spacer do bukowego lasu.

   Dobrze znałam drogę. Rozgarniałam kępy jasnozielonych, gęstych paproci. Mijałam brzozowe zagajniki. Przeskakiwałam ponad strumieniami, obserwując jak zawsze uszczęśliwioną długim spacerem Sabę. Aż doszłam do wielkiego pnia zwalonego, czekającego na pocięcie i uprzątnięcie buka. Pies leżał w potoku, rozkoszując się chłodem górskiej wody a ja siedziałam spokojnie na pniu i czekałam…Na co, na kogo?
W pewnym momencie jakaś gałązka głośno zaszeleściła a spłoszony ptak poderwał się raptownie z gałęzi tuż nad moją głową. Serce załomotało mi gwałtownie. Wstrzymałam oddech. Nasłuchiwałam. Ale nikogo nie było. Trwałam tam zjednoczona z lasem, z głębią wspomnień i ukrytych pod powierzchnią ran.
   W niedługim czasie moją duszę ogarnął przyjemny spokój. Przypomniałam sobie dokładnie wszystko, o czym śniłam. I wraz z tajemniczym spotkaniem ze staruszką, jakie miało miejsce w czasach mego dzieciństwa ułożyło się to w mej głowie w jakąś logiczną, zrozumiałą całość. Wpatrzona w wody strumienia zrozumiałam, że to, co wiemy o sobie i pamiętamy oraz to, czym żyjemy, jest tylko fragmentem nas, naszej nieskończonej, wiecznej jaźni. Nic się nie kończy i nic się nie zaczyna. Byliśmy, jesteśmy, będziemy. A odległe wspomnienia z poprzedniego życia mogą nagle przebudzić się w naszych sercach, mówiąc nam, iż jesteśmy właśnie jak woda tego strumienia. Płyniemy nieskończenie, zapominając o kamieniach, które stają na naszej drodze, o patyczkach i płatkach kwiatów mknących z nurtem. O bólu, krzywdach, radościach i zachwytach. To wszystko znika niewidzialnie za fioletową mgłą zapomnienia, ale mimo to nadal jest i niekiedy przychodzi czas, gdy nie wołane odzywa na nowo…

- Saba! Wracamy do domu! Do pana! – zawołałam psa i ruszyłam w górę doliny, zagłębiając się w mgłę oraz delikatny dotyk traw i paproci…




* To opowiadanie ukazało się niedawno temu w zbiorku opowiadań blogowiczów pt. "Opowiadania wczorajsze" wydanym przez Magdalenę Kordel

poniedziałek, 13 października 2014

Piosenka o Majce


Gdzieś jest, wiadomo nawet gdzie
Wieś, w której baśń ta dzieje się
Bialutka kózka mieszka tam
Szczęśliwa pośród kozich dam

Tę kózkę, którą tu widzicie zowią Mają
Znów na łakę biegnie z całą zgrają
By się gonić, brykać, paść
Leżeć w słońcu, boczki grzać

Dziś spotka Was bialutka, ufna kózka Maja
Co ma domek obok capka z kraja
Gada, romansuje z nim
Mężem go nazywa swym

Popiołka i Brykuska wciąż jej dokuczają
Znowu się za Mają uganiają
Stają, gdy pasienia czas
Potem zgodnie biegną w las 

Wędrują dolinami i wzgórzami w słońcu
A zmęczone powracają w końcu
By w sąsiednich domkach trwać
I na sianku sobie spać

 Gdzieś jest, wiadomo nawet gdzie
Wieś, w której baśń ta dzieje się
Bialutka kózka mieszka w niej
Wietrze jesienny piosnkę wiej...





*Piosenka do melodii znanej z bajki rysunkowej o pszczółce Mai

wtorek, 7 października 2014

Losy...









Tak się losy, plany, nitki poplątały
Żale i marzenia, gonitwa za cieniem 
W sercu brak dotkliwy, ten cierń wiecznotrwały
I ścieżka do nikąd, za błędnym płomieniem 
Tyle słów za Tobą, tyle tego dziania
Myśli pogubione, stare fotografie
Te konfiguracje, zetknięcia, spotkania
I nic nie zostało, to jak sny już prawie

I nagle na ścieżce zjawia się ta pewność
Wtedy wiesz, że wszystko do tego zmierzało
Nic nie było zbędne, nic nie nadaremno
W rozsypanych puzzlach coś się poskładało
Twoje losy kręte wpasowane w pejzaż
Co w dziwnym natchnieniu był namalowany 
Patrzysz z bliska, z dala i czujesz, dowierzasz
Że wszystko nareszcie ma swój sens i ramy...


P.S. Bardzo dziękuję wszystkim anonimowym dotąd czytelnikom, którzy tak pozytywnie odpowiedzieli na moją nieśmiałą prośbę i odezwali się w komentarzach pod poprzednim postem. Kochani! Jestem tym faktem ogromnie wzruszona, niezwykle zaskoczona i po prostu wdzięczna! 
Wam, którzyście tak odważnie wychynęli  do mnie z tej internetowej mgły oraz  wszystkim moim wiernym, bliskim sercu czytelnikom dedykuję powyższy wiersz!***

czwartek, 2 października 2014

Seans spirytystyczny, czyli druga rocznica istnienia bloga…





   Cztery lata temu dwoje szalonych, choć całkiem sympatycznych dziwaków zwanych Olgą i Cezarym wróciło z Australii by osiąść w maleńkiej, podkarpackiej wsi położonej na mało znanym turystycznie Pogórzu Dynowskim. Nabyło tu niespełna hektarowe pole oraz położony na końcu wioski, oddalony od sąsiadów murowany dom w fatalnym stanie z własnym duchem rezydentem na dokładkę. Właśnie o takim siedlisku marzyli a przekonawszy się w życiu po wielekroć, iż marzenia nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi należy przekuwać w czyny, aby potem nie żałować, iż się czegoś nie zrobiło osiedli w domku pod bukowym lasem za towarzystwo mając jeno koty, psa oraz kury zielononóżki kuropatwiane.

     Pogrążywszy się bez reszty w skromnym lecz fascynującym bycie, codziennej, ciężkiej robocie oraz w nauce wiejskich realiów i panujących w tych stronach stosunków tych dwoje zapragnęło po jakimś czasie rozrywki, oderwania myśli od prozy życia oraz poznania podobnych sobie zapaleńców i innych wrażliwych istot. Wówczas założyło bloga wiedząc, że w internetowej mgle spotkać można naprawdę nietuzinkowych, rozumnych i interesujących ludzi z całego świata. Skąd o tym wiedzieli? Ano przecież dawno temu (a może wcale nie tak bardzo dawno!?) Olga i Cezary właśnie przez Internet się poznali, wybrali i pokochali. Potem kilka razy świat dookoła oblecieli, milion trudnych spraw przezwyciężyli, aby być nareszcie razem…

- Czy pisać o tym, Czarku? Czy to nie nazbyt osobiste? – zastanawiając się onegdaj nad blogowym tekstem rocznicowym, popadłszy w pełne rozterek zamyślenie zagadnęłam nagle oglądającego wieczorne wiadomości męża.

- E, nie pisz! Kogo to obchodzi? – mruknął Cezary i pociągnąwszy tęgiego łyka herbaty dodał – A poza tym jest tyle mało pochlebnych, stereotypowych wyobrażeń o znajomościach internetowych. Po co dawać ludziom powody do plotek?

- Ale to przecież nie tylko nam się zdarzyło poznać w ten sposób i dobrze na tym wyjść! – zawołałam – Jest mnóstwo par, które tylko dzięki Internetowi miało szansę na odmianę losu i szczęśliwą miłość!

- Jednak jest też pełno takich, którzy się nacięli i wyszli na tych wirtualnych znajomościach jak Zabłocki na mydle. Sama wiesz, ilu wariatów, maniaków seksualnych i oszustów kryje się pod tymi internetowymi nickami. Na początku potrafią robić dobre wrażenie a potem załatwiają człowieka na szaro! – odrzekł marudnie Cezary i delikatnie przesunął wylegującą się na łóżku psinę Zuzię by wyciągnąć przy niej wygodnie znużone swe członki.

- Ale na szczęście, to nie nasz przypadek! – ucięłam czym prędzej tę nie wiodącą do niczego dobrego dyskusję i pogrążyłam się w pisaniu nowego posta.

…Tak więc Olga i Cezary założyli bloga, gdzie z różną częstotliwością zamieszczali teksty o swym zwykłym, codziennym życiu, o sąsiadach, zwierzętach, spacerach po okolicy, zachwytach, problemach i rozterkach. Pisali opowiadania, baśnie, wiersze, wspomnienia z Australii i felietony. Wstawiali rozmaite zdjęcia. Pokazywali kawałek swojej rzeczywistości oraz siebie w różnych sytuacjach. I ogromną radością a także wdzięcznością napełniał ich fakt, iż coraz więcej ciekawych, życzliwych osób odwiedzało ich stronę stając się aktywnymi czytelnikami oraz obserwatorami bloga „Pod tym samym niebem”. Dużo dowodów sympatii spotykało ich z wielu stron. Mnóstwo ciepłych słów otrzymywali w listach, telefonach oraz bezpośrednich spotkaniach od poznanych przez bloga przyjaciół. Czy przez ten czas zdarzyły im się jakieś nieprzyjemne sytuacje i niesympatyczne znajomości internetowe? Chyba tylko dwie, ale w oceanie życzliwości i serdeczności płynącym do nich z blogowego świata tak naprawdę nie mają one żadnego znaczenia.
   Po jakimś czasie Cezary zawiesił, niestety, na kołku swoje pisanie i oddał się bardziej pragmatycznym zajęciom takim jak niekończący się remont domu, naprawy sprzętu elektrycznego, samochodu, traktora oraz wszystkim tym czynnościom, bez których sprawne, normalne życie na wsi jest niemożliwe.
   Olga zaś, nie tracąc wiary, iż kiedyś się jej mężowi odwidzi i czynnie powróci na blogowe łono pozostała sama na placu boju, a właściwie nie boju, lecz natchnienia. I nadal w wolnym czasie produkowała przeróżne teksty zastanawiając się za każdym razem, czy kogoś to zainteresuje, czy ktokolwiek przeczyta, czy w ogóle warto pisać…?...

   I tu dochodzimy do meritum zagadnienia, czyli do tytułowego seansu spirytystycznego. Otóż zerkając na statystyki blogowe zauważam, że znacznie więcej osób mnie czyta, niż komentuje. Oczywiście komentowanie to nie żaden obowiązek, ale często zastanawiam się nad tym, kto taki poza znanymi mi, ujawniającymi się zazwyczaj osobami podczytuje tego bloga? I dlaczego właściwie to robi? 
   Kim jesteś tajemniczy, anonimowy czytelniku spoza mgły pożegnań i powitań? Jawisz mi się niczym kapryśny, nieuchwytny duch na seansie spirytystycznym. Wyczuwam Twoją obecność, myśl nieuchwytną a bliską. Rada bym imię choć Twoje poznała…Choć jedno słowo, ręką Twą wystukane przeczytała…
   Ale milczysz, milczysz uparcie w swej nieśmiałości, rezerwie albo w niemocy…Nie bój się mnie duchu internetowy. Szepnij cokolwiek…Zrób wyjątek od reguły. Zobacz, jest cicho, spokojnie, swobodnie…Jesienny świat ubiera się w nowe barwy. Po polach wiatr wieje i legendy swe z poświstem opowiada.
   A ja tu siedzę przy kaloryferze. Nogi zmęczone całym dniem przed siebie wyciągam i grzeję. Odpoczywam. Słonecznik namiętnie łuskam. Mruczenia kotów nasłuchuję i głosu tego wichru szalonego za oknem. I Twego serca, które jest całkiem blisko mojego…
   Bo jestem taka sama, jak Ty. Zwyczajna. Ludzka. Pełna obaw i nadziei. Ciekawa świata. Ciebie. Tak samo wpatruję się teraz w ekran monitora. Bo mam wolną chwilę…A potem wyłączę laptopa i pójdę do swoich codziennych, zwykłych o tej porze zajęć albo do snu…

   Przede mną klawiatura komputera. Jedyne możliwe narzędzie porozumienia między nami. Migocze to błękitne oczko i migocze…Czeka…

   - Oluniu! Jakiś fajny film się właśnie zaczyna. Kostiumowy. Taki jak lubisz! Przyjdziesz zaraz? – dobiega mnie pełen nadziei głos męża, który stanowczo nie lubi wieczorami sam zasypiać przy  telewizorze.

 - Już idę! Idę kochany! – wołam. I wyłączam powoli komputer. Ale jutro rano, o ile nie wyskoczy nic niespodziewanego a Internet będzie sprawnie działał pewnie doń zajrzę. Zrobię kawę i popijając ją jak zawsze z ciekawością przeczytam, co nowego u Was, drodzy, poznani przez blogosferę Przyjaciele. Zastanowię się nad Waszymi problemami. Spróbuję wczuć się w Wasze troski i lęki. Zachwycić Waszymi olśnieniami, poznać Wasze dobre i złe chwile. Przeczytam też nowe komentarze. Odpowiem na nie, czując jak bliscy mi jesteście, choć jednocześnie jakże przecież dalecy…
   A spoglądając na statystyki odwiedzin jak zwykle pewnie westchnę, że znowu odwiedziło bloga „Pod tym samym niebem” dużo tajemniczych i chyba już na zawsze pragnących takimi pozostać, internetowych duchów…

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia