niedziela, 26 stycznia 2014

Miły gość z Australii





   Przez ostatnie dwa tygodnie nasz czas, uwagę i uczucia zaprzątał miły sercu gość z Australii. Dziewczę polskie, córunia w kraju kangurów urodzona, która choć całkiem dorosła nigdy jeszcze nie widziała prawdziwej, polskiej zimy. A od dawna marzyła o tym egzotycznym widoku. O choćby jednym płatku śniegu, który opadłby jej na dłoń. O mrozie, lodzie, zaspach, chrzęstach, poświstach, diamentowych błyskach, kokosowej szadzi, zimnie przenikającym ciało, wszechobecnej bieli, lepieniu bałwana i tym podobnych przyjemnościach właściwych ojczyźnie żubrów a prawie zupełnie obcych krainie koali (chociaż w wysokich partiach australijskich Gór Błękitnych lub w innych wyższych górach zimą pada śnieg i można tam nawet uprawiać typowe sporty zimowe).


   Kochane owo dziewczę przybyło do nas w niezbyt zimowy, chociaż bardzo styczniowy czas. Na Podkarpaciu ciepło i zielono było dziwacznie jak na tę porę roku. Zabieraliśmy naszego gościa do lasu na spacery a tam,  brodząc we wszechobecnym,  budyniopodobnym błocie, tęskniliśmy za mrozem, który skułby te wiosenno-jesienną aurę lodem i upodobniłby ją chociaż trochę do czegoś przypominającego prawdziwą zimę. Ale nie! Przez tydzień nasz rozczarowany aurą gość zadowalać się musiał tym, co nas zadowalało w zupełności, czyli listopadowo-marcowym, łagodnym pejzażem. Aby zająć czymś czas córci udawaliśmy się często w odwiedziny do miłych sąsiadów, z których każdy przyjął nas tak wspaniale, że aż oczarowana tą staropolską gościnnością panna łzy wzruszenia wylewała i żalu, iż w krainie Aussich nie ma tak cudownych, jak w tej małej, podkarpackiej wsi, ludzi.
Do pełnego szczęścia brakowało jej tylko wytęsknionego śniegu. A my, chociaż gotowi byliśmy spełniać jej każde życzenie, tego jednego ziścić nie umieliśmy…


    
   Wreszcie zdesperowane, australijskie dziewczę wyśledziło w Internecie co i jak a wyśledziwszy postanowiło namówić rodziciela by zabrał je na najbliższy od nas śnieg, czyli do Zamościa! Coś około 150 kilometrów! Nieszczęsny tatunio (czegóż się nie robi dla wytęsknionego gościa z drugiej półkuli) dał się namówić i pośród marznącej mżawki odważnie pomknął z dziecięciem w siną dal. Nie było ich kilkanaście godzin. Pogoda pogarszała się z minuty na minutę. Ze strachem spoglądałam za okno widząc wszędzie powiększającą się lodową gładź, ludzi wywracających się na drodze i ten nieustępliwy, pogarszający sytuację deszcz. Zapadły ciemności. Obiad dla moich kochanych wędrowców zdążył już dawno wystygnąć a dochodzące do mnie sms-y informowały mnie, że powolutku i po omacku tych dwoje zagubionych w mżawce i mgle desperatów usiłuje zbliżać się do domu. 


   Zimowi podróżnicy wrócili po osiemnastej. Głodni. Zmarznięci. Pełni opowieści. Okazało się, że droga w obie strony była tak niebezpieczna, żmudna i trudna, że zaledwie godzinę mogli spędzić w Zamościu. Zachwycić się tamtejszymi białymi widokami. Napstrykać zdjęć. Pojeździć z dzieciakami na łyżwach na ślizgawce przy rynku. Dotknąć najprawdziwszego śniegu. Zanurzyc w nim stopy. Ulepić z niego kulkę. Utoczyć ją w kulę mogącą stanowić brzuch mini bałwana!



    
   Z jakimż niedźwiedzim apetytem pożarli po powrocie do domu gorący żurek z jajkami oraz pieczone, kurze skrzydełka! Miło było patrzeć, gdy tak wcinali! Krwistoczerwone rumieńce na ich policzkach oraz błyszczące oczy mówiły mi, że dobrze było ruszyć się z domu, lecz jeszcze lepiej do niego wrócić!


   Od następnego dnia pogoda za oknem nie zachęcała już do żadnych dalszych wypraw. Zimno stało się przejmujące. Sterczące sztywno trawy zamarzły i zamieniły się w ostre sople. Podwórze przeistoczyło się w naturalne lodowisko i gdybym nie posypała go popiołem połamalibyśmy nogi idąc do porannego czy południowego obrządku. Córunia mimo wszystko zachwycała się tym odmienionym pejzażem i chętna była do choćby krótkiego spaceru celem sfotografowania zamarzniętych w tak malowniczy sposób obiektów. 


   Wybrałyśmy się zatem we trzy z Zuzią na owsianą łąkę. Zmrożone, oblodzone trawki i kłoski chrupały nam pod nogami, łamiąc się jak zapałki. Pojedyncze, nieopadłe jeszcze listeczki wyglądały jakby ktoś zanurzył je w przeźroczystym wosku czy bursztynie i w przypływie natchnienia udekorował nimi drzewa i krzewy. Pięknie było i dziwnie zarazem. Cicho i tajemniczo. Jakby przyroda w skupieniu na coś czekała. Jak gdyby czas trzymał coś dla nas w zanadrzu…


   Zuzieńka jak zwykle pobiegła ochoczo do naszego lasku mieszczącego się tuż za niezbyt głębokim, lecz dość stromym jarem. Po chwili dobiegł nas stamtąd jej rozpaczliwy pisk, płacz, wycie i pełen przerażania skowyt. Pobiegłyśmy tam z córunią na łeb na szyję. Okazało się, że psina złapała się w sidła na stoku jaru i usiłując się z nich wyswobodzić zaplątuje się coraz bardziej. Zjechałyśmy po błocie do spętanej Zuzi i przytrzymując się rachitycznych brzózek, usiłowałyśmy ją uwolnić. Nie była to łatwa sprawa. Zuzia jest bardzo ciężka a drut, z którego zrobiono pętlę był sztywny, gruby i mocny. Wreszcie udało nam się wyswobodzić oszalałą ze strachu psinkę. I wspinając się na czworaka wyleźć na wierzch. Jeszcze tylko kalecząc sobie palce odplątałam drut z drzewa, do którego był przyczepiony, aby zabrać go do domu i pokazać Cezaremu, jako dowód rzeczowy niecnego postępku któregoś z tutejszych kłusowników. 



   
    Mój mąż zdruzgotany oraz rozeźlony tym widokiem od razu zaczął zastanawiać się, który ze znanych nam tubylców zdolny byłby do tak okrutnego czynu. I wyszło mu, że jest co najmniej kilku podejrzanych. Wielu tu znalazłoby się pijaczków, gotowych dla byle grosza zrobić wszystko. Wielu jest też nieprzyjemnych, ponurych typów gustujących w darmowym, sarnim mięsie. Prymitywni ci osobnicy kultywują tradycję kłusowniczą z pokolenia na pokolenie i nie widzą w tym nic nagannego. A my, póki nikogo nie chwyciliśmy na gorącym uczynku, nie jesteśmy w stanie udowodnić nikomu tych podłych czynów ani też zapobiec następnym. Wstyd się nam jakoś zrobiło przed australijskim gościem, tak zachwyconym dotąd tutejszymi realiami oraz ogromną serdecznością, zaprzyjaźnionych z nami sąsiadów. Wstyd i żal, że nasza wieś i w ogóle polska rzeczywistość ma swój awers i nieodłączny rewers. A ta zauważalna na początku sielanka tak łatwo przekształcić się może w ponurą, średniowieczną baśń…


   Ale odejdźmy od tych niewesołych rozważań, albowiem w drugim tygodniu pobytu u nas córuni wreszcie spadł na naszą wieś tak upragniony śnieg. Natychmiast ubrał on rzeczywistość w baśniową, andersenowską aurę. Rozświetlił przestrzenie brylantowymi blaskami. Otulił gałęzie drzew puszystą pierzynką. Natomiast słupek rtęci na termometrze za oknem opadł do minus dwunastu stopni. Tym samym prawdziwa zima rozpoczęła się na dobre a australijskie dziewczę od świtu aż do zmierzchu, przez kilka dni napawać się mogło tym cudownie odmienionym krajobrazem. I znowu wyruszaliśmy na długie spacery po okolicach, ciesząc się radością kóz oraz uwielbiającej zimę Zuzi (która na szczęście zdążyła już zapomnieć o koszmarnym, kłusowniczym incydencie). Obserwowaliśmy stada sarenek, z gracją przebiegające nam śródleśne drogi. Fotografowaliśmy, co tylko się dało i zwiedzaliśmy najciekawsze, tutejsze zakątki. Wędrując, przewracaliśmy się czasami  na śliskich ścieżkach a potem, pomagając sobie we wstawaniu znowu upadaliśmy, zaśmiewając się do łez.


   Udało nam się nawet pożyczyć od znajomych sanki i piszczące z uciechy zupełnie dorosłe, lecz zachowujące się teraz jak rozbrykany dzieciak dziewczę pozjeżdżać mogło beztrosko z tutejszych górek i pagórków. Mogło też położyć się na śniegu i naśladując ruchami pajacyka wyrysować wspaniałego orła. A potem, już po powrocie do ciepłego domu popijać z radością gorącą, ziołową herbatę czy grzane wino i wpatrywać się z zachwytem w białe krajobrazy za oknem. A potem bawić się całymi godzinami z kotami. Głaskać wiecznie żądną pieszczot Zuzię. Zajadać gorące zupy, pierogi i gołąbki. Grać w karty z tatą. Oglądać zdjęcia albo polską telewizję. Śmiać się z głupawych, lecz wielce trafnych powiedzonek Ferdynanda Kiepskiego. Piec ze mną ciasta, placki i ciasteczka. Jeść pod każdą postacią przepyszne jajka od naszych zielononóżek. Opowiadać o upalnych dniach i windserfingu w Australii. Dokładać drew do pieca, ciesząc się blaskiem ognia i cudownym ciepłem rozlewającym się od kaloryferów…

   Tak szybko minął nam ten wspólny, dobry czas! I wreszcie przyszła nieubłagana chwila rozstania. Trzeba było oskrobać z grubej warstwy lodu nieużywany od tygodnia samochód. Założyć łańcuchy na koła i z ogromną ostrożnością wyruszyć po kiepsko odśnieżonych drogach na mieszczące się za Rzeszowem lotnisko w Jasionce. A tam pożegnać się i czekać znowu z utęsknieniem na następne odwiedziny naszego kochanego gościa z Australii…



środa, 15 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka – cz.4 „Długo i szczęśliwie”





   Cała rodzina Henryka zamieszkała u wuja Zenka na Kaszubach. Było to maleńkie, dwupokojowe mieszkanko, w którym gnieździli się przez kilka następnych miesięcy. Repatrianci w liczbie siedmiu osób zasiedlili jeden pokój, natomiast wuj Zenek wraz z żoną i dwoma córkami - bliźniaczkami zajął drugie pomieszczenie. Żona wuja, ciotka Róża z wielkim trudem ukrywała niechęć do nowoprzybyłych. Wszystko ją w nich drażniło. Brak obycia, śmieszny jej zdaniem, wileński akcent a przede wszystkim skromność ich środków finansowych i żałosna bezradność w tym nieznanym, nowym świecie.

   Niekiedy nocami słychać było jak ciotka suszy głowę wujowi o ich nadmiernie przedłużającą się, obecność. 
- Wziąłeś te biedoty, te dziesiąte wody po kisielu i teraz Bóg wie, ile będą siedzieć nam na karku! – syczała.
- A mówiłam ci, żebyś cicho siedział i nie odpowiadał na zawiadomienia z Czerwonego Krzyża?! Po co nam to było? Wstyd nam tylko przed sąsiadami robią. A zauważyłeś jak oni jedzą? Ten twój szwagier strasznie siorbie. A jego dzieciaki chyba nawet nie potrafią posługiwać się nożem i widelcem!
- Ucisz się kobieto! Jeszcze cię usłyszą i przykro im będzie. To poza wami najbliższa moja rodzina. Należało im się moje wsparcie. Gdybym im nie pomógł, zjadłyby mnie wyrzuty sumienia! – tłumaczył wzburzony wujek.
- Przecież wiesz, w jakich warunkach dotąd żyli. I nie mają na razie gdzie się podziać. Robią, co mogą. Szukają pracy i mieszkania. Ja też rozpytuję między znajomymi o miejsce dla nich. Jeszcze trochę i znowu zostaniemy sami, Różyczko moja umiłowana. Jak dawniej! – usiłował uspokoić ją i udobruchać łagodny z natury i za bardzo skłonny do ustępstw wobec znacznie młodszej od niego a przy tym wielce urodziwej żony mężczyzna.
- Nie dotykaj mnie Zenek! Póki twoja rodzinka tkwi za ścianą zapomnij o tych sprawach. A poza tym dziewczynki mogą się obudzić! – szeptała tamta gniewnie i po chwili w pokoju obok zapadała złowroga cisza. 

   Rodzice Henryczka, słysząc te powtarzające się dyskusje na swój temat tulili się do siebie mocno, pocieszając wzajemnie a mamusia popłakiwała żałując, iż w ogóle Zenka szukała i teraz jej biedny brat ma przez nich problemy ze szwagierką.
Henio natomiast czerwieniał z gniewu i upokorzenia, zrozumiawszy jak bardzo niepożądanym towarzystwem są w domu wuja. Postanawiał sobie na przyszłość, iż nigdy już nikogo o pomoc nie poprosi i zrobi wszystko by nie być od nikogo zależnym. Następnego poranka razem z równie zdeterminowanym bratem Grzesiem wcześnie wychodził z domu, byle tylko nie wchodzić w oczy ciotce. Byle tylko nie widzieć jej fałszywie serdecznego uśmieszku. Byle zaczerpnąć wreszcie świeżego powietrza i odzyskać spokój ducha oraz wiarę w dobrą przyszłość.

   Jakiż był szczęśliwy, gdy udało mu się zatrudnić na stanowisku elektromontera. Już to kiedyś robił a więc miał doświadczenie. Jednak kiepsko tam płacili, dlatego szukał dalej.  Wkrótce potem pracował już jako drwal w Borach Tucholskich! Silny był, uparty i ambitny. Obiecał sobie, że będzie tyrał najciężej jak się da, byleby odłożyć trochę grosza i wreszcie się usamodzielnić.
 Lubił tę swoją robotę.  Otaczały go lasy tak podobne do tych, zostawionych w rodzinnych stronach. A ludzie, z którymi wycinał drzewa byli prości i małomówni. Ale dobrze im z oczu patrzyło. I polubili sympatycznego, prostolinijnego i pracowitego Henia. Jeden z kolegów, pochodzący ze Lwowa Jasiek zaoferował mu nawet miejsce na sienniku w swoim baraku. Do czasu aż chłopak nie znajdzie czegoś lepszego, na miarę jego ambicji i potrzeb. Mógł się więc nareszcie wyprowadzić od wuja.

   Wieczorami pili z Jaśkiem i grali w karty albo włóczyli się po wiejskich zabawach, obtańcowując miejscowe piękności. Henio był przystojnym, błękitnookim blondynem o szczerym, wesołym uśmiechu.  A przy tym chłopcem szarmanckim i grzecznym, choć niekiedy nieco zuchwałym a nawet pełnym brawury. Dziewczęta oczy sobie za nim wypatrywały. I zawsze kilka z nich się wokół niego kręciło. Ale płytkie i krótkotrwałe to były znajomości. Przelotne miłostki. Letnie romanse.
   Chłopak lubił się popisywać i imponować kolegom. Siłował się na rękę z największymi osiłkami z okolicy i prawie zawsze wygrywał. Zakładał się z innymi o ilości zjedzonych pączków i wypitych piw. Żołądek miał nadzwyczaj mocny a więc w każdej z tych młodzieńczych, zwariowanych konkurencji odnosił sukcesy. Czuł się ważny, podziwiany i chciany. Szalał i czerpał z życia całymi garściami. Aż do zawrotu głowy.
   W ten sposób spędził kilka miesięcy. Nie udało mu się przez ten czas odłożyć ani grosza, bo lubił kolegom stawiać piwo, prezenty i kwiaty dziewczynom kupować, matce i ojcu nowe części garderoby sprawiać, żeby mieli w czym do miasta wyjść i nie rzucać się tak bardzo w oczy, jak dotąd.

   Wreszcie chłopak zrozumiał, iż powinien coś w swym życiu zmienić, jeśli naprawdę chce do czegoś dojść. Okazja nadarzyła się niebawem. Będąc w kinie z kroniki filmowej dowiedział się o tym, iż śląskie kopalnie prowadzą nabór do pracy. A każdy zdrowy, silny mężczyzna na pewno znajdzie na Śląsku zatrudnienie. Kopalnie oferowały dobre wynagrodzenie, szkolenia i kursy oraz miejsce w hotelu robotniczym. Henio słuchał pełnego egzaltacji głosu lektora z coraz większym entuzjazmem.
 -Tak! Zostanę górnikiem! Dlaczegóżby nie? To ciężki, ale godziwy fach! – postanowił błyskawicznie a wychodząc z kina intensywnie rozmyślał o swojej sytuacji. Podnosząca się wciąż po zgliszczach wojennych ojczyzna potrzebowała właśnie takich, jak on. Młodych, pełnych energii i ogromnego uporu mężczyzn. Wprawdzie trzeba będzie odjechać na drugi koniec Polski, rozdzielając się znów z rodziną, ale przecież Henryk był już dorosły i najwyższa już była pora by się usamodzielnił.

   Podjąwszy tę przełomową dla siebie decyzję odwiedził rodziców, wciąż jeszcze przebywających w mieszkaniu wujka Zenka. Na szczęście im także zaczynały otwierać się nowe perspektywy. W Państwowym Ośrodku Maszynowym, mającym swoją siedzibę w pobliskim miasteczku potrzebowali do pracy stróża oraz sprzątaczki. Pracownikom oferowano mieszkanie zakładowe i całkiem przyzwoite pensje. I już za kilka dni rodzice Henryka wraz z siostrami mieli się tam przeprowadzić i nareszcie żyć po swojemu i na swoim. Uściskali serdecznie syna, pobłogosławili i pożegnali się z nim wierząc, iż na tym nieznanym, dalekim Śląsku znajdzie prawdziwe szczęście i spełnienie.

  Po kilkunastogodzinnej podróży Henryk znalazł się w wielkim, śląskim mieście, pełnym secesyjnych, poniemieckich kamienic, ceglastych, poszarzałych od dymu budynków mieszkalnych wybudowanych dla robotników w latach dwudziestych i trzydziestych a także ogromnych, socrealistycznych gmachów urzędów. Ponad tym wszystkim królowały wysokie kominy, szyby kopalniane oraz żurawie z placów budowy. Wszystko to zachwycało chłopaka.
   Mimo zmęczenia długą jazdą postanowił nie tracić czasu i od razu załatwić wszelkie formalności związane z pracą. Trwało to dobrych parę godzin. Kadrowa na kopalni kazała wypełnić Heniowi mnóstwo dokumentów. A gdy wreszcie udało mu się dobrnąć do końca kobieta oświadczyła, że chłopak może się zgłosić do pracy za dwa dni. Wtedy także otrzyma przydział do hotelu robotniczego. A co ma ze sobą począć do tej pory? Jakoś musi sobie poradzić i już.
Wobec tego Henryk całymi dniami jeździł tramwajami, oglądał sklepy, spacerował po parku, zwiedzał muzea, odwiedzał kina i bary. Robił wszystko, byleby czas przeleciał mu jak najszybciej. A gdy nadchodził zmrok układał się na twardej ławce na dworcu kolejowym i tam usiłował spać.

   Pierwszej nocy zaczepił go patrol milicji, tłumacząc surowo, że zakazane jest spanie na dworcu. I jeśli znowu go na tym przyłapią, będzie ukarany wysoką grzywną albo i więzieniem. Henryk popatrzył prosto w oczy tym młodym mężczyznom w mundurach i szczerze, bez lęku opowiedział o swojej sytuacji. O dziwo, spodobała im się jego prostota i otwartość. Uśmiechnęli się do chłopaka serdecznie i zaproponowali mu nocleg na posterunku milicji.

- Tam będziesz miał spokój i ciepło. Nikt cię nie zaczepi. A rano dostaniesz nawet kubek gorącej herbaty! – przekonywali – Tutaj, na dworcu kręci się mnóstwo podejrzanych typów. Jeszcze cię kto pobije albo okradnie!
- Okraść, nie okradnie, bo nic nie mam prócz tego, co na sobie. Pobić, nie pobije, bo silny jestem i, nie chwaląc się, każdemu dam radę.
- Ja się ludzi nie boję! Pozwólcie mi tu zostać. To przecież tylko dwie noce! – tak długo prosił ich Heniu aż wyprosił. Wzruszając ramionami odeszli miarowym krokiem i odtąd udawali, iż nie widzą jego skulonej, przykrytej filcową kurtką postaci, leżącej na wąskiej ławce w kącie poczekalni.

   Następnej nocy ktoś delikatnie pogładził policzek śpiącego Henryczka. Uśmiechnął się przez sen, bo zdało mu się, że to mama go dotyka. Może tylko śniło mu się, iż jest dorosły? A tak naprawdę wciąż jest małym, niewinnym chłopcem i całe życie przed nim?
- Całe życie przed tobą, piękny panie! – usłyszał – Daj Cygance parę złotych, to ci wszystko wywróży!

   Henio, słysząc te słowa ocknął się momentalnie. Usiadł gwałtownie, ujrzawszy nad sobą twarz starej, pomarszczonej kobiety o niezwykle głębokich i czarnych, błyszczących oczach. Zadzwoniły bransoletki na dłoniach Cyganki. Zamigotały cekiny na kolorowej spódnicy. I oto kobieta siedząc obok niego, ujmowała delikatnie dłoń Henryczka i wodząc palcem wskazującym po liniach papilarnych mamrotała:
- Ja wszystko widzę i wszystko już o Tobie chłopcze wiem.  A Ty, co chcesz wiedzieć?
- Powiedz mi, czy spotkam wreszcie wymarzoną dziewczynę i czy długo będę żył! – odrzekł bez zastanowienia chłopak i szperając po kieszeniach znalazł tam ostatnie pięć złotych. Wręczył je Cygance. Jego serce biło bardzo mocno. Czekał z zapartym tchem na jej wróżbę.
- Piękna, kruczowłosa panna stanie wkrótce na twej drodze. Jak ją zobaczysz, od razu poznasz, że to ta jedyna –  szepnęła, skwapliwie chowając do kieszeni pieniądze.
A potem, wwiercając się w niego intensywnym spojrzeniem dodała:
- Ona miłować cię będzie z całego serca i dwoje ślicznych dzieciątek ci urodzi!
- A ty dziewięćdziesięciu lat dożyjesz. Tak…A żyć będziesz długo i szczęśliwie…I jeszcze jedno na twojej ręce widzę. To ciekawe.…

Widać było, ze Cyganka chciałaby jeszcze coś powiedzieć, ale wówczas w pobliżu pojawił się patrol milicji, więc kobieta przerwała gwałtownie, wstała i odeszła stamtąd szybko, szeleszcząc obfitą spódnicą i dzwoniąc kolczykami…

- Długo patrzyłem za nią, mając nadzieję, że wróci i dopowie, ale nie pojawiła się więcej.
- Całe życie byłem ciekawy, co ona takiego zobaczyła w mojej przyszłości?  I nie wiem, nie wiem… - wzdychając, kończył swą opowieść Henryk.

   Ze wzruszeniem popatrzyłam w intensywnie błękitne, wciąż młode oczy siedemdziesięciopięcioletniego Henryka. A potem, dziękując mu za długą rozmowę, uściskałam go serdecznie, całując rumiane, pomarszczone policzki mężczyzny.

   Odchodząc myślałam o tym jak wiele wydarzeń zmieścić się może w życiu jednego człowieka. Ile przeróżnych uczuć! Ile marzeń! I codziennego, monotonnego trudu. A tak szybko to wszystko przelatuje. Jak sen. Jak film…
   Przypomniałam też sobie, iż kiedyś mnie też pewna Cyganka wróżyła. I dokładnie pamiętam, co wtedy powiedziała. Czy się to jeszcze spełni? – Nie wiem, nie wiem…

piątek, 10 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka - cz.3. "Repatriacja"






…Łatwo było powiedzieć – wyjeżdżamy! Jednak po początkowej fali euforii zaczęły pojawiać się nieoczekiwane wątpliwości i przeszkody. Bo naprawdę ciężko pożegnać się na zawsze z domem rodzinnym, dorobkiem całego żywota, z cmentarzem, na którym leżało tylu krewnych, z bliskimi sercu zakątkami a także z pozostającymi na miejscu przyjaciółmi. Ta daleka, nieznana Polska kusiła dostatnim, spokojnym życiem, nowymi perspektywami zawodowymi a nade wszystko większą wolnością.  Była jednak dziwnie obca…Mityczna i nierealna. Będąca zbieraniną nieznanych sobie ludzi o dziwnych dla Kresowiaków nawykach, tradycjach i obyczajach. Krainą z wyśnionej, lecz bardzo dalekiej planety…

- Chciało się jechać! Bardzo chciało! Jednak w bezsenne noce serce dudniło ni to oczekiwaniem wielkiej odmiany losu, ni to panicznego lęku przed nią – opowiada Henryk i widać, że trochę się nawet wstydzi tamtych uczuć i dziecinnych, jego zdaniem, wątpliwości.
- Miałem już prawie osiemnaście lat! Pragnąłem czegoś w życiu dokonać. Uciec od biedy, poniżenia, tych wszystkich codziennych niemożności. Znaleźć prawdziwe szczęście!- błękitne oczy Henryka zalśniły w rozmarzeniu. Po chwili jednak otrząsnął się ze swych serdecznych wizji i gwałtownie spoważniał.  Najwidoczniej przypomniał sobie coś, z czym do tej pory nie umiał się pogodzić.

- Okazało się jednak, że nie cała moja rodzina zamierza przesiedlać się za Bug. Najstarszy brat, Eugeniusz kilka lat po wojnie ożenił się z Rosjanką i nie wiadomo, czy to pod wpływem żony, czy też znajomych przeistoczył się w zażartego komunistę. Związek Radziecki stał się jego prawdziwą ojczyzną a słowo Polska poza politowaniem nie wzbudzało w nim żadnych żywszych uczuć. Ileż to razy przyjeżdżał do nas, do domu, by agitować i przekonywać, jakaż to świetlana przyszłość czeka nas w Kraju Rad, o ile zmienimy poglądy i podporządkujemy się we wszystkim nakazom partii! – Henryk uśmiecha się z przekąsem i mamrocze:

- Aż wstyd opowiadać o takim bracie! Ale tak było! Tak właśnie było!
- Jak on płakał w 1953 po śmierci Stalina! Upił się i ryczał jak osioł, że chyba przyjdzie mu gardło sobie poderżnąć, bo nijak teraz mu żyć bez ojca narodu, bez gwiazdy przewodniej!
- Nawet będąc na emeryturze, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy te wszystkie niesamowite zmiany polityczne dokonywały się w krajach byłego bloku socjalistycznego, Eugeniusz nic nie zmądrzał! I wieszczył w listach, które czasami słał do mnie z Leningradu, wielki powrót i ostateczny tryumf wspaniałej idei komunistycznej! W swym mieszkaniu, na specjalnym ołtarzyku trzymał portrety Lenina i Stalina. I chyba modlił się do nich! – żachnął się Henryk przepełniony uczuciami nieutulonego żalu oraz irytacji w stosunku do fanatycznego brata.

- Poza Gienkiem także młodsza ode mnie o rok siostra Felicja nie chciała, a raczej nie mogła wtedy z nami wyjechać. Niedawno wyszła za mąż i była w dość zaawansowanej ciąży. Jej mąż miał dobrą posadę w urzędzie i roiły mu się wielkie plany pięcia po szczeblach kariery urzędniczej. Mimo wszystko Felusia marzyła o tym, że jak trochę dziecko odchowa, to wkrótce do nas w Polsce dołączy. Była bardzo blisko związana z drugą siostrą, Krysią. Papużki nierozłączki, na nie mówiono. Nie wyobrażała sobie życia z dala od niej, od kochanych rodziców…

- Biedna Felusia! – Henryk westchnął i otarł załzawione nagle oczy.
- Tak się z nami żegnała długo! Tak szlochała, gdy wszyscy siedzieliśmy już na swoich tobołkach w wagonie kolejowym! Jej zapłakana twarz to ostatnie, co pamiętam stamtąd…
-  Felicja nigdy nie przyjechała za nami. Urodziła tam kilkoro dzieci. Owdowiała. Z trudem wiązała koniec z końcem. I co jakiś czas słała do nas pełne tęsknoty listy. A w połowie lat osiemdziesiątych nagle zmarła na serce…

 Mężczyzna oddycha ciężko. Wstaje i łyka jakieś leki na uspokojenie. Uśmiecha się przepraszająco:
- Wszyscy w rodzinie mamy problemy z sercem. Ja po zawale. Brat Grześ po dwóch. Krysia też narzeka na kłucia w klatce piersiowej i kiepskie krążenie krwi. A te wszystkie wspomnienia otwierają stare rany i budzą dawne zgryzoty – mówi ze smutkiem, lecz niedługo potem ściskając pocieszająco moją dłoń oświadcza:

- Jednak jak obiecałem, że wszystko ci opowiem, to opowiem! Nie martw się o mnie Oleńko!  Wierz przecież, że my Kresowiacy mamy skłonności do przesadnego roztkliwiania się i zbytniej wylewności!

- Dobrze! Wróćmy więc do początku tamtego exodusu z 1957 roku…Jak to było? Ile czasu trwała podróż? – pytam ponownie ośmielona i znów jak zaczarowana wsłuchuję się w melodyjnie brzmiący, ciepły głos Henryka.

 - Tamtego dnia wiele osób w wagonie pochlipywało – przypomina sobie starszy mężczyzna  -  A jakiś chłopak grał na harmonii patriotyczne, polskie melodie. Śpiewaliśmy razem i patrzyliśmy przez okno na zmienne krajobrazy, na coraz mniej znane strony. Żal serce ściskał, gdy mijaliśmy jakąś wioskę tak bardzo do naszej podobną albo las zupełnie taki sam, jak ten w tyle zostawiony…

- Było nas w wagonie około trzydziestu osób a każdy zabierał ze sobą wszystko, co miało dla niego jakąkolwiek wartość i mogło się w nowym miejscu przydać. Ubrania, garnki, pościel, książki, zegary, centryfugi, rowery, jakieś meble…W ostatnim składzie pociągu, w wagonie towarowym jechały zwierzęta gospodarskie. Często dobiegało nas stamtąd ich muczenie, beczenie, kwiki, rżenie i pianie…Nie było wśród nich głosu naszej krowy. Ją oraz konia sprzedaliśmy przed wyjazdem, decydując się rozpocząć w ojczyźnie zupełnie inne, niż dotąd życie. Bardziej miejskie niż wiejskie i co ważniejsze, wolne od ograniczających nas do tej pory kajdan kolektywizmu. A właśnie z tym kojarzyły nam się polskie PGR-y.

- I wreszcie po mniej więcej trzech tygodniach takiej jazdy dotarliśmy do Polski! – podsumowuje Henryczek i przenosi się w myślach do tamtych pierwszych chwil w ojczyźnie.

- To było do niedawna niemieckie, pomorskie miasto Prabuty. Pusto jakoś i szaro mi się tam zdawało. A może to tylko dzień był taki zachmurzony? Sam nie wiem…
-W Prabutach zakwaterowano nas w obozie dla repatriantów, usytuowanym w jakimś dużym, obskurnym budynku. W wieloosobowych salach. Mieliśmy czekać na ciąg dalszy podróży. Już do ostatecznego miejsca przeznaczenia. Jedni planowali pozostanie gdzieś w tamtych okolicach, na Pomorzu. Inni wybierali się na Śląsk albo Mazury. Tylko my nie wiedzieliśmy, co mamy z sobą począć? Gdzie się udać? Nikogo tu przecież nie znaliśmy…

- To władze polskie nie wyznaczały wam miejsca osiedlenia? Nie pomagały w odnalezieniu się w tej nowej dla was rzeczywistości? – pytam, pamiętając o filmowej sadze Chęcińskiego opisującej dzieje Pawlaków i Kargulów.
- Owszem, kierowały nas do miejscowości, w których istniały możliwości osiedlenia się, przejęcia ziemi, czy całej gospodarki. Mnóstwo jeszcze było wówczas w kraju opustoszałych po wysiedlonych Niemcach terenów. Jednak w naszym przypadku istniał dziwny stan zawieszenia. Zaraz ci powiem, dlaczego – odrzekł tamten i zasępił się przez moment.
- A swoją drogą, jakaż szkoda, że nie wypytałem w swoim czasie dokładniej moich rodziców o tamte sprawy. Teraz mam problem z poukładaniem tego wszystkiego logicznie w głowie – dodał, wzdychając bezradnie.

… Na długo przed wyjazdem z Wileńszczyzny moja mama rozpoczęła intensywne starania o ustalenie miejsca pobytu jej zaginionego w czasie okupacji brata.
- To taka pełna niejasności historia. Znam tylko jej fragmenty, marne strzępki…
- Brat mojej mamusi, Zenek jako jeniec trafił w czasie wojny do Stalagu. Stamtąd pisywał listy. Korespondencja trwała aż do czasu, gdy śmiertelnie obraził się na swoją matkę, czyli babkę moją, która nie zdołała wysłać mu do obozu ciepłych ubrań i koców.
- Nie wiem, czy babka nie chciała mu pomóc, czy bieda taka panowała, czy po prostu nie było możliwości wysłania takiej paczki. Wiem tylko, ze Zenek przestał pisać a babka przestała o nim wspominać…
- Wiem, nie powinno się źle mówić o zmarłych, ale moja babka była naprawdę dziwaczną, kłótliwą i egoistyczną kobietą. Sprzedawała jajka a za pieniądze w ten sposób uzyskane kupowała sobie cukierki. Potem trzymała je w zamkniętej na kluczyk drewnianej skrzynce, która stawiała zawsze wysoko na szafie żebyśmy my, dzieciaki nie mogły się dostać do jej bezcennej zawartości…Pod koniec lat czterdziestych zachorowała na raka żołądka. Przechodziła niewyobrażalne męczarnie. Dom pełen był jej krzyków, jęków i przekleństw…Jedynym, co ją znieczulało i na chwilę uciszało był alkohol. Upijała się więc do nieprzytomności i zasypiała w stodole na sianie.
- Pamiętam taki dzień, gdy nie było skąd i za co zdobyć bimbru. Babka przy mojej pomocy dokaraskała się jakoś do studni i tam, wprost z kolejnych, wyciąganych przeze mnie wiader, piła lodowatą wodę…
- Heniuś! Heniu kochanieńki!Wnuczusiu najmilejszy!  – zawodziła – Ja tobie wszystkie cukierki dam. I czekoladę, co ją mam schowaną na czarną godzinę. Tylko ty zdobądź dla mnie choć butelczynę, chociaż kieliszek gorzałki. Błagam! – jęczała, ściskając mnie mocno za rękę i nie potrafiąc zaznać ani chwili ukojenia…

- No i co się z nią stało? – wstrząśnięta jego zwierzeniem pytam wreszcie nieśmiało, przerywając kolejną, dłuższą chwilę milczenia, w czasie której Henio oddychał ze wzburzeniem i na przemian bezradnie splatał i rozplatał palce.
- Kilka dni potem babka umarła. Pod siennikiem jej łóżka odkryliśmy zlepione w jedną, ohydną masę ogromne ilości cukierków i czekoladek oraz zawinięte w chustę listy od Zenka.
- Parę dni po jej pogrzebie, moja mama poprzez Polski Czerwony Krzyż rozpoczęła starania o odnalezienie wuja. Nie wiadomo czemu wierzyła, miała wręcz pewność, że wuj żyje i wreszcie się do niej odezwie…
- Jednak lata mijały i wciąż nie udawało się trafić na choćby najmniejszy jego ślad …

- Wreszcie, trzeciego dnia pobytu w obozie w Prabutach, podczas cudownie obfitego śniadania, na które uraczono nas chlebem z masłem, rozpływającą się w ustach pasztetową i przepysznym salcesonem dostarczono nam do stołówki tak długo wyczekiwany list.

- To cudownie odnaleziony wuj Zenek pisał z kaszubskiego miasteczka, że zaprasza nas wszystkich do siebie…

wtorek, 7 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka - cz.2. "Za chlebem"





   Henryk nie lubi opowiadać o swoim dzieciństwie. Mówi, że to dla niego najgorszy okres w życiu. Po 1948 roku zaczęły się masowe wywózki Polaków na Syberię. Na ludzi padł blady strach. Nikt nie był pewny dnia ani godziny. Ojciec robił, co mógł by uchronić przed wywiezieniem swą rodzinę. Jeździł do urzędów, wciskał prezenty, pił z kim należało i we wszystkim potakiwał tym pyzatym, chamskim kierownikom kołchozu albo naczelnikom obwodu… 
   Bieda coraz gorsza była i nieustanny głód, który doprowadzał do tego, iż ludzie patrzyli na siebie wilkiem. Starcy umierali. Dzieciaki płakały i błagały o cokolwiek do zjedzenia a bezradne matki zagryzały tylko usta i gotowały jakieś cienkie polewki na obierkach ziemniaków albo na pokrzywach... Sąsiedzi i znajomi żyli z dnia na dzień. Wszyscy poniżeni, stłamszeni przez system, wyzuci z honoru i subtelnych marzeń...Bo przecież jedynym marzeniem było poczucie bezpieczeństwa i jedzenie! Mała, codzienna kromka chleba z masłem!

- Kiedyś, jako nastoletni chłopak wyszedłem na pole. Nade mną niebo było niebieściutkie, spokojne i wszechwładne. A mnie tak mocno głód trzewia ściskał, że żułem koniczynę i szczaw a od tego brzuch tylko bolał. I ukląkłem na tym polu. Dłonie jak do modlitwy złożyłem. Oczy wzniosłem do góry i łkając, zawołałem:
- Boże, Boże jedyny! Spraw by nadeszły kiedyś takie dobre czasy bym mógł codziennie kromkę chleba zjeść. Niczego więcej nie chcę! Tylko tego! Błagam! Spraw to, Boże mój kochany! – głos Henryka drżał. Słyszałam w nim ogrom ówczesnej młodzieńczej nadziei i rozpaczy. Tamtą straszliwą bezradność. A potem zamilkł i tylko jego przyspieszony oddech świadczył o tym, że nie może się otrząsnąć z niewesołych wspomnień. A mnie serce się ścisnęło, bo nagle zrozumiałam dlaczego w domu Henryka zawsze musi być zapas chleba. I nigdy ani jeden kawałek, ani jeden okruch się nie marnuje.
 -Przecież nawet mocno czerstwy chleb można rozmoczyć w mleku i zjeść ze smakiem – przekonuje czasem rodzinę, obserwującą z jakim namaszczeniem  szykuje sobie kolejne skromne śniadanie, podczas gdy w lodówce leżą wędliny i kilka gatunków serów.

- Ach, po co akurat do tamtych koszmarnych czasów wracać, gdy potem było o wiele ciekawiej i weselej…? – chrząknął wreszcie, przerywając tę pełną nabrzmiałych uczuć ciszę.

   Pytam więc, czy poza tymi smutnymi wspomnieniami ma też jakieś pogodne? Czy są takie chwile, które wywołują jego uśmiech.Czy na służbie lepiej mu było, niż w domu?
Zamyśla się, wzdycha…

 - Wiesz Olu, tam na tej służbie to byłem ponad dwa lata. Tęskniłem za bliskimi, ale do domu wracałem tylko na święta a z tamtą rodziną zżyłem się, jak z własną… - wzrusza się i znowu milknie.
- Jak tam u nich było? Co takie małe dziecko mogło w ogóle robić? – zadaję pytanie, bo mimo wszystko chciałabym się dowiedzieć czegoś więcej o tamtych czasach.
- Gospodyni czasem gotowała nam zacierki na mleku albo ziemniaki słoniną omaszczone...Pamiętam, siadaliśmy gromadnie wokół stołu. Każdy ze swoją łyżką w dłoni. I patrzyliśmy jak zaczarowani na wielką, parującą miskę strawy, którą ta dobra kobieta stawiała przed nami. Rzucaliśmy się wszyscy do jedzenia. Nikt nic nie mówił, bo szkoda czasu było na rozmowy. Jedliśmy na wyścigi ze wspólnej misy, tylko łyżki dzwoniły...Nawet przytyłem tam trochę! Mamusia nazachwycać się nie mogła moimi pełnymi policzkami, kiedy mnie na święta w domu powitała... - Henryk zwierza się z tym charakterystycznym, kresowym zaśpiewem w głosie i uśmiecha z rozczuleniem. Chyba znowu w tej chwili jest tamtym małym, sytym i szczęśliwym Henryczkiem!

- A co tam na służbie robiłem? Zimą przeważnie zajmowałem się najmłodszymi dzieciakami gospodarzy. Bawiłem brzdące a starszym w lekcjach pomagałem. Zwłaszcza w matematyce, bo zawsze dobrze mi szło liczenie. Zwierzęta gospodarskie też ja często karmiłem. Najbardziej lubiłem do świnek chodzić. Głaskać te ich śmieszne ryjki. Słomkami łaskotać...
- Przez ciepłe miesiące pasałem bydło, pomagałem na polu albo przy układaniu drzewa na opał. A raz, gdy gospodarz zostawił siekierę wbitą w pieniek i pijany poszedł spać, to ja kupę drzewa sam porąbałem. Bo okazało się, że chociaż mały byłem i szczuplusieńki, to bardzo silny. I potrafiłem udźwignąć takie kloce, jakim starsi ode mnie chłopcy nie dawali rady. W bójkach też byłem niezły, ale nie ma czym się chwalić…

- Mieszkała tam w sąsiedztwie pewna bardzo ładna dziewczynka. I to ją pamiętam z tamtych czasów najwyraźniej.
- Miała cudownie czarne włosy i ciemne jak smoła oczy. I tak ślicznie się uśmiechała, że wzroku od niej oderwać nie można było – głos mężczyzny stał się tkliwy, miękki i drżący. Czułam, że znowu przeżywa mocno tamte chwile.
- Chodziliśmy razem do lasu na grzyby. I ja wkładałem do jej koszyka wszystko, co nazbierałem. A potem ona dla mnie wybierała najładniejsze prawdziwki, żeby się moja gospodyni nie gniewała…
- Marysia jej było na imię. Czasem rozpuszczała swój długi warkocz i wplatała kwiatki we włosy. Wiedziała, że mi się podoba. Śpiewała dla mnie takie cudne piosenki, których ją babunia nauczyła. Nie te rosyjskie, wszechobecnie natrętne, ale delikatne, melodyjne, stare polskie pieśni…A jak biegła do domu i który kwiatek jej wypadł, to ja go zbierałem i do kieszeni ukradkiem wkładałem. I gdy już wszyscy spali trzymałem go mocno do nosa przyciskając i marząc, że się kiedyś z tą Marysią ożenię! – Henryk poważnieje nagle i znów przerywa opowieść.
- I co się stało potem z tą dziewczynką? – nie odpuszczam, choć wiem, że pewnie zaraz dowiem się czegoś smutnego.
- Gdzieś tak na początku lat pięćdziesiątych Marysia wraz ze swymi bliskimi zniknęła nagle. Pewnej nocy cała jej dziesięcioosobowa rodzina przepadła po prostu jak kamień. Została po nich pusta chata. I moje suche kwiatki, które trzymałem potem długo w książeczce do nabożeństwa. Nigdy więcej już Marysi nie spotkałem. Zresztą nie szukałem jej nawet. Tyle innych rzeczy się działo…

- W jakiś czas potem rodzice zaczęli starać się o zgodę na wyjazd do Polski.
 -Wiesz, mnóstwo repatriantów wówczas wracało. My nie mogliśmy wtedy wyjechać…
 -Kiedy już wszystkie, potrzebne dokumenty były w urzędzie repatriacyjnym złożone okazało się, że mama znowu jest w ciąży. Zaledwie w miesiąc po przyjściu na świat mojej najmłodszej siostrzyczki dostaliśmy pozwolenie na wyjazd. Ale to była bardzo mroźna zima. Siostrzyczka była maleńka i chorowita, więc trzeba było odłożyć podróż.
- Wyjechaliśmy w ostatniej turze repatriacji w 1956 czy może siódmym roku…Nie umiem sobie teraz przypomnieć dokładnej daty.
- O wyjeździe dowiedziałem się z listu rodziców, który wysłali do mnie do Karelska, gdzie pracowałem jako elektromonter tuż obok granicy z Finlandią.

  ...Tkwiłem akurat z dziesięć metrów ponad ziemią, mocując do drewnianego słupa druty i operując wielkimi obcęgami, gdy usłyszałem głos brata, który pracował tam razem ze mną, ale akurat tego dnia został w baraku, bo na coś tam niedomagał. Wokół nas była niezmierzona, biała przestrzeń śniegów, zamarzniętych, ogromnych jezior i wystających gdzieniegdzie spomiędzy pofalowanych zasp srebrzystych, pokrytych szronem i lodem, porostów. Widziałem to wszystko z góry i chociaż już ponad dwa lata pracowałem w tamtych stronach, wciąż nie mogłem się tym surowym pięknem nazachwycać.

- Heniu! Heniu – wołał z dołu brat dziwnie podnieconym głosem.
- Złaź szybko, to coś ci powiem!
- Gadaj teraz Grzesiek!-  odkrzyknąłem zirytowany! - Widzisz przecież, że mam robotę!
- A rzućże już w diabły tę całą robotę! To teraz nieważne! – wołał tamten, stojąc na mrozie bez czapki i wymachując szaleńczo jakimś kawałkiem papieru.

   Zlazłem więc niechętnie, mrucząc jakieś niezbyt cenzuralne wyrazy pod adresem zwariowanego, starszego brata. Tamten porwał mnie w objęcia. Wycałował serdecznie a potem obwieścił.
- Gomułce udało się nareszcie załatwić u władz radzieckich zgodę na wysiedlenie Polaków z naszych stron!
- Wyjeżdżamy stąd chłopie! Heniuś! Nareszcie wyjeżdżamy do Polski! – ryknął mi wprost do ucha a potem odtańczyliśmy na tym karelskim śniegu niedźwiedzi taniec radości…


niedziela, 5 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka - cz.1, "W domu rodzinnym"





   Henryczek urodził się i dorastał w maleńkiej wiosce na Wileńszczyźnie. On, trzy młodsze siostry i dwóch starszych braci. Przed wojną rodzinie powodziło się nieźle. Był duży dom. Kilka krów, konie i świnie. Ojciec gospodarzył całą gębą i jego dzieciakom niczego nie brakowało. Jednak wkrótce po zajęciu terenów litewskich przez Rosjan sytuacja zmieniła się diametralnie. Tatko Henryczka nadal ciężko pracował, lecz radziecka władza większość z tego, co zarobił zabierała. W domu czasem ledwie trochę kapusty i ziemniaków się uchowało a chleb często był rarytasem. Dzieci nie miały porządnych butów i nawet zimą szły do szkoły owijając nogi onucami i wdziewając jakieś liche łapcie. A w szkole wszechwładna propaganda wkładała im w głowy historie o szlachetnych bohaterach armii radzieckiej, o pięknie socjalistycznych idei, o świetlanej przyszłości oraz o elementach złych i niegodnych uczestnictwa w tej cudownej rzeczywistości – kułakach i spekulantach. Wierzyły w to wszystko i z zazdrością popatrywały na rówieśników- komsomolców obnoszących na szyjach  dumnie swe czerwone chustki.

   Tatuś Henryczka nazywany był kułakiem, bo wciąż jak na socjalistyczne standardy miał za dużo. A na dodatek żeby było w przyszłym roku co dzieciakom dać do jedzenia chował w chlewiku aż dwie młode świnki. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, czyli w samą porę wykryto to przestępstwo i świnki powędrowały do kołchozu. Ośmioletni Henryczek łkał bezradnie w pustym chlewiku, gdy wrócił ze szkoły i odkrył, że legowisko oswojonych przez niego zwierzątek jest puste. Tyle razy zachodził do nich żeby przenieść a to skórkę od chleba a to trochę obierków z ziemniaków czy buraków. Świnki witały go zawsze mądrym i czułym spojrzeniem, łasząc się do dzieciaka lepiej niż psy. Tulił się do nich, śpiewał im świeżo wyuczone w szkole rosyjskie piosenki, czasami zasypiał wciśnięty między ich ciepłe boki. Zdawał sobie sprawę, że świnki hodowane były na mięso, ale mimo to przywiązał się do nich i nie myślał o momencie, gdy trzeba będzie się z nimi pożegnać. A teraz ta nagła pustka w chlewie tak go przejęła, że powlókł się do domu ponuro, nie potrafiąc schować przed rodzicami łez.
   Mamusia przygarnęła go do piersi i z ogromną tkliwością, tarmosząc jasną czuprynę chłopca popatrzyła porozumiewawczo na męża. Ten delikatnie musnął dłonią ramię synka a potem nagle zdecydowawszy się na coś siadł na zydlu by owinąć nogi ciepłymi onucami. Wziął siekierkę i wyszedł z domu, kierując się ku widocznemu na horyzoncie lasowi świerkowemu. A zima 1947 roku w tamtych stronach była ostra, śnieżna i dokuczliwa poprzez zawieje, dujawice i porosłe twardą jak kamień lodową skorupą zaspy. Ojciec wyszedłszy na dwór zmrużył oczy od tej wszechobecnej, oślepiającej bieli. Mocniej wcisnął lisią czapę na uszy, skurczył się w sobie i poszedł.

- Cicha noc, święta noc… - zanuciła mama patrząc za nim i ocierając przy tym wilgotne nagle oczy. Potem otworzyła zamknięty zwykle na kluczyk wielki kredens kuchenny i wydobyła stamtąd słodką, twardą kostkę ciasta zanurzoną w miodzie. I zaraz dała ją na pociechę najmłodszemu, najbardziej ukochanemu ze wszystkich synkowi. Kilka dni temu udało jej się uszykować trochę śliżyków w wielkiej tajemnicy przed dziećmi. Gdyby odkryły te ukochane słodkości w domu tak długo by marudziły i błagały, aż by połowy nie zjadły. A to przecież na wigilię. Najskromniejszą od lat ich wspólną, świąteczną wieczerzę.

- Zjedz syneczku szybciutko a potem idź Heniuś do sióstr. One tam łańcuchy ze słomy splatają i gwiazdki z papieru wycinają. Pomóż im, bo ja tu swoją robotę mam! - poprosiła mama, wypychając go wreszcie do drugiej izby. I zaraz zabrała się za odcedzenie ugotowanych wczoraj suszonych prawdziwków. Przemieli je w maszynce do mięsa, usmaży cebulki, zamiesi ciasto i zrobi ulubione przez wszystkich smażone uszka, zwane na Wileńszczyźnie grzybowikami.

   Poszedł bez ochoty. Siostrom nie bardzo szło. Ich małe, nieporadne rączki nie radziły sobie z tą wymagającą precyzji pracą. Do tej pory zawsze pomagali im w tym starsi bracia. Jednak w tym roku poszli do pracy w odległym mieście i dobrze będzie jak na wigilię do domu zjadą. Teraz Henryczek był starszym bratem i chcąc nie chcąc musiał przejąć nad siostrami opiekę. Zagarnął na jedną stronę stołu papier a na drugą długie nitki słomy i uspokajając sztucznie grubym, prawie dorosłym głosem rozgadane siostrzyczki cierpliwie pokazywał im, co trzeba po kolei robić.

   Po jakimś czasie dzieci usłyszały głośne tupanie w przedpokoju. A chwilę potem do izby wszedł w wielkiej, ośnieżonej czapie ich tatuś, niosąc przed sobą pachnącą choinkę z kołchozowego lasu. Wiele ryzykował, idąc po nią. Było już paru, którzy ogromne kary w tym roku za nielegalną wycinkę świątecznych drzewek zapłacili. Jeden nawet do „tiurmy” za to popadł. Jednak jakże to mogła się wigilia bez pachnącej choinki odbyć? Jak tu dzieciakom przyjemności nie zrobić? Jak nie osłodzić rodzinie tych ciężkich, coraz cięższych ostatnio chwil?

- Tatku, tatuniu kochany! – dzieciarnia przypadła radośnie do niego. Kleiły dotąd te świąteczne ozdoby bez entuzjazmu, bo nie było wiadomo, na czym je potem będą mogły zawiesić. Może tylko wokół okna, jak w zeszłym roku? Ale co to za święta bez choinki?!

   Gromadna i radosna była wigilia tego roku. Rodzina śpiewała kolędy do późna a gdy już rodzice zmęczeni przysiedli w izbie kuchennej, szepcząc o sytuacji politycznej Polski, o wciąż niegasnącej nadziei na lepsze jutro, dzieciaki wymknęły się z domu, żeby na ślizgawce poszaleć. Pobiegły nad pobliskie jezioro, które od kilku tygodni skute grubym lodem wspaniale nadawało się do tego typu zabaw. Nie miały łyżew, więc do nóg poprzywiązywały sobie jakieś żelazne szyny, listwy czy posmarowane świeczką deszczułki. I w jasną, bezchmurną, księżycową noc długo jeździły na ślizgawce, ciesząc się beztroską i świątecznie pełnymi brzuchami. Starsi bracia też bawili się z nimi, przypomniawszy sobie znowu o tym, że chociaż mają szesnaście, siedemnaście lat, to wciąż jeszcze dziecięce igraszki są dla nich przyjemnością.

   Kiedy już wszyscy spali Heniu wstał z łóżka i poszedł sam jeden choinką pięknie ustrojoną się nacieszyć, przez okno na bielusieńki, skrzący iskierkami śnieżnymi świat popatrzeć.
   Westchnął. Przymknął oczy. Dziwne jakieś przeczucia go opadły i wizje. Zdało mu się, że widzi siebie samego jak brnie gdzieś daleko, daleko po śniegu. Że źle mu i smutno na sercu, bo sam jest, samiusieńki jak palec i tylko o swoich rodzicach w ciepłym domu zostawionych rozmyśla, o małych siostrzyczkach i kolegach szkolnych. Wreszcie otworzył oczy i aż przetarł je ze zdumienia. Wydało mu się, że widzi przy chlewiku dziwną postać. Mróz mu po krzyżu przeleciał. Głos w gardle uwiązł zdławiony. Oto rozpoznał bowiem postać Najświętszej Panienki, która ciepło otulona siedziała na osiołku i uśmiechała się do niego łagodnie. A po chwili usłyszał w głowie jej szept. Cichy i kojący, jak szmer strumyka.  Ciepły i czuły jak kołysanka matczyna.

- Nie bój się Henryczku! Wszystko będzie dobrze! Nie trwóż się dziecko niczym i idź spokojnie teraz spać.

   A potem święta postać rozpłynęła się w szarej, napływającej od wschodu mgle a Henryczek wzruszony i przejęty wsunął się pod pierzynę do łóżka, przylgnąwszy z całej siły do gorących boków braci.
Zasnął od razu twardo jak kamień. Rano, po przebudzeniu natychmiast chciał o swojej niezwykłej, nocnej wizji matusi opowiedzieć, ale ona stwierdziła tylko, iż się to wszystko zmęczonemu dzieciakowi przyśniło. A że sen był dobry, to i cieszyć się trzeba.

   I znowu popłynęły zwykłe, codzienne dni. Zaczął się Nowy Rok a rodzinie Henryczka coraz gorzej się działo. Państwo radzieckie takie kontrybucje na chłopów nałożyło, że ledwie zipali. Głód ludziom w oczy zaglądał i wilkiem na siebie patrzyli, bo donosicielstwo i obmowy szerzyły się coraz bardziej.

   Pod koniec stycznia mamusia i tatuś wzięli Henryczka na rozmowę. Wytłumaczyli mu, iż nijak inaczej być nie może tylko na służbę musi dzieciak iść do bogatych gospodarzy w trzeciej wsi mieszkających.

- Tam ci jeść dadzą. Spać sobie będziesz ciepło w obórce z ich parobkami. Pomożesz gospodarzom, w czym się da a na wiosnę, jak ciepło już będzie do nas wrócisz!
- To dla Twojego i naszego dobra synku! – dodała mamusia, widząc zbierające się w oczach Henryczka łzy żalu i niezrozumienia.
- Heniu! Tam Ci nie będzie źle. To dobrzy gospodarze. Ugadaliśmy się z nimi i nie pokrzywdzą cię wcale. A tutaj, sam wiesz! Każda dodatkowa gęba do jedzenia to kłopot – dodał ojciec udawanie surowym, twardym głosem, w którym jednak słychać było nutki wzruszenia i wstydu.
- To kiedy mam iść? – wyjąkał chłopczyk widząc, iż mowy nie ma, by jakoś rodziców przebłagać.
- Jutro pójdziesz z samego rana, to przed wieczorem do nich dojdziesz. Ciepło się ubierzesz. Ojciec ci nawet swoją czapę lisią da! – A ja już Ci na drogę zaraz pierogów z ziemniakami zrobię. Specjalnie dla Ciebie trochę ich schowanych trzymałam – westchnęła matka i stęknąwszy, bo bardzo bolały ją spracowane kości wstała, by za robotę się wziąć.

   I przyszedł dzień następny, gdy Henryczek musiał pożegnać się z rodziną. Zostawić wszystko, co bliskie i kochane i pójść odważnie w ten daleki, nieznany świat za las, za rzekę, za dolinę i za niezmierzone połacie śnieżnych, obcych równin…

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia