piątek, 31 maja 2013

Emigrantki, cz.2 - "Maneka"




   W grupie dla początkujących zaciekawiła mnie swoim egzotycznym wyglądem i pełnym wesołości zachowaniem pewna piękna, młodziutka dziewczyna ze Sri Lanki o imieniu Maneka. Ubrana zawsze w tradycyjne, kolorowe sari. Z gładko zaczesanymi do tyłu długimi, czarnymi włosami oraz z namalowaną między brwiami czerwoną kropką, z którą bardzo jej było do twarzy. Przyozdobiona w delikatne kolczyki i orientalny wiosiorek. Gestykulująca żywo, coś opowiadająca koleżankom na migi i wybuchająca raz po raz perlistym śmiechem. Niedługo potem dowiedziałam się, iż owa kropeczka na jej czole, zwana bindi, jest w hinduizmie symbolem i gwarantem pomyślnego małżeństwa.
   Siedziała przy sąsiednim stoliku. Widać było, że zna już dobrze parę osób i czuje się w ich towarzystwie swobodnie. W szerokim uśmiechu pokazywała bialutkie, równe zęby gwiazdy Bollywoodu i widać było jak bardzo podoba się nielicznym w klasie panom. Miała jednak ten sam problem z angielskim, co ja. Była dobra w gramatyce i pisowni a mierna w mowie. Wszystkie zadania i ćwiczenia odrabiała w lot, ale gdy przyszło do głośnego wypowiadania się na forum klasy czerwieniała gwałtownie, milkła i widać było, że marzy o tym, by jak najprędzej dano jej święty spokój. Czym innym jest przecież szeptanie do kogoś przy stoliku a czym innym wypowiadanie się pod obstrzałem kilkudziesięciu spojrzeń obcych ludzi. Toteż nauczycielka po kilku bezskutecznych próbach wyciągnięcia z niej choćby słowa wreszcie odpuszczała i zajmowała się innym delikwentem.
   Bo byli i tacy, co to uwielbiali mówić, za to pisanie nie szło im ani w ząb. Tak było na przykład z sympatyczną Sudanką – Ngabony. Ta dwudziestosześcioletnia matka pięciorga dzieci i właśnie spodziewająca się szóstego wypowiadała się z godną pozazdroszczenia łatwością a jej zasób słownictwa był imponujący. Potem, gdy poznałam ją lepiej dowiedziałam się, iż jest już w Australii od siedmiu lat. Ma australijskie obywatelstwo oraz prawo jazdy. Pracuje dorywczo jako sprzątaczka w fabryce. Ma zamiar dostać się na kursy zawodowe i zostać pielęgniarką. A gdy już to osiągnie to zrealizuje największe marzenie swego życia – powrót do Sudanu i pomoc rodakom, gnębionym wciąż przez kolejne wojny domowe i rewolucyjne przewroty. A dlaczego Ngabony miała taki problem z pisaniem? No cóż – z Sudanu przyjechała jako analfabetka. Wszystkiego uczyła się od podstaw w nowym kraju. I muszę przyznać, że dzięki odwadze, ambicji i uporowi osiągała naprawdę wiele!



   Ale wróćmy tymczasem do Maneki. Z kilku słów, które doleciały do mnie kiedyś w czasie przerwy śniadaniowej wiedziałam, iż jest w Australii od kilkunastu miesięcy. A tuż przed wyjazdem ze Sri Lanki ta niespełna osiemnastoletnia dziewczyna wyszła za mąż. Mąż pracuje tu w jakiejś orientalnej restauracji i nieźle się im finansowo wiedzie. Maneka marzyła więc o kupnie wielkiego domu i o sprowadzeniu do nowego kraju swojej wieloosobowej rodziny.
   Po kilku dniach w cichej, bezpośredniej rozmowie w cztery oczy Maneka zwierzyła mi się, że razem z mężem są uchodźcami. Na małym statku rybackim udało im się nielegalnie opuścić ojczyznę i po wielu męczących tygodniach żeglugi dotrzeć do wybrzeży Australii. Potem przebywali przez jakiś czas w obozie dla nielegalnych emigrantów a wreszcie po uzyskaniu oficjalnego statusu uchodźców politycznych zamieszkali z osiadłą tu już od kilkunastu lat daleką rodziną męża. Dla takich, jak ona emigrantów Australia była i jest niczym wyśniony raj. Oaza spokoju i dobrobytu. Prawie każdy w Sri Lance marzył o dostaniu się do kraju kangurów i o bajecznej odmianie swego losu. A ten, komu się to wreszcie udało uznawany był przez pozostawioną w ojczyźnie rodzinę za wielkiego szczęściarza!
Czy jednak sam fakt emigracji jest wystarczającym powodem do szczęścia?

   Maneka pragnęła nade wszystko przyjazdu swej matki i sióstr albowiem męża poznała zaledwie miesiąc przed ucieczką ze Sri Lanki i wciąż czuła się w jego towarzystwie samotna. Był od niej o wiele starszy, milczący, poważny i surowy, skupiony na swojej pracy i interesach, w które nie miał zamiaru jej wprowadzać. Na dodatek Maneka była w dość zaawansowanej ciąży i nie umiała sobie wyobrazić, iż podczas czekającego ją za kilka miesięcy porodu nie miałaby jej troskliwie w nim pomagać matka, czy też ukochana, starsza siostra. Jakie jednak były szanse na to, iż komukolwiek z jej rodziny uda się jeszcze wydostać z pogrążonego w chaosie bratobójczych walk kraju? Niewielkie! Mąż Maneki musiałby mieć obywatelstwo australijskie i zaprosić ich oficjalnie do siebie. Ani bowiem jej matka ani siostry nie poważyłyby się na szaleńczą, niebezpieczną i bardzo drogą podróż przez ocean do nowej ojczyzny Maneki.
   Samotna Maneka uwielbiała chodzić do naszej szkoły dla emigrantów. Dzięki niej poznała wiele sympatycznych rówieśniczek. Pokazała jak bystrą i inteligentną jest dziewczyną. Jak szybko rozwiązuje wszelkie łamigłówki językowe i jak w krótkim czasie umie poczynić ogromne postępy w nauce angielskiego. Nic dziwnego więc, że nasza nauczycielka doceniła jej możliwości i razem ze mną i jeszcze jedną emigrantką o imieniu Saheera przeniosła do nowej, bardziej zaawansowanej grupy. To był dla nas ogromny awans i wyzwanie. W starej grupie osiągnęłyśmy już wszystko, co się dało. Czas był na następny skok w nieznane!
   Nam, nowym zdawało się jednak, iż nigdy nie dorównamy umiejętnościom i zasobowi słownictwa kolegów i koleżanek z następnej grupy. Każdy wyrażał się tam z ogromną swobodą i pewnością, a my biedne, przerażone ich mądrością siedziałyśmy zacukane, słowa nie umiejąc z siebie wydobyć. Najchętniej wszystkie wróciłybyśmy natychmiast do poprzedniej grupy. Zdawałyśmy sobie jednak sprawę, że to niemożliwe. Rozumiałyśmy przecież, iż  nie wolno cofać się, ale docenić to i cieszyć się a nie bać, iż ktoś mądrze i odpowiedzialnie popchnął nas do lotu. Dlatego mnie i Saheerze po kilku dniach minął ten przytłaczający stan oszołomienia, lęku i niewiary w siebie. Niestety, Maneka zamknęła się w sobie i nie potrafiła przemóc nieśmiałości oraz lęku przed odezwaniem się na forum klasy. W czasie przerw śniadaniowych biegła do starych koleżanek z poprzedniej grupy i tylko tam się uśmiechała, jak dawniej.

   Kilka dni potem Maneka przestała przychodzić do szkoły. Martwiłyśmy się o jej stan, bo była już w siódmym miesiącu ciąży i miała prawo kiepsko się czuć. Nie wiedziałyśmy też czy ta jej absencja nie wynika przypadkiem z jej niechęci do nowej grupy i obaw z przeniesieniem do niej związanych. Czas mijał. Ja i Saheera nawiązałyśmy sympatyczne znajomości wśród koleżanek z klasy. Już nie czułyśmy się tak obco i nie na miejscu. Wszystko rozwijało się pomyślnie. Cieszyłyśmy się, że dane nam jest poszerzać swoją wiedzę, rozwijać zdolności i poznawać ciekawych ludzi. Tylko Maneki wciąż nie było…

   W jakiś czas potem nasza nauczycielka Gwen otrzymała informację, że Maneka urodziła zdrowego chłopca i zaproponowała, by specjalna delegacja z klasy poszła do jej domu z gratulacjami i prezentem od nas wszystkich.

- Na pewno Manece miło będzie wiedzieć, iż o niej pamiętamy i że czekamy na jej powrót! – powiedziała a nam bardzo się ten pomysł spodobał. Zebralismy się po dwa dolary od każdego, co starczyło na ładny bukiet i na album na fotografie.

  Kilka osób, w tym Saheera i ja pojechałyśmy do odległej dzielnicy, gdzie mieszkała Maneka. Nigdy tam jeszcze nie byłyśmy. Z trudem znalazłyśmy jej mieszkanie. Mieściło się w piętrowym, wielorodzinnym budynku z czerwonej cegły. Zapukałyśmy. Drzwi otworzył starszy mężczyzna w turbanie. Kiedy onieśmieleni wydukaliśmy, z jaką sprawą przyszliśmy spojrzał na nas z chłodnym zdziwieniem. Niechętnie wziął od nas kwiaty i album. Powiedział, że przekaże to żonie i bez ceregieli zamknął drzwi.
I to było tyle. Odeszliśmy jak niepyszni.

   Maneka nigdy więcej nie pojawiła się w naszej szkole. Kolejne próby kontaktu z nią  nie powiodły się. Nie wiem, czy jest szczęśliwa? Czy jakoś odnalazła się w nowej ojczyźnie? Czy doczekała się wreszcie przyjazdu matki i sióstr? Nie wiem. Mam tylko nadzieję, że uśmiecha się do swego synka i wspomina czasem z sympatią naszą szkołę dla emigrantów…

wtorek, 28 maja 2013

Emigrantki - cz.1 - "Tihoa"






   Saheera, Shadi, Tunde, Tihoa, Maneka, Sajuri  - oto niektóre z egzotycznych imion kilku niezwykłych kobiet poznanych przez mnie niegdyś w Australii. Chciałabym o nich napisać póki jeszcze coś pamiętam, póki polska codzienność nie wymaże zupełnie kolorowych, australijskich migawek z mych wspomnień i snów. Chciałabym też w ten sposób być jeszcze raz bliżej nich i przypomnieć sobie najbardziej wzruszające, ciepłe momenty, w których byłyśmy razem i dzieliłyśmy się swoimi doświadczeniami, wspomnieniami i marzeniami.

   Gdzie je spotkałam? W szkole języka angielskiego, do której uczęszczałam w rok po przyjeździe do kraju kangurów. Rząd australijski gwarantuje bowiem każdemu emigrantowi prawo do bezpłatnej, kilkusetgodzinnej nauki angielskiego. Można szlifować ten język na każdym poziomie. Można też sukcesywnie poznawać jego podstawy.
   Moja angielszczyzna w momencie osiedlenia się tam była na dość marnym poziomie. W młodych latach chodziłam wprawdzie na roczny kurs językowy a kilka miesięcy przed przylotem na Antypody przerobiłam samodzielnie kilka podręczników gramatycznych by przypomnieć sobie cokolwiek. Zdawałam sobie jednak sprawę, iż w zetknięciu z językiem mówionym moja książkowa wiedza na niewiele się zda. I rzeczywiście! Zawstydzona i nie pojmujaca co najmniej połowy z tego, co na miejscu do mnie mówiono baraniałam zupełnie i czułam się jakbym przebywała na obcej planecie. Najchętniej we wszystkim zdawałabym się na Cezarego, chowając się wciąż za nim i nim się wyręczając. Jednak zdawałam sobie też sprawę z tego, że zachowuję się jak dziecko i powinnam wreszcie przełamać swą nieśmiałość oraz lęk przed kontaktami z tubylcami. Dlatego wreszcie odważyłam się i zdecydowałam na pójście do owej szkoły dla emigrantów.

   Było to dla mnie niesamowite przeżycie! Sama przez siebie rzucona na głęboką wodę weszłam pierwszego dnia nauki do wieloosobowej, wielorasowej klasy, w której nikt nie mówił słowa po polsku a jedynym możliwym sposobem porozumienia było wydukanie z siebie czegoś w języku Szekspira oraz pilne wsłuchiwanie się w słowa nauczycieli i zawstydzonych swoją niewiedzą uczniów.
   Trafiłam do grupy dla początkujących, albowiem na testowej rozmowie z przyszłą nauczycielką z nerwów nie byłam w stanie wydusić z siebie ani słowa! Usiadłam przy stoliku z dwoma Chinkami, jedną Wietnamką, Etiopką, Sudanką i Białorusinką! Omal nie zakwiczałam z radości, gdy Białorusinka robiąc mi miejsce obok siebie odezwała się do mnie dziwną mieszanką rosyjskiego i angielskiego:

-Izwienitie, sorry, dawajcie zdies, sit down, siuda proszu!

-Wy gawaritie po russki?! – wyszeptałam z przejęciem, ciesząc się, że przynajmniej rosyjski nadal brzmi dla mnie znajomo i lata nauki w liceum oraz na studiach nie poszły całkiem na marne. Chwilkę poszeptałyśmy do siebie i już zaczęła się pierwsza lekcja.
   Powoli opadły ze mnie zbędne nerwy i emocje. Okazało się, że australijska nauczycielka mówi tak wolno i wyraźnie, iż byłam w stanie zrozumieć wszystko oraz wykonać bez trudu kolejne ćwiczenia i polecenia.
   Z dyskretną ciekawością przypatrywałam się koleżankom z mego stolika oraz całej, liczącej około dwudziestu pięciu osób grupie. Zdecydowanie najwięcej było w niej Azjatów i Afrykanów. Otaczały mnie śliczne Chinki, Tajwanki, Kambodżanki, Tajki i Japonki. Było tam także kilkoro Europejczyków – Rosjan, Ukrainek, jeden Hiszpan, Portugalczyk i jakaś samotna Bułgarka. Każde z nich znało parę słów po angielsku, jednak owa angielszczyzna, zniekształcona ich akcentami oraz dziwaczną artykulacją była zupełnie dla mnie nieczytelna. Jedyną osobą, która we wręcz czarodziejski sposób potrafiła nas zrozumieć była nasza nauczycielka, Judith.
   Okazało się także, iż najstarsza w grupie osoba – siedemdziesięciokilkuletnia Wietnamka Tihoa, przebywająca w Australii już od trzech lat mówi całkiem nieźle a na dodatek chętnie pomaga nieopierzonym emigrantom we wzajemnym zrozumieniu oraz w przełamaniu wstydu i lęku, będącego nieodłączną częścią tych pierwszych kontaktów.
   Przyjrzałam się jej z ciekawością i zauważyłam, iż jest niezwykle ciepłą, emanującą spokojem i pogodą ducha osobą. A nieskończone pokłady jej cierpliwości ośmielały koleżanki, by zagadywać ją chociażby na migi i prosić o pomoc w rozwiązywaniu językowych łamigłówek. Pewnie znacie takie osoby? Działające na innych jak blask domowego ogniska, jak siostrzana, serdeczna dusza, w cieple której chciałoby się przebywać stale i obdarzać ją w zamian sympatią i szacunkiem.
   W czasie przerwy śniadaniowej skwapliwie przysiadłam się więc do niej. I już wkrótce popijając gorącą kawę jadłyśmy zgodnie nasze przyniesione z domu wiktuały. Ja pochłaniałam zwykłe kanapki z sałatą i żółtym serem. Natomiast Tihoa wyciągnęła z koszyka kilka tajemniczych pudełeczek oraz pałeczki i już po chwili podglądałam dyskretnie, co też moja nowa koleżanka zajada. Niestety, spośród mnogości tych kolorowych, pachnących rzeczy rozpoznałam tylko ryżowe kulki oraz paseczki marchewki z selerem naciowym. Reszta była dla mnie egzotycznym, tajemniczym pokarmem o nieznanym mi zupełnie smaku. Tihoa bardzo sprawnie posługiwała się pałeczkami a ja, pełna podziwu dla tej nieznanej mi umiejętności obserwowałam z zapartym tchem, jak ani jedno ziarnko ryżu czy paseczek ryby nie spada jej z tych azjatyckich sztućców.
   Widząc moje zainteresowanie Tihoa wyciągnęła w moim kierunku największe z pudełeczek i poczęstowała opiekanymi pałeczkami krabowymi. Skosztowałam także chrupiących, słodkich w smaku łapek kurzych oraz pachnących anyżem ryżowych ciasteczek. Wszystko to, chociaż całkiem smaczne było dość dziwnie jak dla mnie przyprawione. Dominował w tym słodko-kwaśny posmak, zapach orientalnych przypraw i ziół. W zamian zaoferowałam jej jedną z moich kanapek i zdziwiłam się widząc, jak ostrożnie Wietnamka próbuje i poznaje tak prozaiczny dla mnie, lecz zupełnie nieznany jej smak chleba z serem.
Wreszcie uśmiechnęłyśmy się do siebie porozumiewawczo i każda z nas z westchnieniem ulgi powróciła do jedzenia swoich własnych przekąsek.
   I odtąd stało się naszym codziennym zwyczajem to milczące, wspólne, jedzenie śniadań w kameralnym kąciku sali jadalnej.
   Po kilku dniach przy pomocy prostej angielszczyzny oraz mowy na migi zaczęłyśmy rozmawiać ze sobą. Ona wypytywała mnie o zupełnie nieznaną jej Europę i daleką, nie wiadomo gdzie leżącą Polskę. Ja słuchałam jej opowieści o jej dzieciach i wnukach, do których przyjechała tu kilka lat temu z postanowieniem pozostania w kraju koali już na zawsze.

- Tęsknisz za swoim krajem? – zapytałam pewnego dnia, gdy Tihoa zamyśliła się nagle i zapatrzyła gdzieś w dal a jej codzienny, delikatny uśmiech został wyparty przez kilka łez, toczących się powoli po pomarszczonych policzkach Wietnamki.
Długo nie odpowiadała a wreszcie westchnęła głęboko, pogładziła moją dłoń i odparła:
- Tam zostało wszystko – wspomnienia z dzieciństwa, groby moich rodziców, cudowny zapach pól ryżowych…
- Masz pewnie dużo dobrych wspomnień? Ja też Tihoa, ja też… I chociaż jestem tu bardzo szczęśliwa, to tęsknię za rodziną, przyjaciółmi, polską przyrodą - szepnęłam i zrobiło mi się jakoś niewyraźnie na duszy.

Tihoa przez chwilę milczała. Patrzyłam na jej drobną, rumianą twarzyczkę. Na skośne, błyszczące odległym wspomnieniem oczy. Na całą jej delikatną, kruchą postać. Czy jeszcze kilka tygodni temu mogłabym przypuszczać, że jakaś stara Wietnamka stanie mi się tak dziwnie bliska i znajoma?

- Pamiętam czasy wojny. Trupy na ulicach. Moją umierającą z głodu mamę. Amerykanów, którzy krzyczeli na nas i odbierali jedzenie. Potem przez długie lata byłam bardzo biedna. Żebrałam. Musiałam ciężko pracować, ale poznałam męża, urodziłam dzieci i cieszyłam się życiem. Czułam się u siebie. Tutaj wszystko jest takie obce i wielkie – zwierzyła się wreszcie staruszka a potem rękawem kolorowej bluzki szybko otarła oczy i uśmiechnęła się tak, jak zwykle.

- Jestem głupią, starą kobietą! Mój syn tak się stara by było mi tu dobrze, a ja niewdzięcznica wciąż tylko narzekam! Opowiem ci lepiej Olga o mojej wycieczce!

- Opowiedz! – poprosiłam z ulgą, bo głupio mi się zrobiło, że naciągnęłam tę staruszkę na zwierzenia i teraz niepotrzebnie przeze mnie cierpi.

- Byliśmy wczoraj w City! Siedzieliśmy nad Yarra River i karmiliśmy kaczki! A potem wnuczek dał mi to serduszko. Popatrz! – i Tihoa wyciągnęła ze swojego koszyka kartonowe, ręcznie zrobione czerwone serce z wypisanymi na nim życzeniami urodzinowymi.
- Och, Tihoa! To Ty miałaś wczoraj urodziny? Wszystkiego najlepszego kochana! Dużo zdrowia i szczęścia! – uściskałam ją serdecznie a Tihoa znowu się popłakała. Tym razem z radości.

  W grupie z Tihoą spędziłam dwa tygodnie. Potem przeniesiono mnie do bardziej zaawansowanej językowo klasy. Tam poznałam następne serdeczne, interesujące kobiety, ale często w czasie przerw śniadaniowych przychodziłam do ulubionego kącika śniadaniowego. Tam czekała na mnie ciepło uśmiechnięta Tihoa…

piątek, 24 maja 2013

Z miętowym dymem z fajki...




    Cezary od prawie trzech miesięcy próbuje uporać się z tytoniowym nałogiem, o czym już kilkakrotnie na blogu pisaliśmy. Nabył sobie dwa elektroniczne papierosy, jakoś się nimi zadowalał, ale oba dawno już się zepsuły! Sukcesem jest to, że nie kupuje zwykłych papierosów, ale porażką, iż jednak czasami coś popala. A to od miłych sąsiadów papieroska wysępi, a to w naszej ulubionej gospodzie „Pod semaforem” jakieś cygarko wypasione sobie kupi. A ostatnio, gnębiony brakiem jakowegoś dymka skonstruował sobie nawet niezwykłą fajkę z drewna śliwkowego! Właściwie to wielka faja a nie fajka! Przypomina mi jakieś staropolskie cybuchy czy też aborygeńskie lub indiańskie wytwory. Ogromniasta owa faja roztacza dokoła wonny dymek, albowiem mąż mój postanowił napychać ją ziołami zamiast tytoniem. I jakże to pachnie? Ano, prawdę mówiąc, bardzo ładnie! Nie miałam pojęcia, że palone, suszone zioła mięty, lipy, rumianku czy dziurawca mogą roztaczać tak cudne aromaty.
   I znowu, jak w australijskich czasach, gdy tak bardzo było do twarzy memu mężowi z cygarem, tak i teraz, zadziwiająco ładnie mu z ową fajką! Nie powinnam oczywiście mu tego mówić, albowiem wzmacniam tym tylko jego chęć palenia zamiast go nieustannie zniechęcać. Ale patrzę na Czarka, który z rozmarzoną mina mędrca czy też poetycznego wędrowca wypuszcza aromatyczny dymek i widzę w nim szczęśliwego, wiecznego chłopca, realizującego swe wielkie marzenie. Ta chłopięcość ma tyle uroku…Nie wiem tylko, czy nie jest to aby bardziej dla zdrowia szkodliwe niż tytoń? Tak czy siak, Cezary pali niewiele. Ot tak, do porannej kawy zbożowej albo wieczorem, po pracy, dla relaksu i ukojenia duszy. Mam nadzieję, iż na tym poprzestanie!

   Widząc, jak przy pomocy wiertarki, dłutka, młotka, piły oraz ostrego nożyka mąż mój przez kilka wieczorów pracowicie rzeźbi swoją fajkę zapytałam, dlaczego sobie nie kupi prawdziwej, usłyszałam odpowiedź:
- Bo sprawia mi przyjemność jej robienie! A poza tym, jak wiesz, nie lubię iść na łatwiznę. Mogę jechać do najbliższego sklepiku z tytoniem i kupić jakiś chińskie dziadostwo, ale o ileż przyjemniej jest zrobić coś samemu!
- Czarek! Ale miałeś przecież już nie palić! – zauważyłam przytomnie, patrząc na rosnący stos narzędzi i wiór drewna, którymi otaczał się mój uparty rzeźbiarz.
- I nie będę Oluniu! To tylko tak, od czasu do czasu trochę dymka. Niewinna, prosta przyjemność… - odparł ze słodkim uśmiechem oraz towarzyszącym mu jak zwykle, gdy mowa o paleniu, delikatnym rumieńcem zawstydzenia, po czym w skupieniu powrócił do dłutowania, piłowania, ciosania, dłubania i skrobania wymarzonego kształtu własnej, niepowtarzalnej fajki!
   Nie mam zamiaru go surowo oceniać ani zniechęcać, bo przecież każdy z nas ma jakieś drobne grzeszki, czy niezbyt zdrowe przyjemnostki na sumieniu. Niekonsekwencja to rzecz ludzka! Mnie na ten przykład sprawia przyjemność wieczorne wypicie jakiegoś piwka czy kieliszka domowego wina, choć czasem boli mnie po tym żołądek. Namiętnie też łuskam słonecznik, co daje zajęcie dłoniom i zębom. Koi ta czynność myśli i znużone całodzienną pracą ciało, ale bolą od tego intensywnego łuskania palce i pokłute łupinami usta oraz niszczą się przednie zęby.
   Pada deszcz, dając polom, ogrodom i lasom tak wymarzoną wilgoć i ochłodę. Wszystko rośnie na potęgę a wszechobecna rzeźkość oraz chłód pozwalają odpocząć od codziennej, ciężkiej pracy na dworze. Wszystko na naszym polu i w ogrodzie posiane i zasadzone. Zazieleniły się już ładnie młode listki ziemniaków, kapusty, rzepy, koperku, słonecznika i buraczków. Ogórki, kabaczki i dynie wykiełkowały bujnie. Wokół tyczek zaczyna się piąć fasolka i pędy pomidorów. Chwasty na razie wyplewione (ale w przyszłym tygodniu znowu czeka mnie walka z nimi!). Ogromne bale do budowy letniej kuchni z budynku gospodarczego wyniesione. Miejsce na tę kuchnię przygotowane i wymierzone. W kurniku funkcjonalne gniazda lęgowe dla wysiadujących kwok zbudowane (ale kapryśne kury i tak nie chcą tam siedzieć!). Jajka od zielononóżek w ilości obfitej zgromadzone, na sprzedaż gotowe. Zapas ubiegłorocznych ziemniaków dla kur zakupiony i w chłodnym budynku gospodarczym umieszczony. Wyrośnięte już kurczaczki w wielkiej skrzyni pod lampą nieźle zadomowione. Front robót na przyszły tydzień zaplanowany.Uff!

   Jak jeszcze przedwczoraj było u nas strasznie sucho, tak teraz jest okropnie mokro. Błoto, kałuże i miękka glina wszędzie. Nie omieszkalismy sie zatem dzisiaj utopić jeepkiem w owym błocie, usiłując wyciągnąć z podmokłej doliny naszych sąsiadów. Na szczęście dobry człowiek z traktorem wyratował i nas i owych sąsiadów a my możemy wspominać już nie wiem, którą z kolei przygodę z utkniętym w błotnistej mazi jeepem! Tak to właśnie jest na naszej podkarpackiej wsi, gdzie asfalt to rzadkość, ale mili i uczynni ludzie to norma.

   W piecu napalone, bo wilgoć i zimnica prawie jesienna z dworu przychodziła. Przyjemne ciepło rozlewa się po domu. Cezary pali spokojnie swoją miętową fajkę. Ja w wolnym czasie piszę pewną bardzo długą opowieść o dawnych czasach. Słuchamy piosenek biesiadnych, zerkając na śpiącą na kanapie, w jakże rozczulającej nas pozie, Zuzię. Uśmiecham się do męża, wącham ten jego delikatny dymek i tak kończymy oboje ten majowy, pracowity, zielony tydzień…

środa, 22 maja 2013

Na łące czasu




Jak pachnie główka małego dziecka?
Jak łąka letnia
Jak fala ciepła
Jak pachnie radość cicha, najsłodsza?
Jak czekolada
Gorąca, gorzka
Jak pachnie smutek, ten ból przewlekły?
Jak metal srebrny
Wciąż niezakrzepły
Jak pachnie młodość, ten czas beztroski?
Jak kromka chleba
Jak agrest słodki
Jaki aromat będzie miała
Chwila, co przyjdzie, ta wyczekana?
Co pozostawi w mojej pamięci?
I jaką wonią będzie mnie nęcić?
W mowie zapachów trwam zanurzona
Na łące czasu, w wonie wtulona..


piątek, 17 maja 2013

Ballada o głazie





Ten stary, omszały głaz widział w swym trwaniu już wszystko
Przepływał dokoła czas, ktoś palił, ktoś gasił ognisko
Na złotej, bezkresnej polanie głaz prosto w twarz słońcu spogląda
Promieni znów zaczął się taniec i serce głazu chce ognia
Bo tysiąc lat tu spoczywa ten świadek cudzego życia
A jego dusza prawdziwa też rwie się do światła, do bycia
Rozkwity codzienne, spektakle, romanse tęczowe, dramaty
Uczucia tętniące, snów żagle a on wciąż sam, wokół światy
Czy ktoś wysłucha kamienia? Czy jeszcze mu coś przeznaczone?
Czy jest sens życie odmieniać, gdy wszystko już ułożone?
Lecz głaz ma dość swej martwoty, niech przyjdzie wreszcie odmiana
I z głębi tej twardej istoty westchnienia uniosła się fala
Szept dotarł do błyskawicy i pani szalona ta, boska
Zebrała największe swe iskry, głazowi je w darze przyniosła
I pękł kamień z bolesnym jękiem, a słońce zajrzało mu w serce
A był tam diament maleńki, schowany we łzy kropelce
Lśnił  długo nocą obietnic aż gwiazda go srebrna dojrzała
I promień zesłała niebieski i wzięła go, pokochała
Może czasami nie wierzysz, że w dali gdzieś czeka odmiana?
I trwasz tak, jak głaz ten leżysz w bezsenną noc, aż do rana?
Tymczasem Twój los trwa na straży z zastępem błyskawic i iskier
By spełnić to, o czym marzysz, byś wreszcie naprawdę mógł istnieć!

                                                                                                        zdjęcie z Internetu*

wtorek, 14 maja 2013

Od kurczaczka do koguta




  Nadeszła długo wyczekiwana chwila, gdy z włożonych do inkubatora jajek zaczęły wylęgać się nam kurczaczki. Po dwudziestu dniach od początku inkubacji do naszych uszu zaczęły dochodzić nieśmiałe stukania dziobkami w skorupki, delikatne ćwierkania i popiskiwania piskląt. Inkubator umieszczony jest w pokoju stołowym, tuż obok naszej sypialni abym mogła słyszeć wszystko i czuwać oraz przyjść z ewentualną pomocą bezbronnym maleństwom. Moja pomoc polega na tym, by odlepić od nich resztki zaschniętej błonki, kawałek przylgniętej skorupki a potem obserwować delikwenta, czy wszystko z nim porządku i czy da radę samodzielnie wyjść z jajka. Ważne jest by pisklaki umiały tego dokonać bez pomocy. Jest to dla nich swoisty test zdrowia, dojrzałości i gotowości do życia poza bezpieczną przystanią jaja. Nie raz już przekonałam sie, iż jeśli wyjmę malucha z jajka, litując sie nad jego nieporadnością czy słabością, to potem taki pisklak nie przeżywa nawet kilku dni albo egzystuje nadal jako nieszczęsna, gnębiona przez inne kury kaleka. 
   Niekiedy wykluwanie trwa aż trzy dni, trzeba więc być w pobliżu i cierpliwie obserwować wnętrze inkubatora. Wcześniej, od momentu umieszczenia jajek w inkubatorze codziennie po kilka razy musiałam je specjalną wajchą obracać w inkubatorze, dolewać doń wody, bo kurczaczki potrzebują określonego poziomu wilgotności i sprawdzać temperaturę, która powinna oscylować w granicach 38 – 39 stopni Celsjusza.



   I oto pojawiają się na tym świecie małe, pasiaste, niewinne pisklęta zielononóżek kuropatwianych. Nie są podobne do zwykłych kurczaczków. Tak samo, jak ich jajka różnią się kształtem od zwykłych, wiejskich jaj. Widząc w sklepie jajka sprzedawane jako jaja zielononóżek bez trudu wykrywam oszustwo handlarzy czy też ich nieświadomość jaki towar usiłują sprzedać. W najbardziej ekskluzywnym supermarkecie w Rzeszowie jajka zielononóżek sprzedawane są po 1 zł i 50 gr. To bardzo dużo, ale ludzie kupują bez zmrużenia oka, wiedząc, iż to bardzo zdrowe, nieporównywalne do innych pod względem smaku, zapachu i wartości odżywczych jajka. Jednak z przykrością stwierdzam, iż to, co oferuje ów supermarket, to wcale nie jajka zielononóżek. Cóż to zatem jest? Nie mam pojęcia. Wiem jedno – ludziom da się wcisnąć każdy kit a ci nieświadomi niczego, wierząc w rękojmię sklepu kupują byle co, chcąc żyć długo, zdrowo i szczęśliwie.


   Tymczasem na targach, na które często jeździmy z naszymi jajami jest mnóstwo niedowiarków, którzy prychają na widok oferowanych przez nas prawdziwych, świeżutkich jajek i z ogromną pewnością w głosie wmawiają nam, że to pewnie stare, zepsute jajca zwykłych kur. A w ogóle, to kupiliśmy je na pewno tanio w supermarkecie i teraz usiłujemy je sprzedać jako jajka od zielononóżek!  I na dodatek jakieś małe te nasze jajka i strasznie drogie (sprzedajemy je po złotówce!), gdy tymczasem obok babiny sprzedają większe, wiejskie jajka po siedemdziesiąt groszy!
   Gorzko się robi na duszy, gdy słyszy się takie brednie, ale cóż! Nikomu niczego nie udowodnimy. Nikomu, kto nie chce kupić nie wciśniemy jajek na siłę. Nie przebiorę się też za typową, wiejską babinę w chustce i gumofilcach byle tylko uwiarygodnić oferowany przez siebie towar.
   Jest, jak jest i wierzymy, iż ci ludzie, którzy znają się na rzeczy, poczytali trochę o zdrowotności jajek zielononóżek kuropatwianych oraz potrafią zaufać dwojgu miłym ludziom z górskiej, podkarpackiej wioski kupią jednak te jajka. Kupią, by przekonać się na własnej skórze jak pyszne są, jak dobrze wpływają na samopoczucie i jak nie umywają się do nich żadne inne. Na szczęście mamy kilkoro stałych odbiorców, którzy gotowi są brać od nas po kilkadziesiąt jaj za każdym razem, gdy tylko skończą im się poprzednie. Zazwyczaj to ludzie wykształceni, wiedzący jak wielkie ma znaczenie dla zdrowia jakość tego, co jemy. Ludzie schorowani, którym nie wolno jeść już śmieciowego, supermarketowego jedzenia i nastawiają się tylko na naturalną, nieprzetworzoną i nie nafaszerowaną niczym sztucznym żywność z ekologicznych, takie jak nasze, gospodarstw.


   Ale wracajmy do naszych milusich kurczaczków. Jak do tej pory wylęgło się nam ich szesnaście. Następne już wyłupują sobie dziurki w jajkach i lada chwila wyjrzą na ten dziwny, niezrozumiały dla nich zupełnie świat. Jeszcze nie wiadomo, jaką mają płeć. Po mniej więcej dwóch tygodniach kogutkom wykształcą się na główkach wyraźne grzebyczki i wówczas nie będzie żadnych wątpliwości. Na razie wszystkie wyglądają tak samo i wszystkie tak bardzo pragną żyć.
Przez pierwszy albo i drugi dzień nie będą nic jeść ani pić, bo mają jeszcze w sobie zapas substancji pokarmowych z okresu inkubacji. Potem zaczną niepewnie, ale z ogromną ciekawością podchodzić do pojemnika z wodą i jedzeniem by spróbować cóż takiego im mamusia dała. 


A cóż dała? Zazwyczaj jest to ugotowane na twardo jajko, posiekane drobno i wymieszane z kaszą manną, otrębami pszennymi, owsianką i odrobiną suchej kawy zbożowej, której dodatek przeciwdziała biegunkom u kurczaczków. Do przegotowanej, letniej wody w poidełku dolewa się parę kropel preparatu witaminowego. I tak wygląda menu przez kilka pierwszych dni. Potem dodaję do tego posiekanej, sparzonej uprzednio pokrzywy czy koniczyny. Następnie mielę w młynku do kawy pszenicę i taką połamane na grube kawałeczki dosypuję im do karmy.
   Zwykle przez pierwszy tydzień pisklaki mieszkają w wielkim pudełku, swoim pierwszym, wyścielonym sianem domku. Potem przenoszę je do innego pomieszczenia, gdzie stoi wielka skrzynia ze szklanym wiekiem. Tam mają więcej miejsca. Mogą sobie biegać, wskakiwać na żerdkę. Bawić się. Zabierać sobie najlepsze kawałki jedzenia (uwielbiają to!).Spać w różnych kątkach. I witać każde moje nadejście entuzjastycznym, pełnym optymizmu i zainteresowania świergotem.
   Bo ich przybrana mamusia będzie zabierać je codziennie na wybieg do ogrodu, gdzie na zielonej, świeżej trawce postawi dla nich bezpieczny, duży kojec. Tam będą wygrzewać się na słonku, skubać trawki i chwasty, nasłuchiwać odgłosów dorosłych kur, ich krewnych zza płotu. Na noc zostaną przeniesione z powrotem do swojej skrzyni, albowiem noce bywają chłodne a te maleństwa wciąż potrzebują dużo ciepła i troski.


   A po mniej więcej czterech tygodniach całkiem duże już kurczaczki powędrują na stałe do swego letniego domku w ogrodzie, gdzie zamieszkają z czekającą tam na nie białą, kaleką kurką czubatką – Ramoną. Ona troskliwie, jak to zawsze do tej pory bywało zaopiekuje się nimi jak dobra ciotka i nauczy, co warto jeść, gdzie się schować przed słonkiem czy podejrzanymi odgłosami z ogrodu (szczekania Zuzi, wrzaski kogutów, hałaśliwie przejeżdżające obok domu traktory i kombajny, rzadziej samochody).


   Po kolejnych kilku tygodniach, gdy staną się już duże i wytrzymałe na skoki temperatury oraz gotowe do spotkania z dorosłymi kurami zostaną przeniesione do dużych kurników. Na początku będzie im ciężko, bo w kurnikach obowiązują prawa dżungli i liczy się tylko siła oraz szybkość w zdobywaniu pokarmu oraz szacunek dla praw starszych. Wreszcie przyzwyczają się do tego, oswoją ze wszystkim, nabiorą ciekawości oraz ochoty do dalszej eksploracji otoczenia. Wówczas z radością i niedowierzaniem odkryją jak wielki i wspaniały jest świat! Bo z kurników można wyjść do wielkiego, zajmującego prawie 15 arów ogrodu, gdzie biega się po ogromnej przestrzeni trawy i ziemi. Chowa się pod krzewy dzikiego bzu, między nieścinane specjalnie dla nich chaszcze, pod młode drzewka. Wyjada się smaczne robaczki i dżdżownice z mokrej po deszczu gleby. Odkrywa się postawiony specjalnie dla kur ogromny wigwam, zbudowany z gałązek malin oraz łodyg kukurydzy. Tam znajduje się cień, spokój, miejsce do grzebania w wilgotnej ziemi.


   A gdy mija wiosna, lato i jesień kury oraz koguty nieubłaganie żegnają się ze swym cudnym ogrodem i spędzają kilka miesięcy w kurnikach marząc o nadejściu ciepłych, dających swobodę dni. Dorastają przez ten czas, dojrzewają. Młode kury zaczynają znosić jajka. Na początku są one małe i pojawiają się z rzadka, ale na wiosnę codziennie zbiera się z kurników po kilkadziesiąt jaj i sprzedaje się je na targu albo poprzez Internet czy też rozdaje za darmo rodzinie i przyjaciołom.



   Żywot kogutów jest krótki i na wiosnę trzeba zmniejszyć ich liczebność, by swą nieposkromioną seksualnością nie męczyły kur oraz by nie walczyły ze sobą bezwzględnie. Przestały już być słodkimi, niewinnymi kurczętami. Nieuchronnie przychodzi, niestety, czas ich odejścia.
   W zeszłym tygodniu zawitały do nas wieczorem dwie zaprzyjaźnione sąsiadki i dokonały cięcia dwudziestu sztuk kogutków. Dla nich to normalne, konieczne, nie sprawiające żadnych oporów moralnych zajęcie. Przy zacinaniu i oprawianiu ptaków opowiadały ciekawe, kolorowe historie ze swojego życia i tak czas upłynął nam niezauważalnie do późnej nocy a oprawionych zgrabnie kogucich ciał przybywało tymczasem w wielkiej miednicy i przybywało. Teraz mamy zapas zdrowego mięsa kurzego na jakiś czas. Zuzia, koty oraz Cezary będą mieli, co jeść. A przyznam, że uwielbiają oni smak tego naturalnego, nie naszpikowanego żadną chemią drobiu. Ja w ogóle nie przepadam za mięsem, a poza tym czuje jakieś wewnętrzne opory przed konsumpcją wyhodowanych przeze mnie kogutów. Może kiedyś mi to minie, może nie…?
   Tak czy siak cykl się zamyka. Nowe Życie powstaje. Stare Życie musi odejść. Tak to w naturze jest i trzeba się z tym pogodzić. Tutejsi ludzie powiadają, że na to się właśnie kurczaki chowa, aby je potem zaciąć i zjeść. I pewnie mają rację…
   Tymczasem w inkubatorze słyszę nowe, radosne ćwierkanie. Och, to siedemnasty pisklaczek pcha się wytrwale na ten najlepszy ze światów!



niedziela, 12 maja 2013

Pastelowa ballada




Ona w swym domku mieszkała pod lasem
Z pieskiem, kotkiem, papugą i żółwikiem sporym
Całe dnie malowała, szkicowała a czasem
Wyruszała do miasta sprzedać swe wytwory

Jak to wyglądało?Na głowie papuga
Piesek z lewej strony, kotek z tyłu leciał
Żółw leniwie drzemał w kieszeni fartucha
Sztalugi i szkice dźwigała na plecach

Panna Janka na targu w kącie zasiadała
Wokół niej leżały rysunki, obrazy
Przy nich kotka -śpioszka ślicznie układała
I jeszcze pieseczka, by tam trwał na straży

A wtedy papuga głośno obwieszczała
Że można mieć swój portret, szkic na zamówienie
Bo miła panna Janka życzenia spełniała
I za kilka grosików tworzyła coś pięknie

Na włosach miała wianek z przydrożnych rumianków
Małe dłonie upstrzone farbą kolorową
A przy tym pogodny rozświetlał ją nastrój
I chętnie rozdawała uśmiech, dobre słowo

Lecz gdy pewnej soboty na targ przyjechała
Fotografka z miasta z wielkim aparatem
I wszystkim prawie darmo zdjęcia napstrykała
To dawni wielbiciele porzucili Jankę

Tak trwało to i trwało - Janka się starała
Malowała cudnie - wszystko szło za bezcen
Ale z fotografią gdzieżby tam wygrała
Więc już z tej zgryzoty załamała ręce

A wtedy na targu poeta się zjawił
Co na zamówienie wiersze śliczne składał
Usiadł  blisko Janki, wianek jej poprawił
W serce jej wprost spojrzał i wierszem zagadał

Mówił pewnym głosem - po targu się niosło
Że świat na jej obrazach jest baśnią zaklętą
Że rzeka tam szumi piosenkę radosną
A w każdej plamce farby ukryte jest piękno

Zwłaszcza autoportret Janki tak wychwalał
Pastelową barwą muśnięty i cieniem
Gdzie stała nad rzeką maleńka, nieśmiała
A oczy jej błyszczały tęczowym zamyśleniem

Na targu cisza trwała, wszyscy zasłuchani
W tę balladę dla Janki, w to słowo potężne
A ona tam siedziała zdumiona bez granic
Zawstydzona cała, przejęta tym wierszem

Potem ludzie przybiegli tłumem zachwyconym
Znów każdy chciał mieć obraz jej ręką stworzony
Od poety chciał każdy słowo mieć tak czułe
Więc malarka wraz z bardem utworzyli duet

Wtedy żółw się obudził i wyszedł z ukrycia
By od swojej pani przejść mu do kieszeni
To był palec losu, to był znak od życia
Więc poeta z malarką zamarli wzruszeni

A to nie koniec znaków - on miał Jan na imię
A jego domek drewniany stał w pobliżu lasu
Więc pojęli, że odtąd czas im razem upłynie
I wzięli się za ręce nie marnując czasu

Teraz razem wiodą życie malowane
Żółw, piesek i kotek cieszą się ich szczęściem
A papuga skrzeczy: Niech Janka wraz z Janem
 Na zawsze przetrwają złączeni tym wierszem!

 


czwartek, 9 maja 2013

Szkic




         Uśmiechnięte i nie dotknięte jeszcze prawdziwością życia. Dziewczyny ze starego, ołówkowego szkicu. Trwały tak narysowane na małym obrazku, który zatrzymał chwilkę. Były młode. Kilkunastoletnie. W niektórych czas już zaczynał pomału rzeźbić swe piętno. Ale o tym wtedy nic jeszcze nie wiedziały. Ołówkowe dziewczyny lekko cieniem i światłem zaznaczone. Czy w ich życiu teraz więcej cienia czy światła?  Czy pamiętają jeszcze swój uśmiech, swój rumieniec, swoje zapatrzenia? Czy rozpoznałyby same siebie na tym szkicu? Czy przypomniałyby sobie dawne swe myśli i nadzieje?
         Szkic wisiał na ścianie w ospodzie "Pod złotym liściem". Tkwił tam chyba od zawsze. Oprawiony w skromną ramkę. Skromny i niepozorny. Wrośnięty w ścianę. Nikt z gości gospody nie zwracał nigdy na niego uwagi. Obrazek był ważny tylko dla Gospodyni a inni omijali go obojętnym wzrokiem, zatrzymując wzrok tylko na niezwykłych pastelach ekscentrycznej Agnieszki albo na biało-czarnych fotografiach przedstawiających dawnych mieszkańców miasteczka.
         Gospodyni często przysiadała na ławie, brała swój obrazek w dłonie a potem palcem wskazującym  gładziła z nostalgicznym uśmiechem drobne twarzyczki dawnych koleżanek i przyjaciółek. Wpatrywała się z natężeniem w te delikatne, nieśmiałą kreską narysowane dziewczęce oblicza. Niech zostaną takie na zawsze. Nie chciałaby spotkać teraz żadnej z nich ani odnowić dawnych znajomości. One żyją swoim życiem, ona swoim. Kiedyś była między nimi jakaś wspólnota przeżyć i losów. Potem czas pchnął każdą na jej własne tory i odjechały w swe tajemnicze dale, szukając swego spełnienia i nowej codzienności. Jak teraz wyglądają? Co przeżywają? Lepiej nie wiedzieć. Gospodyni najzupełniej wystarcza to, że popatrzy rano do lustra a wówczas wie, że i one zmieniły się pewnie tak samo, jak ona. Niechaj chociaż na tym obrazku pozostaną otoczone nieprzemijalnością, tajemniczą przyszłością i blaskiem nadziei. Niech wszystko jeszcze będzie przed nimi.
          Tyle roboty czeka na Gospodynię dzisiaj. Podłogę modrzewiową w izbie porządnie wyszorować. Okna umyć. Firanki uprać i rozwiesić na słonku żeby zbielały i pachniały świeżym powietrzem. Ziemniaki obrać na wiosenną kartoflankę. I kapustę na surówkę przyprawić. A jeszcze przydałoby się zrobić coś nowego. Jakieś nieznane, śmiałe danie, które przyciągnęłoby do gospody nowych klientów. Najlepiej coś bardzo zielonego, optymistycznego.  Na wiosnę niewielu gości zaglądało do niej. Czy już nikt nie wędruje po świecie? Gdzież są ci zmęczeni podróżnicy? Gdzież weseli biesiadnicy? Jakoś tak smutno się nagle zrobiło Gospodyni...Czy to ona się tak zmieniła czy tylko czasy? A na obrazku wciąż taka wesoła, uśmiechnięta, wśród dawnych koleżanek. W białej, maturalnej bluzeczce.Tego wszystkiego już nie ma, tylko oczy wciąż po dawnemu - zielone...
          Zaraz powiesi ten ołówkowy szkic na miejsce. Trzeba go tylko wilgotną szmatką wytrzeć z kurzu. Pogłaskać pieszczotliwie raz jeszcze. To takie małe, niewinne przyzwyczajenie. Chwilka oddechu...Gospodyni położyła go sobie na kolanach i leciutko gładziła chłodną szybkę i drewnianą ramkę...
         Nagle trzasnęły zamknięte siłą przeciągu drzwi gospody. Kobieta drgnęła gwałtownie. Obrazek upadł na ziemię a szybka potłukła się na wiele drobnych kawałeczków.
        Na progu stał nieznany Wędrowiec. Uśmiechał się tym cudownym, pełnym radości i ulgi uśmiechem łazika, który nareszcie dotarł do upragnionej przystani. Pachniał wiatrem.  W dłoni trzymał ogromny pęk młodego szczawiu, pośród którego wetknął żółte kwiatki mniszka. Gospodyni popatrzyła zaciekawiona na ten niezwykły, wiosenny bukiet. Od razu, jako osoba praktyczna  wyobraziła sobie jaka wspaniała byłaby zupa szczawiowa jako danie dnia. Ale zrobiło jej się jakoś wstyd tych myśli i znów spojrzała  na potłuczony obrazek. Tymczasem Wędrowiec zauważył  kawałki szkła na podłodze i niepewną minę gospodyni. Schylił się. Podniósł uwolniony z ramek szkic. Pogładził go delikatnie. A potem popatrzył jej głęboko w oczy i szepnął:
 - Są ludzie, którzy z latami blakną i płowieją, jakby czas pokrył ich wizerunki cieniem ołówka. Ale są i tacy, którzy dopiero wraz z upływem czasu nabierają cudownych kolorów... - tak właśnie powiedział. A potem jak gdyby nigdy nic wręczył jej swój niezwykły bukiet i usiadł na ławie, prosząc o kufel zimnego piwa. 

   Gorąco dzisiaj było na dworze a on zdążył od świtu szmat drogi zejsć.  Co za sobą zostawił, gdzie wędrował, kogo spotkał i czego szukał? W tej chwili nie myślał o tym wszystkim. Popijał piwo i przyglądał się z przyjemnoscią wystrojowi wnętrza tej przytulnej gospody przydrożnej. Dobrze się tu czuł. Wewnątrz panował lekki półmrok i chłód. Pachniało grzybami suszonymi, wiszącymi nad ladą i starym drewnem, z którego zrobione były wszystkie sprzęty w izbie. Na sosnowych półkach ustawiono rzędy kolorowych słoików z konfiturami i marynatami. Na ścianach wisiały pożółkłe fotografie oraz rysunki w niespotykanej, czerwonej tonacji. Szerokie, proste ławy przystrojone były w szydełkowe, misterne serwetki i stojace na nich gliniane wazoniki pełne chabrów i maków. Przez okna gospody rozpościerał się widok na rozległe łąki, pola i lasy oraz rozstaje dróg, które tu właśnie go dzisiaj doprowadziły. 
Wtem jakiś dziwny hałas zakłócił  Wędrowcowi tę spokojną kontemplację pomieszczenia. To w kuchni coś spadło z głośnym brzękiem. Pobiegł tam szybko, bo zdało mu się, że usłyszał też cichy, kobiecy jęk. Zobaczył, że Gospodyni kuca i podnosi z ziemi rozbite kawałki glinianej miski. Na podłodze wokół niej leżały rozsypane bezładnie liscie szczawiu.

- Wszystko mi dzisiaj z rąk leci! - zawstydziła się kobieta, wysysając krople krwi cieknące jej z palca serdecznego - Chciałam pokroić szczaw na zupę i proszę, jaka ze mnie niezdara!

- Palec zaraz opatrzymy i wszystko będzie dobrze! - zarządził Wędrowiec, sięgając do wiszącej nad stołem małej apteczki i wyjmując zeń wodę utlenioną i plaster.

- Pani sobie teraz spokojnie usiądzie i niczym nie będzie się martwić. A ja pokroję szczaw z liśćmi mlecza i w try miga zrobię najpyszniejszą na świecie zupę wiosenną! Do tego młode ziemniaczki, śmietana i gotowe.  Goście mogą się do gospody na obiad schodzić!
- A o potłuczoną miskę proszę się nie martwić! To wszystko na szczęście! - uśmiechnął się do niej serdecznie.

  Gospodyni, sama sobie się dziwiąc, nie zaprotestowała. Usiadła posłusznie na kuchennym stołku i patrzyła z przyjemnością jak Wędrowiec sprawnie i delikatnie opatruje jej skaleczony palec. Potem zaraz zaczął krzątać się po izbie. A robił to wszystko tak naturalnie, jakby zajmował sie tu tym od zawsze. Ubrał na siebie jej pstrokaty fartuszek. Umył dłonie. Podkręcił zawadiacko wąsa i wziąwszy się za płukanie i krojenie zielonych listków szczawiu a potem za obieranie ziemniaków podśpiewywał pogodnie jakąś nieznaną jej a rozrzewniającą dziwnie piosenkę...

Gdy wciąż tęskno jest na duszy
Kiedy zszedłeś drogi szmat
Czasem serce ci poruszy
Prosta izba, swojski świat

Czyjeś dłonie spracowane
Szczerość oczu, gestu, słowa
Smaki dawno zapomniane
I nadzieja całkiem nowa
Może inni mają więcej
Może mniej zaznali trosk
Lecz tu żywiej bije serce
Tu jest do spokoju most 

Mówię światu - cicho tam!
Nie dręcz duszy swym wołaniem
Zieleń oczu, zboża łan
Czegóż więcej chcieć - kochanie...?

  Dzika łąka, stary sad
Ława, która pod jabłonią
Prosi żebyś na niej siadł
Przymknął oczy i odpoczął 

 Cóż, że młodość za górami
Cóż, że  dziwny ten splot dni
Skoro wszystko wciąż przed nami
Nowy ogień się znów tli

Gdzieś tam stare są marzenia
Co straciły dawny blask
A tu oczy opromienia
To, co zsyła dobry czas

Mówię światu - cicho tam!
Nie dręcz duszy swym wołaniem
Zieleń oczu, zboża łan
Czegóż więcej chcieć - kochanie...?







                                                                                                                  zdjęcia z internetu