czwartek, 31 stycznia 2013

Majsterkowicz z konieczności.




Pewnie każdy z nas był w sytuacji, kiedy wartość „obiektu” do remontu czy naprawy przekracza wartość samego „obiektu”. Czy zapłacimy za naprawę samochodu wartego dwa tysiące złotych czy jakichś innych papierowych biletów trzy tysiące? Pewnie w specyficznej sytuacji tak, ale..


Wartość budynku do wyburzenia jest zerowa, więc co robimy? Zamieniamy się w domorosłych majsterkowiczów i robimy zgodnie z naszymi możliwościami i wyobraźnią. A że robimy coś po raz pierwszy w życiu, absolutnie bez doświadczenia w tej materii, to cóż... Budynek ma wartość zerową, nie można obniżyć jego wartości.


Zacząłem od rozlatujących się okien. Spróchniałe drewno nie nadawało się nawet do palenia. Mamy parę miejsc, gdzie właśnie takim drewnem użyźniamy ziemię. Tam dokonuje się akt ostatecznej rozsypki ku zadowoleniu rosnących tam kwiatów, chwastów oczywiście też.Mamy(mieliśmy) dużo desek podłogowych z całego domu. Część z kornikami, a część w dobrym stanie. Niestety dużo z nich zostało uszkodzonych podczas demontażu przez nadgorliwego pracownika.






















Jak zrobić najprostsze okno? Najpierw tniemy deskę na wymiar szerokości okna, pomniejszoną o jakieś dwa do czterech centymetrów. Przygotowujemy cztery,  mniej więcej takie same elementy. Trzema śrubami do drzewa skręcamy po dwie. Wcześniej malujemy je farbą do drewna. Mając parę tak przygotowanych elementów wstawiamy szybę. My mieliśmy trochę zaoszczędzonych szyb z demontażu dwudziestu dwóch okien domowych. Wstawiamy szybę na dolnej części i lekko skręcamy, potem montujemy górną część i też lekko skręcamy. Tak przygotowane okno wstawiamy w otwór okienny. Pod dolną część wkładamy kawałki drewna o grubości około centymetra. Szyba w dolnej części opiera się śruby. Należy ją trochę podnieść wyżej i dokręcamy śruby. Górną częścią manipulujemy, by szyba nie opierała się o śruby i zachowujemy odstęp pomiędzy elementem okna i murem. Teraz wstawiamy kawałki drewna i wpasowujemy, tak by zachować odstęp. Już prawie gotowe. Teraz szczelinę pomiędzy murem a ramą okienną wypełniamy pianką. Po piętnastu minutach okno jest osadzone. Teraz mierzymy odległości boczne po prawej i lewej stronie. Znowu docinamy deseczki i przy pomocy drugiej osoby wkładamy je i skręcamy. Oczywiście szerokość szyby musi być mniejsza, tak by śruby nie stykały się z szybą. Skręcamy wszystkie śruby na fest i pianką wypełniamy szczelinę pomiędzy murem i bocznym elementem okna. Prawie gotowe. Na wiosnę planuję zasłonić piankę przy pomocy listewek, też pochodzących z ram okiennych.
Tanio i prosto, a ile przy tym zabawy!

 Stare drzwi do budynku gospodarczego nie domykały się i drewno na zewnątrz było spróchniałe. Wyglądały okropnie. Co się okazało? W środku drewno było tak twarde, że nie można było wbić gwoździa. Znowu używając starych desek podłogowych drzwi i framuga zostały obite listwami. Opiankowana framuga trzyma ciężkie drzwi w miejscu i o dziwo zamykają się i otwierają. Pomalowane farbą do drewna odstają swą świeżością od pozostałej części budynku. Zadowoleni jesteśmy z siebie. A na wiosnę ostatnie drzwi do poprawy.
Olga miała problem z praniem. Tymczasowo rozpięte sznurki nie zdawały egzaminu. Znalazłem parę ocynkowanych rurek ze starej instalacji wodociągowej w domu. Mój kochany sąsiad pospawał je na krzyż. Zabetonowałem konstrukcję, a w ścianę budynku wwierciłem haki. Linki mieliśmy kupione wcześniej i tak po dwóch godzinach Olga mogła wieszać pranie. Oczywiście dostałem od niej szczęśliwego buziaka. Dwie godziny, a tyle szczęścia.
 









Ze względu na kury nasza posesja musiała zostać podzielona. Użyliśmy drewnianych belek ze starej stodoły. Nauczyliśmy się rozpinać siatkę. Niestety,  nie wyszło to najlepiej. Pozostał problem bramek, które to miały się zamykać i otwierać. Tylko cztery deski pocięte na wymiar są potrzebne. Zbite pięcioma gwoździami w miejscu łączenia gwarantują stabilność. W części wewnętrznej rozpinamy siatkę ogrodową i mocujemy ją przy pomocy skobelków, czyli gwoździ w kształcie litery U.  Potem tylko zawiasy. My używamy tanich, takich po trzy złote. Do tej pory zrobiliśmy trzy takie bramki i jakoś tam funkcjonują. Deski, oczywiście ze starej stodoły! Proste i szybkie.
















Olga wymogła na mnie zrobienie drabiny dla kotków, bo biedne nie mogły włazić na strych nad budynkiem gospodarczym po normalnej drabinie. Sami zobaczcie. Belka i przybite poprzeczki. Nie wiem czy koty są zadowolone, ale Olga tak. Co się nie robi dla kochanej połowicy?

W sadzie pozostało jeszcze trochę starych śliwek. No, takie na osiem metrów wysokie. Drabina nie sięga. Więc wymyśliliśmy przyrząd, tyka trzy metrowa, a na końcu kółko z drutu, do którego przymocowane zostały Olgi skarpety, które dostała w samolocie lecąc po raz pierwszy do Australii. W ten sposób powstał podbierak do śliwek o sentymentalnym zabarwieniu. Sami zobaczcie!
Mieszkańcy wsi potrafią zrobić użytek z wszystkiego, dokładnie wszystkiego. Tu się nic nie wyrzuca, bo wszystko kiedyś może się przydać. I my postępujemy podobnie. Jak coś zagraca, to przestawia się w inne miejsce.
 








Mamy zdobyczne kosy, sierpy, żelazne coś, co na pewno kiedyś się przyda i pełno rzeczy niewiadomego zastosowania. Poza tym „nowości” konieczne, by utrzymać obejście w jakim takim porządku. A ogarnąć to i pamiętać, co się ma, tragedia. Pewnie i Wam się zdarzyło kupić coś, co już się ma. To trochę tak, jak z niewieścią garderobą.

 


























Czy o czymś zapomniałem?

wtorek, 29 stycznia 2013

Żywioły




Najpierw jest śnieg i wielka cisza

Potem obrasta świat w mglistość

I Pani Zima wszystko zawłaszcza

Zamyka przeszłość i przyszłość




Potem wykwita białą rosą

Szadź – podarunek mglisty

I już następne żywioły niosą

Zamieć i mróz siarczysty




Gałęzie ledwo poczuwszy szczęście

Lekkiego otulenia

Naraz smagane są rannym deszczem

Pejzaż na nowo się zmienia





Szklisty świat cały, sterany, stary

Wszystko zastyga lodem

I jęczą drzewa, niosąc ciężary

Jakich nie uniósłby Golem




Wreszcie pękają drzewom ramiona

Schylone na stopy swe patrzą

Och, jakże ciąży lodu korona

Serca wzbierają rozpaczą




Las cały klęka i wznosi modły

Zdejmij z nas Zimo kajdany!

 Już całe armie brzóz upadły

Daj ciepło i ulecz nam rany




I trzask i jęk, echo powtarza

Podnosi żale do nieba

A szklisty świat nadal zamarza

Lodowych łez trwa ulewa

  I wreszcie odwilż, pędzą strumienie
Zima przemija niewinnie
                                             Po drzewach ulgi przechodzi drżenie
                                                Ramiona wznoszą dziękczynnie…





sobota, 26 stycznia 2013

Przywoływanie Wiosny




   Kochani nasi czytelnicy! Zachwycamy się niewątpliwym urokiem tej zimy, spacerując, w sannach uczestnicząc oraz w innych zimowych rozrywkach, uwieczniając ją na zdjęciach i pisząc o niej. Coraz bardziej jednak łakniemy wiosny, jej serdecznego dotyku, jej barw i ciepła. I tak chciałoby się przeskoczyć już tę końcówkę stycznia oraz cały luty by znaleźć się w dniu 21 marca, kiedy to przynajmniej kalendarz radośnie obwieści pierwszy dzień kalendarzowej wiosny.

   To niby już niedługo, lecz jakże się ten czas ciągnie! Ileż trzeba jeszcze w piecu mocno grzać? Ileż trzeba orłów na lodzie wywinąć albo użerać się co ranka z warstwą lodu i śniegu na samochodach? I wciąż wdziewać na siebie te kożuchy, kufajki, czapy i szale. I popijać wieczorami te gorące herbatki (czasami z miłą dla ducha wkładką) by rozgrzać się nareszcie i jakoś funkcjonować.

   W związku z powyższym mamy dla Was może nieco naiwną i dziecinną propozycję.
Pobawmy się w czarowanie, w zbiorowe przywoływanie wiosny! Podobno w wielości siła i takie chóralne nawoływania mają w sobie ogromną energię. Może ta energia dotrze gdzie trzeba, obudzi wcześniej wytęsknioną Panią Wiosnę i pewnego ranka wstaniemy zaskoczeni głosami pełnych emocji ptasząt na dworze?  Bo tak by było wspaniale, rozsunąć rano zasłony i zobaczyć trochę zielonej trawki przed domem, a wśród niej wesołe główki mleczy i stokrotek. Tak pięknie by było, móc otworzyć to okno i zaciągnąć się zapachem budzącej się do życia natury. A potem wdziać na siebie nieco lżejsze, niż do tej pory odzienie i pójść na pierwszy, wiosenny spacer do parku albo do lasu aby tropić tam kolejne zwiastuny wiosny.

   A jak miałoby wyglądać w praktyce to nasze zbiorowe przywoływanie wiosny?
Otóż ja teraz napiszę początek opowiadania, będącego odezwą, początkiem czarowania i naszej zabawy. A potem pozostawię sprawy w Waszych dłoniach a znaczy to, że proszę byście dopisywali do tego mojego początku w Waszych komentarzach, co tam Wam w duszach gra. Opowiadanie to będzie płynnie aktualizowane po kolejnych wpisach. Może z Cezarym coś tam dopiszemy. A może nie. Wszystko zależy od tego, jak to się wszystko potoczy. Forma i styl pisania nie są z góry określone. Niczego nie chcę tu Wam Kochani narzucać. Może to być poezja i proza. Może być zaledwie kilka słow. Mogą to być istne epistoły. Możecie dopisywać coś po wielekroć, jeśli tylko będziecie mieć pomysł na kontynuację tej czarodziejskiej opowieści. 
Pobawmy się w takie wspólne czarowanie słowem i marzeniem. Sprawmy, by zrobiło się ciepło i wesoło w naszych sercach. Może Pani Wiosna, widząc to wszystko, czując i wzruszając się, będzie dla nas nadzwyczaj życzliwa i już wkrótce cudownie nas zaskoczy?

A więc zaczynam!


   Anna siedziała przed komputerem i czuła w sobie dziwną pustkę. Brakowało jej natchnienia i ochoty do pisania. Monotonia codzienności podcinała jej skrzydła i wenę. Spoglądała z przygnębieniem za okno i jakoś nie cieszyły jej już ani te bezkresne, dziewicze połaci śniegu, ani szadź na drzewach, ani błyszczące sople zwisające z dachów.

Wreszcie wstała z westchnieniem od komputera i przeciągnęła się z głośnym ziewaniem. Popatrzyła za okno. A potem nagle usłyszała dobiegający gdzieś z oddali cichutki, nieśmiały jakby śpiew. Zapatrzyła się w dal i ze zdumieniem dostrzegła niewyraźną, rozmytą jakby we mgle, idącą po śniegu postać kobiecą. Postać miała na głowie wianek a jej włosy tańczyły na wietrze i wyglądały jak jasnozielone, pierwsze trawki i listeczki brzozy. Anna wsłuchała się w słowa jej tęsknej pieśni…



                                                      Zimno wszędzie, czas zawiei
Tak bym chciała świat odmienić
Tak bym chciała słońca blasku
I zieleni już od brzasku
Marzną moje nagie stopy
Czas już byłby na roztopy
Nie mam jednak wcale siły
Może byłby ktoś tak miły
I mnie wspomógł dobrym słowem
Dając siły Wiośnie nowe…?

Kontynuacja Alinki:

" Anna popatrzyła z niedowierzaniem na dziwną postać a w jej głowie wciąż brzmiały zdania: Tak bardzo bym chciała obudzić się rano i zobaczyć, że zima odeszła.I chyba tak bardzo tego chcę, że mam fatamorganę przed oczami...

Ale moja dusza chce śpiewać i śpiewa tak:

Dzisiaj jak się obudziłam
Spod kołdry nos wyściubiłam
Zamiast uśmiechu co rano budzi
Smętek ogarnął i przestałam się łudzić
Że sobotni poranek będzie wesoły
A mnie nie chce się wyjść spod kołdry
Może lepiej zasnąć i śnić kolorowo
Słonecznie wesoło i przygodowo
To czego nie można robić na jawie
Iść nad rzekę czy kąpać się w stawie
Biegać po łące i łapać szczęścia chwile
I w siatkę barwne motyle"



Kontynuacja Jaskółki:

"Anna patrzyła z rosnącym zainteresowaniem na zbliżającą się lekkim krokiem powabną postać i przypomniały jej się słowa piosenki, którą z młodzieńczym zapałem kiedyś śpiewała. Zamknęła oczy i zanuciła;
"Jak dobrze wstać
Skoro świt
Jutrzenki blask
Duszkiem pić
Nim w górze tam
Skowronek zacznie tryl
Jak dobrze wcześnie wstać
Dla tych chwil
Gdy nie ma wad
Wspaniały, piękny świat
Jak dobrze wcześnie rano wstać
Wiosną lat

Otrząsa się
Z rosy bez
Chcę w taki dzień
Znaleźć cię
Obiecał mi
Poranek szczęście dziś
I szczęście dziś
Musi przyjść
Nie zmąci mej
Radości żaden cień
Wschodzące słońce
Śmieje się
Co za dzień

Obiecuje nam ranek wszystko
Co chcemy mieć
Miłość ludziom
Deszcze listkom
Słowom sens
Budzimy się do życia
Naiwni tak
Jak czasami porankiem bywa
Piękny świat
Nadzieja i jutrzenka siostry dwie
Trzeba wiedzieć, że są
Wierzyć w nie...
Nie dokończyła, bo nagle usłyszała narastające cichutkie dzwonienie. Brzmiało ono tak, jakby ktoś delikatnie potrącał delikatne dzwonki."



Kontynuacja Olgi Jawor:



"Spojrzała w stronę lasu i ujrzała zbliżające się z tamtej strony wspaniałe, srebrne sanie. Siedziała w nich przepiękna, białowłosa kobieta ubrana w mglistą, skrzącą diamentami suknię. Na jej głowie osadzona była korona z sopli. Kobieta podeszła do bosonogiej postaci w wianku i zawołała: „Nie wolno Ci jeszcze przychodzić. To mój czas!”



Ale zielonowłosa kobieta roześmiała się wesoło i beztrosko wzięła za ręce białowłosą. A potem zawirowały w szalonym tańcu. I w trakcie tego tańca z nieba leciały na przemian płatki śniegu i deszcz. A potem jeszcze wszystko otuliła kolorowa mgła.



Anna stała jak wmurowana przy oknie. Przecierała oczy ze zdumienia i szeptała sama do siebie…"


Kontynuacja Sznupeczki:

 
"...Za długo siedzę przed komputerem i teraz oczy płatają mi figle, to nie może dziać się naprawdę. Anna przymknęła jeszcze raz oczy i poczuła na twarzy delikatną bryzę ciepłego powietrza i zapach krokusów. Otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą dywan purpurowych krokusów lekko kołyszących się na wietrze. Muszę koniecznie zawołać męża - pomyślała i pobiegła do sypialni obudzić ukochanego.... "



Kontynuacja Pantery:


"...Mąż spał jednak snem tak głębokim, że nie sposob było go dobudzić. Anna wybiegła więc sama przed dom. Krokusy tworzyły pod jej stopami gęsty kobierzec. Pachnialy tak upojnie, że Anna poczula zawrot glowy.
Kiedy doszła do siebie, na próżno wypatrywala dwóch wirujacych w tańcu kobiet. Chciała podbiec do nich, przyłączyć się do dzikiego, upojnego tańca, ale kobiety nagle gdzieś się rozplynęły. Pozostało po nich drgające powietrze... "



Kontynuacja Alinki:


"...I krokusy, zasmucone, ,że kobiety tak nagle zniknęły jakby się rozpłynęły we mgle. Chciały jeszcze głośno zawołać wracajcie, nie odchodźcie ale ich szeptu nikt nie słyszał..." 

Kontynuacja Pantery: 
 "...Wszystko rozwiało sie jak poranna mgla. Anna zastanawiala sie, czy śniła na jawie, czy to zdarzyło się naprawdę. Fatamorgana jakaś, autosugestia, stan hipnozy, wywołany przedlużającą się zimą?
Nie umiała sobie tego w żaden sposob wytłumaczyć...
 


Kontynuacja Olgi J.:

...Jednak Anna wciąż wyczuwała delikatny zapach kwiatów. Gdzie nagle podziały się krokusy i przebiśniegi? Ale gdzie są te dwie tajemnicze, piękne kobiety?  Dlaczego tak nagle zniknęły – pomyślała i mocniej otuliła się swym szalem, bo nagle zrobiło jej się chłodno. A potem usłyszała jakieś melodyjne głosy i zobaczyła, że na łące pod lasem idą razem, trzymając się za ręce te dwie nieznajome. Idą, przekomarzają się i śmieją wesoło. I wyglądało, że wspaniale się rozumieją chociaż są tak odmienne..."

Kontynuacja Pantery:

" ...Tak odmienne, a jednak bliskie sobie, jak to siostry. Jedna płynęła w nich krew i choć niejednokrotnie toczyły ze sobą waśnie o panowanie nad światem, kochały się ponad wszystko i zawsze któraś w końcu ustępowala. Z mości do tej drugiej.
Czasem przepychanki między nimi trwały długo, ponad miesiąc. Co kilka dni dawała się zauważyć przewaga ktorejś z sióstr, poźniej zwyciężała druga. A ludzie nadziwić się nie mogli gwałtownym zmianom pogody..."


Kontynuacja Alinki:

  "...Tak już jest, że siostra zima nie chce odejść bez bólu, żal jej tej pięknej śnieżnobiałej szaty. Wiosna doskonale ją rozumie , dlatego nie przyśpiesza pozwala jej się nacieszyć weselną sukienką , w końcu to zaślubiny z mrozem . To on wymalował dla niej kwiaty niespotykanie piękne..."

Kontynuacja Olgi J.: 

"...O czym mogą rozmawiać ze sobą te wspaniałe istoty? Anna zapragnęła przyłączyć się do nich. Nigdy nie miała siostry a zawsze marzyła o takiej bliskości i więzi. Marzyły jej się nawet te drobne, codzienne utarczki. Wszystko lepsze niż ta samotność i brak pokrewnej duszy…Nie zastanawiając się więc dłużej pobiegła w stronę roześmianych sióstr.

Biegła po łące, która pod jej stopami zmieniała kolory. Znikał śnieg i lód. Zewsząd wyglądały ku niej delikatne, młode trawki, mlecze a nawet pokrzywy.

A tymczasem siostry zamilkły i spoglądały na Annę wyczekującym, nieodgadnionym wzrokiem…"


Kontynuacja Jaskółki: 

...A potem nagle pojawiło się w ich spojrzeniach zrozumienie. Biała wyciągnęła delikatnie rękę do zielonej i ich palce wskazujące zetknęły się na mgnienie oka. Anna zdążyła jeszcze dojrzeć przelatującą między palcami iskrę i zauważyła, że dzieje się z nią coś niesamowitego. Najpierw otulił ją mocny zapach kwitnącej lipy, a potem... potem poczuła na głowie wianek z kłosów dojrzałych zbóż..." 

Kontynuacja Olgi J.:

- Chodź siostro z nami - powiedziały Zima i Wiosna. Pomożesz nam w wiosennym przeistoczeniu świata. Trzeba tyle zrobić, a każda pomoc się przyda!

Wzięły Annę za ręce i zaśpiewały:


Chociaż coś się właśnie kończy

To i coś się tu zaczyna

I jak rumak czas jest rączy

Przyjdzie Wiosna, minie Zima

Lecz się będą wciąż przenikać

Razem tańczyć w lasach, siołach

A Ty będziesz z nami brykać

I radośnie z nami wołać

Że jest pięknie na tym świecie

Każda pora jest wspaniała

Wiatr warkocze nam zaplecie

Będziesz z nami wirowała…




Kontynuacja Alinki: 

"... A Anna rozmarzona, szczęśliwa i pełna niesamowitej energii biegła z Porami Roku i nuciła radośnie:
 
uwielbiam poranne trele ptaków
budzą o świcie śpiewem
wlewają w serce radość nieopisaną
malują usta uśmiechem
wszystko wkoło jest kolorowe
obsypane kwieciem
roztańczone wiosennym wiatrem
rozświetlone wschodzącym słońcem..."



I jeszcze Alinka:

Wiosno kochana
wiosno zielona
pogoń zimę
rozpuść śniegi, lody
dodaj trochę urody
zazielenią się drzewa
słońce wyjdzie wysoko
ptaki wrócą do gniazd
czy tak wile chcę
czy mam taką moc
tylko w marzeniach
zmienia się dzień w noc 


Kontynuacja Cezarego:

   A dziadunio ze srebrem na włosach, pamiętającym początki przewrotności natury uśmiechał się. Z jego olbrzymiego kapelusza zwisały olbrzymie sople zlodowaciałych przeżyć, pozaplatane świeżym, wijącym bluszczem. Był zjawą samowpisującą się w tło, którym sam pozostawał. Bierny obserwator od wieków, z namaszczeniem wyciągnął zza pazuchy srebrną fajkę i ciepłem dłoni gładził chropowatość naleciałości.

Do diaska! - powiedział iście rozkojarzony!  - Nawet popykać nie można w takich warunkach!

    I nagle dobiegł go przytłumiony śmiech z miejsca, gdzie jeszcze do tej pory tańczyły zawoalowane postacie. Zamiast nich zobaczył na śniegu przeplatające się wzajemnie koła, o ciągle pomniejszającym się promieniu. Nigdy niczego takiego nie widział dotąd w swoim przedłużającym się życiu.  Z przepastnej kieszeni wysupłał porcję tytoniu i nie spuszczając oka z malejących kół kontynuował nabijanie fajki. Jakaż radość zapanowała na jego obliczu wraz z pierwszym kłębem. Rozjaśniło mu się pod zlodowaciałym kapeluszem. Tak natchniony z iście młodzieńczą werwą zaczął biec w kierunku zanikających kół. I o dziwo w miarę zbliżania się kręgi zaczęły powiększać się, by po chwili mógł zobaczyć srebrnowłosą i zielonowłosą postać w całej okazałości. Kobieta otulona szalem biegła pomiędzy nimi w tanecznym korowodzie. Panie coś poszeptały między sobą i tanecznym krokiem oddaliły się w stronę niezbyt gęstego zagajnika. O czym szeptały? Przecież gadały już tak długo!

Kontynuacja Sznupeczki: 

Srebrnowłosy podążał za nimi. Czym głębiej szedł w las, tym więcej ciepła w sercu czuł, więcej siły i chęci do życia. Nawet tytoń już tak nie smakował, bardziej smakowało świeże powietrze. Co rusz zdawało mu się, że słyszy kobiece śmiechy, że już za tym drzewem dogoni roześmiane dziewoje. Robiło się coraz cieplej i coraz więcej promieni słońca przebijało się przez korony drzew. Nie mógł dalej iść, musiał zdjać z siebie ten długi cieżki kożuch, kapelusz schował do sakwy. 
Poczuł nagle, że bardzo chce mu się pić i jak za dotknięciem magicznej różdżki pojawiło się przed nim małe źródełko z krystalicznie czystą wodą. Srebrnowłosy pił chciwie, nie zauważając, że ktoś mu się przygląda z oddali. Ugasił swoje pragnienie i postanowił odpocząć trochę, szybko złapał go sen w swoje ramiona.

 Obudził go radosny chichot. Otworzył oczy i ujrzał dwie kobiety wpatrujące się w niego zalotnie. Pomyśłał o swoich zmarszczkach, siwych, lichych włosach i niemłodym juz ciele, zawstydził się. Przecież to niemożliwe, aby tak piękne i młode kobiety wpatrywały się w niego z takim uwielbieniem. Srebrnowłosy dziadunio nie wiedział jeszcze, że odnalazl źródełko wiecznej wiosny..... 

Kontynuacja Olgi J.:


 - Śmiejcie się, śmiejcie ze staruszka! Wy, młodzi żadnego nie macie szacunku dla starszych! – powiedział zirytowany i chciał wstać, jak zwykle podpierając się swoją srebrną laską. Lecz cóż to?! Nagle okazało się, że nie potrzebuje laski. Podniósł się żwawo i bez najmniejszego wysiłku.

Popatrzył na swoje odbicie w wodzie. Ujrzał tam mężczyznę w sile wieku, szerokiego w barach, z bujnym ciemnym wąsem i błyszczącym spojrzeniem stalowosiwych oczu. Tylko włosy miał po dawnemu srebrne…

- Ładnie Ci Srebrnowłosy z takim odcieniem włosów! – powiedziała Biała niewiasta i podeszła do niego blisko, bardzo blisko…

On poczuł dziwny chłód z jej strony, chłód który aż parzył. Kobieta ocierała się o niego jak kotka. I mruczała przy tym cichutko, a może coś nuciła?

- A Ty co myślisz siostro? Jak Ci się widzi nasz galant młody? – zapytała Zielonowłosą.

Tamta klasnęła w dłonie i roześmiała się:

- Jeszcze by mu się zielony blask w oczach przydał. I dobre buty do tańca!
- Zatańczysz z nami piękny panie? Jaki wymyślisz dla nas taniec? Którą zakręcisz i uniesiesz? I jaka pieśń się tu rozniesie?

Kontynuacja Alinki:
 
."..Srebrnowłosy popatrzył, tak jakoś tajemniczo się uśmiechnął. Pomyślał, że fajnie by było z zielonooką zatańczyć. Jak pomyślał, tak zrobił! Ruszył w tany, mocno objął w pasie i zaczął się taniec przywoływania wiosny.
Słońce wyszło zza chmur i z drzew zniknął śnieg. Wydawało mu się, że słyszy śpiew ptaków.  Może to złudzenie, ale wszystko wokół wypiękniało..."


piątek, 25 stycznia 2013

Moralność Pana Cezarego




Kłamstwo żyje pośród nas i jest najczęstszym doświadczeniem, którego doznajemy świadomie lub zupełnie nieświadomie. Kłamstwo, jest zaprzeczeniem prawdy i to stwierdzenie jest jedyną prawdą w poniższym wywodzie! Bo każdy z nas ma inne sposoby i możliwości na obiektywną ocenę stanu faktycznego. Daltonista patrząc na różowy kolor nieba mówi; jak szaro-buro dzisiaj, a Cezary mówi; o jaki śliczny jest odcień różowości na niebie. Prawdopodobnie skłamaliśmy obaj. On, jako osoba nierozróżniająca kolorów, a ja być może widzę tylko różowość. To gdzie jest ta prawda obiektywna?



Powodów do kłamstw jest tyle na ile pozwalają sytuacje, w których się znaleźliśmy. Czyli w każdej z nich! Prawie wszystkie przymiotniki łączą się ze słowem „kłamstwo”, co umila codzienność, czyni ją bardziej kolorową od tęczy. By było zabawniej kłamiemy przez sen zachowując ciągłość doświadczeń. Wyrafinowaną odmianą kłamstwa jest półkłamstwo, i zaliczamy do nich; niedomówienia, pominięcia, wymówki, przejęzyczenia, itp., co niejednokrotnie zupełnie zmienia sens wypowiedzi i celowo wyprowadza odbiorcę na manowce. Zdeformowana prawda ma bardzo dużą szansę na zaistnienie.



„Zwyczajne” kłamstwo jest najczęściej spotykane i nie zależy od poziomu kultury osobistej. W tej czy innej formie samowolnie używane było w praczasach, jak i dzisiaj. Wynika z logicznego ciągu myślenia i zastępuje prawdę, co dodaje kolorystki wypowiedzi. Prosta i naga prawda, szara w obiektywności nie daje tyle ciepłych uczuć, co ubarwione kolorami kłamstwo, o wiele bardziej skutecznie trafiające pomiędzy nasze zwoje mózgowe. Gdyby przekaz trafiał prosto do mózgu okazałby się po analizie prostą i nagą prawdą.



Najgorzej jest, kiedy zawodzi nas pamięć i nie pamiętamy, jaka wersja została sprzedana danej osobie. Czy znamy to z autopsji? Pewnie i nam się zdarzyło. Niepotrzebne rumieńce, pozrywane przyjaźnie i znajomości. Nie dlatego, że kłamaliśmy, ale dlatego, że mamy słabą pamięć. Wtedy mówimy sobie, że to ostatni raz. Ostatni do następnego, gdyż nieauczeni jesteśmy tym sromotnym doświadczeniem. Rumienimy się po raz kolejny, po raz kolejny....



Często stajemy przyparci do muru bez możliwości odpierania ataków. Wtedy nasz „mózg” podpowiada byśmy wybrali optymalną opcję, zależną od faktów. Mylna podpowiedź, bo sam fakt może być zakłamany. Więc, co czynimy? Zasłaniamy się murem pochodnych kłamstw. Przecież nikt z nas nie chce być w sytuacji bez wyjścia, my chcemy być przypierającymi. Mieć przewagę w każdej odmianie, to nasz cel.



Przekonania są czymś znacznie gorszym od kłamstwa, ze względu na ich ciągłość kształtowaną przez minione życie. To właśnie z ich powodu dopuszczamy się kłamstw, które mogą być sporadyczne, a ich skutki krótkotrwałe. Kłamstwo wynikające z jakichś przekonań nie jest do końca świadome. Wynika z pozycji w korowodzie i czeka cierpliwie na ujście.



Podobno prawda żyje po śmierci, kłamstwo zabieramy do grobu. Nic bardziej mylnego. Żyjemy w celowym zakłamaniu, a prawda bardzo rzadko doczeka się światła dziennego.



Dzwonek do drzwi. Sprzedawca oferuje super odkurzacz za jedyne cztery tysiące złotych. Czy chcielibyście go posłuchać?


czwartek, 24 stycznia 2013

Pani z portretu






  Piękna pani z portretu - czemu patrzysz z żalem?
  Zdumiewasz się światem, co rączo pomyka
  Otulona czasem, okryta swym szalem
  Spoglądasz za siebie, wspomnieniem przenikasz

  Wtedy było ciszej, wtedy było wolniej
  Siadałaś z radością przy lampie naftowej
  Był styczniowy wieczór, marzyłaś spokojnie
  O powrocie męża, o nadziei nowej

  I tak lata biegły plecione Twym smutkiem
  Ty się zestarzałaś na wiecznym czekaniu
  Mąż z wojny nie wrócił, Ty dziergasz robótkę
  Wciąż oczko do oczka w tym samotnym trwaniu

  I nic więcej nie wiem - patrzę na Twój portret
  Kobiety, co niegdyś tak, jak ja kochała
  I wciąż będzie czekać  i oczy ma dobre
  Piękna pani wieczność - niezmienna i trwała...

wtorek, 22 stycznia 2013

Psia miłość












Kocham mojego psa -  mój pies mnie nigdy nie kąsa 
  A jeśli nawet ukąsi - bo mu sprawiłam ból
To zaraz merda, przeprasza - ze wstydu wchodzi pod stół
  Kocham mojego psa - wariata, wybaczam mu wszystkie głupoty
  Ucieczki, tarzania, szczekania i wszelkie codzienne kłopoty
A on się kocha we mnie - bo nigdy go nie zranię
  Ufa mi bezgranicznie, tańczy radosny swój taniec
  Gdy z miasta do domu wracam cieszy się każdym gestem
  Łapie mnie za sukienkę i wylizuje ręce
  Choć czasem woli samotność a czasem dziwnie się boczy
  To gdy nam w duszach gra wolność, biegniemy patrząc w swe oczy
  I choćby gdzieś mi  się zgubił i na spacerze przepadł
  To wróci do mnie, bo lubi nasz wspólny skrawek nieba
  Jesteśmy dla siebie wytchnieniem i wspólne znosimy deszcze
  On moim, ja jego cieniem. To samo nas pieści powietrze
  A kiedy pies choruje, gdy ma cierpienie w oku
  Wtedy najlepiej mu robi cisza i święty spokój
  Więc go nie niepokoję - niech swe wyliże rany
  Na drugi dzień przybiegnie zdrowy, uradowany
  Będziemy razem do końca w smutkach, radościach, spojrzeniach
  On wszystko we mnie wszak kocha a ja go nie oceniam
  Taka to jest psia miłość - niech nic się z nią nie równa
  Właśnie przy nogach mych miło swe sny śni psina ufna
  To jest najlepsza chwila i taką będę pamiętać
Mój pies, ja i cisza i nasza przestrzeń święta...