środa, 31 października 2012

Zawsze jest ten pierwszy dzień



  

 No tak,  mamy nie tylko jesień kalendarzową, ale i w sercach zaczyna kiełkować pędami lenistwo. Jako usprawiedliwienie powtarzamy, jak mantrę:

Nic nie musimy
Nic nie musimy dzisiaj (poza oczywiście koniecznym, codziennym obrządkiem gospodarstwa! - Olga.J.)
Nikt nam nic nie każe
Nikt nam nie może nic kazać
Robimy wedle nastroju
Robimy wedle naszego widzimisię

... a że nastrój mamy przeważnie „kiepski”, więc „przekładki” są na porządku dziennym. 

   Początki były entuzjastyczne. To nic, że dojście do drzwi wejściowych trzeba było wycinać maczetą, to nic, że sad wyglądał, jak najdzikszy busz australijski.
To nic...



   To nic – te słowa, co chwilę znajdowały nowe implikacje. W desperacji tłumaczone na wszystkie języki świata grzmiały w naszych głowach, jak dzwony na trwogę. To nic, to nic...

   W niedzielę pamiętnego dnia zajechaliśmy załadowanym po brzegi samochodem z przyczepą. Były tam rzeczy z dwóch walizek oraz zdobyte dobra -  dla początkujących na wagę złota. Uff..
   Wszystko było fajnie do czasu, kiedy musieliśmy przenieść do domu materac. Pomimo wielu podejść nie dawaliśmy rady. I wtedy na drodze ku naszej chałupie pojawił się człowiek. Szedł z rękoma w kieszeniach kurtki i oczywiście w czapce z daszkiem. Zapytał – pomóc? Kiwnąłem tylko głową na znak aprobaty. Był to jeden z dwóch naszych sąsiadów. Uścisk jego dłoni wyrażał nieprawdopodobną siłę, cechującą ludzi żyjących z pracy rąk. W nie tak odległym czasie czekało na mnie wiele podobnych doświadczeń. Nazwałem takich ludzi „żylaści” i słowo to przyjęło się w naszym otoczeniu. 
Małomówny i życzliwy, przyjaznym wyrazem twarzy wrażał niedowierzanie na moje utyskiwania. A narzekać lubię nawet, jak nie mam do tego powodu. Przekrętna natura daje o sobie znać w sytuacjach najmniej spodziewanych. Do dzisiaj o mojej Pani wyrażam się „moja obecna żona. W ten sposób szukam dla siebie tych małych rzeczy, które mogą rozjaśnić szarość polskiego nieba. 

   Przywiezionymi gratami zawaliliśmy jeden z pokoi. To właśnie nimi zakryliśmy dziury w podłodze. 



   Zmęczeni, lecz pełni desperacji zdecydowaliśmy po długich targach, gdzie złożymy nasze członki. Wybór padł na pokój tuż przy kuchni. Mecyje! Był w nim stojak do grzania, a w kuchni stylowe wiejskie meble pełne mysich odchodów i kuchnia kaflowa z dziurami wielkości głowy. Ale była! Był też zdobyczny stół i cztery krzesła. Na stole wyszczerbiony krzyż i dwie nadpalone świeczki.
Wtedy jeszcze nie rozumieliśmy znaczenia tych eksponatów. I na to przyjdzie czas.



   Pośpiesznie zmontowaliśmy łóżko. Zaraz potem zapaliliśmy w kuchni resztkami drewna. Herbaty, herbatki... najlepiej smakują w takich okolicznościach. Nigdy wcześniej i potem nie piłem tak orzeźwiającego napoju. Powoli umysł wracał na swoje miejsce, lecz nieuchronnie zbliżał się czas na wypoczynek. Pierwsza noc w nieznanym domu... dziwne uczucia zagłuszał trud minionego dnia. Potem okazało się, że nie tylko pierwsza...

Cezary Jawor

poniedziałek, 29 października 2012

Spacer dla psa



   Psu się nudziło. Nie umiał wysiedzieć spokojnie w domu. Wyspany i żądny ruchu zaczepiał nas do zabawy, ciągnąc za ręce i za nogawki spodni. Chcąc nie chcąc, pogoda nie pogoda trzeba z psiną codziennie wyjść z domu chociaż na godzinny spacer po lesie. Przy okazji i nam dobrze to robi. Od kiedy zamieszkaliśmy na wsi prawie wcale nie chorujemy. Ogorzali od słońca i wiatru, zahartowani na wszelkie warunki atmosferyczne  brniemy po błotnistych bruzdach ziemi, skaczemy przez kałuże, ślizgamy się na błocie i śniegu, wdychając ostre, świeże powietrze górskie.
    Nie spotykamy prawie nikogo po drodze. Tylko w okresie grzybobrań słyszymy w lesie nawoływania grzybiarzy lub mijamy się z nimi w przesiekach czy paryjach.
    Najważniejsze, że psina jest zadowolona. Skacze jak zając po polu. Wwąchuje się w ślady pozostawione przez dzikie zwierzęta. Znika nam z oczu czasem na bardzo długo, by potem pojawić się radośnie w całej swej zasapanej, sympatycznej postaci.
   A my, ocierając mokre nosy i poprawiając czapki podziwiamy widoki wokół, pochylając się czasem nad jakimś ciekawym listkiem czy trawką i uwieczniając to na zdjęciach.






   Po powrocie nieodzowny jest kubek gorącej herbaty i własnej roboty ciasteczka do przegryzienia. Często przy tym oglądamy zrobione właśnie zdjęcia albo wracamy do starych folderów z fotografiami, będącymi pamiątką po dawnych spacerach.
   Jeszcze dwa lata temu nasza Zuzia (tak ma na imię rzeczona psina) była małym, grubym, nieporadnym szczeniaczkiem. Nie potrafiła sama wrócic z lasu do domu. Trzeba było wziąć malca na ręce i nieść słodki ciężar, póki nie odpocznie i nie nabierze sił do dalszej wędrówki.


   Dzisiaj Zuzia bez zmęczenia przemierza kilometry dróg i bezdroży. Na spacerach jest uosobieniem energii i szczęścia. Interesuje ją wszystko, co się rusza i nie raz już pogoniła za jakąś sarenką czy zającem. Przysparza nam tyle radości, że nie wyobrażamy już sobie życia tutaj bez niej.
   Teraz, gdy to piszę psina śpi na kanapie w pokoju obok. Pochrapuje, poruszając łapkami i strzygąc uszami. Pewnie śni o dzikich gonitwach i zabawach na śniegu. Dzisiaj było go jeszcze niewiele, ale nadal pada więc jutro będzie pewnie zupełnie biało. I Zuzia znowu pobiegnie przed siebie lekko i szybko jak młody wilk a my, niezgrabne istoty dwunożne odziane w nieodzowne gumofilce poczłapiemy za nią...
  


sobota, 27 października 2012

Makaronowe kury zielononóżki


   Cezary marzył o kurzej fermie. Skosztował kiedyś podarowanego przez kogoś smakowitego jajka o zielonej skorupce i naiwnie myślał, że takie właśnie jaja znoszą zielononóżki kuropatwiane (potem okazało się,że są one  po prostu białe). Naczytał sie w internecie o ekologicznie hodowanych kurach. Nasłuchał o samych zaletach jedzenia jaj zielononóżek  i o ewentualnym, dużym zbycie na nie. Zapalił się do tego pomysłu mimo mojego sceptycyzmu oraz obawy, że to się nie uda... Udało się, ale zacznijmy od początku.
   Wszystko zaczęło się w kwietniu zeszłego roku. Na Podkarpaciu ciężko było kupić kury tej rasy. Śledziliśmy ogłoszenia w Internecie. Dawaliśmy je sami i nie było odzewu. Wreszcie przy okazji odwiedzin u rodziny zajechaliśmy do Mikołowa, niedaleko Katowic. I tam właśnie  kupiliśmy cztery kurki zielononóżki oraz kogutka. Przywieźliśmy je do siebie, do Kosztowej i szybciutko zrobiliśmy im prowizoryczny wybieg z plastikowej, zielonej siatki. A starą, murowaną sławojkę przerobiliśmy na malutki kurniczek - wystarczający dla naszej malutkiej, kurzej gromadki. Od tego się wszystko zaczęło.


   Tacy z nas byli nowicjusze, kompletnie zieloni w kurzych sprawach, że na początek nawet nie bardzo było wiadomo czym karmić te sześciotygodniowe maluchy. Przydały się tu rady rodziny, znajomych i sąsiadów. Kurki wcinały ziemniaki, kaszę pęczak, jajka,  biały serek, pszenicę a nade wszystko makaron - nitki. Nawiasem mówiąc, chociaż do dzisiejszego dnia bardzo rozrosła się nam ta kurza menażeria, to wciąż codziennie muszę ugotować paczkę makaronu, który kolejne pokolenia kurek traktują jak najwiekszy rarytas! Nie jest on oczywiście podstawą ich pożywienia,  ale raczej ukochanym smaczkiem, nieodzowną posypką zwykłej, kurzej ziemniaczano-śrutowej karmy...Oj, przyznaję się - lubię rozpieszczać te moje kurki! A one, rozpuszczone jak dziadowskie bicze, najedzone a wiecznie głodne na sam mój widok zlatują się ze wszystkich stron ogrodu i wpatrują sie w moje dłonie, czy aby im czegoś pysznego znowu nie niosę! Żebraki nienażarte!
   Teraz mamy już prawie sto kurek a ich upodobania smakowe pozostały. Codziennie gotuję im wielki gar ziemniaków.  Ubijam je ze śrutowaną pszenicą, otrębami, owsem i jakimiś smakowitymi resztkami z naszego lub kociego stołu.  Do tego makaron i mam z tego dwa posiłki dla mojego stada. 
   A skąd się nam wzięły kolejne pokolenia kurek? Otóż zainwestowaliśmy w inkubator. Wiem, wiem, najlepiej by było pozwolić kwokom, by wysiedziały naturalnie swe jajka i by wychowały potem swe potomstwo. Początkowo próbowaliśmy tak robić, ale nasze cztery kwoki miały chyba słabo rozwinięty instynkt macierzyński, bo "kwoczyły"(czyli szykowały się do wysiadywania jaj)  może tylko ze dwa albo trzy razy. Na dodatek nigdy nie wysiedziały ich do końca. Odwidywało im się i ni stąd ni zowąd  w trakcie tak ważnego procesu pozostawiały swe jajka, wychodząc na cały dzień z kurnika i potem nie interesując się już ich losem.Takie to były wyrodne matki!  Inkubator zdawał się być pewniejszy. Nie był to taki wielki wydatek. Jego obsługa też nie była skomplikowana. Ot, należało włożyć doń kilkadziesiąt jaj, zapewnić im odpowiedni poziom ciepła i wilgotności i po około 20 dniach wylęgały się słodkie, pasiaste maleństwa.



   Byłam ich położną, mamką i opiekunką. Przyjęłam w ten sposób na świat już kilka pokoleń kurczaczków. To za każdym razem niesamowite i wzruszające przeżycie dla takiej jak ja, miastowej kobiety. Zawsze obserwowuję z ulgą i  radością jak pracowicie wydostają się ze skorupek, jak uczą się jeść i pić,a potem  jak poznają świat,  cieszą się pierwszym wyjściem na zieloną trawkę, wygrzewają się leniwie w promieniach słońca. Przejmuję się losem każdego z nich. Popadam w przygnębienie i rozpacz, gdy trawi je jakaś kurza choroba a antybiotyki i zioła zaordynowane przez weterynarzy nie bardzo pomagają. Troszczę się zawsze szczególnie o kalekie ptaszki (czasem wylęgają się takie biedactwa z wadami wrodzonymi, typu koślawa nóżka albo skrzydełko). Obce mi jest podejście do nich czysto biznesowe - to znaczy jak najszybsza eliminacja tych słabszych sztuk, bo żaden z nich przecież pożytek. Wszystkie bardzo chciały i chcą żyć, a stado, w którym toczą sie nieustanne walki i bitwy o dominacje też nigdy jakoś nie dokuczało szczególnie tym kalekom. Do dzisiaj przeżyła jedna taka koślawa kurka. To krzyżówka dwóch ras - zielononóżki i czubatki (mamy także pięć śllicznych kurek tej rasy).  To kurka -  stała rezydentka, kurka -  dobra ciotka, która sprawuje pieczę nad kolejnymi młodymi kurczaczkami. Nie potrafi samodzielnie wskoczyć na żerdkę i ma swoje miejsce do spania w kartonowej, wyściełanej sianem budce. Ma normalny apetyt i w przeciwieństwie do innych kurek jest nadzwyczaj spokojna ufna w stosunku do ludzi. Pozwala się nawet brać na ręce, głaskać i smyrać po szyjce.


   Dużo zmieniło się w naszym gospodarstwie od czasu przybycia do niego naszych pierwszych kur. W starym budynku gospodarczym odremontowalismy i przystosowaliśmy na kurze potrzeby dwa duże kurniki. Pełno w nich żerdek, ulubionych przez ptaki schowków, budek i drabinek. Cezary sam zrobił pomysłowe, drewniane  karmniki, drzwiczki  i okienka. Podzieliliśmy nasz spory ogród na dwie części - tę dla ludzi i zwierzątek domowych (kotków i psa) oraz tę tylko dla kur. Oddzielają je od siebie postawione przez nas siatkowe płoty i drewniane furtki. Musieliśmy odseparować się w ten sposób od naszej ptasiej ferajny, bo chociaż miło było patrzeć jak sobie biegają wokół domu, to już mniej przyjmnie było, gdy znosiły jajka w budzie naszego psa lub co gorsza na strychu w budynku gospodarczym. Strych ten jest ogromny i pełen zbalowanego siana. Znalezienie tam jajek graniczyło z cudem. Nie było to natomiast nic trudnego dla łasicy czy kuny.
    Zdarzało się też czasami, że ciekawskie, rozzuchwalone kury właziły nam po domu (od wiosny do pierwszych przymrozków trzymamy drzwi wejściowe otwarte) i zostawiały tu i ówdzie kolorowe, mokre ślady swej obecności. Albo biegały po schodach i pokojach, robiąc sobie zawody, jak długo uda im się schować przed nami. Czasami zastawałam kurę jak zamyślona, stała przy oknie na półpiętrze i filozoficznie wpatrywała się w dal poćwierkując cichutko, jak stroskany człowiek, który rozmawia z własnymi myślami...
   Latem dużo zmartwienia przysporzyły nam jastrzębie, krogulce i tchórze. Mordowały nam kurki, porywały jajka.
   Dzielne koguty podnosiły alarm i biegły na ratunek napadniętej ofierze, same czasami przez to ginąc...


   Nasz dzielny pies za każdym prawie razem podnosił alarm i biegł szybko na tyły ogrodu, gdzie odbywał się właśnie morderczy atak z powietrza. Nie zawsze jednak zdążył.  Jastrzębie są bardzo szybkie i czasami po kurze zostawały tylko ślady krwi i wyrwane pióra...


   Przerażeni tym wszystkim odrywaliśmy się od swoich prac i biegaliśmy do kur kilkanaście razy dziennie. Zrobiliśmy w ogrodzie dwa plastikowe, sztuczne ptaszyska na postrach dla drapieżników. A gdy i to nie wystarczyło postawiliśmy dużego stracha na wróble i pułapkę na łasice i kuny. Kurek jednak wciąż ubywało a i jajek było coraz mniej. Czuliśmy się zupełnie bezradni. Myślelismy nawet o kupnie jakiejś dobrej wiatrówki oraz o zainstalowaniu kamery w kurniku, sledzącej ewentualnych żądnych krwi intruzów czy złodziei jaj. Teraz, dzięki temu, że zrobiło się chłodno i wilgotno kury rzadziej wychodzą z kurnika a dzięki temu są bezpieczniejsze.
   Lada chwila na dworze stanie się zbyt zimno dla kur,  chociaż teoretycznie powinny być one bardzo wytrzymałe na zimno (tak głoszą przynajmniej poradniki dla hodowców zielononóżek) i zupełnie przestaną dopominać się o wyjście na zewnątrz. Całe dnie będą drzemać na żerdkach albo przepychając się i dziobiąc  wrzaskliwie kłócić się ze sobą, nieustannie walcząc o zachowanie hierarchii i dominacji w stadzie. Będą też entuzjastycznie witać każde moje wejście do kurnika, obstępując mnie ze wszystkich stron, zaglądając ciekawie do niesionych przeze mnie wiaderek i zajadając potem ze smakiem wszystkie te kurze smakowitości, na czele rzecz jasna z ulubionym makaronem...


piątek, 19 października 2012

Kolory jesieni w Australii

   Dzisiaj na spacerze po lesie, który rozciaga się kilkadziesiąt metrów od naszego domu  chłonęłam całą sobą to cudowne, prawie letnie ciepło oraz kolory liści tak wspaniale różnorodne i zmienne. Nie wzięłam, niestety, ze sobą aparatu fotograficznego (nie omieszkam tego zrobić jutro)! A szkoda, bo pewnie jutro wszystko będzie inne, przemalowane ręką nieustającego w swym dziele wszędobylskiego pejzażysty.

    Teraz, wieczorem słuchając australijskiej muzyki przypominam sobie moje jesienie w kraju kangurów.
Australia jesienią naprawdę potrafi zaskakiwać. To już nie tylko wszechobecne, ciemnozielone eukaliptusy oraz błękit oceanu, lazur nieba i żółć piasku. To nie znana wszystkim pocztówka z gorących Antypodów. Nagle wybucha tu i ówdzie istna feeria gorących, prawie meksykańskich barw. Malarzami ogrodów i parków stają się zwłaszcza europejskie drzewy i krzewa, zmieniające o tej porze roku barwy. Kwitną nieznane mi z nazwy kwiaty. Kolory są wyraziste, pełne ekspresji i żaru. A czasami wplata się w ten ognisty pejzaż delikatny fiolet zamyślenia, mgiełka pajęczyny, krople deszczu na poręczy krzesła...

                                                    

   Najpiękniejsze jesienią były dla mnie góry Dandenong. Góry położone niedaleko Melbourne, gdzie mieszkaliśmy. Miejsce weekendowych, lub popołudniowych wypadów Australijczyków. Pełne ogromnych paproci, starych, obłażących korą eukaliptusów, kolorowych papug, tajemniczych ogrodów oraz parków ukrytych malowniczo między polami i wzgórzami.


 

                                                               
   A ulubiony i zawsze zaskakujący był ogród w pobliżu małej miejscowości górskiej o nazwie Olinda. Ogród w stylu angielskim z pięknie przystrzyżonymi żywopłotami, wtopionymi w nie starymi furtkami, z rzeźbami faunów i pasterek, z postumentami, starymi fontannami,  pokrytymi patyną czasu dzbanami i wazami.
   Chodziło się tam całymi godzinami i zawsze na koniec żal było wychodzić.... Przemierzało się go  krętymi alejkami albo schowanymi w gęstwinach róż i krzewów, wysypanych żwirkiem ścieżkami. Zachodziło się do maleńkiej kawiarenki, połączonej z galerią malarską  na filiżanke gorącego kakao, albo tylko po to by popatrzeć na nowowystawione obrazy. Odpoczywało się na zacienionych ławeczkach...

                                                            
                                                                    
    Wydawało mi się, że zwiedzający ogród, napotkani ludzie wokół stawali się łagodni, zamyśleni, cisi. Delikatny uśmiech plątał się na ich ustach a w oczach błyszczało ciepłe zamyślenie...Tak daleko stąd było do autostrad, wieżowców i fast foodów. Tak blisko do raju dzieciństwa. Do czasów "Zaczarowanego ogrodu","Mary Poppins", "Dziadka od orzechów", "Krainy Narnii" oraz do ilustracji  J.M. Szancera ze starych, ulubionych baśni...

                                                                      
   Czasami siąpił jesienny deszczyk i  kolory rozmywały się albo zwielokrotniały w osiadłych na roślinach i obiektywie aparatu kroplach  dżdżu...

                                                   
   Aż późno się robiło i trzeba było wracać do domu, w pamięci i w oczach mając tyle barw, marzeń, zamyśleń...


                                        

środa, 17 października 2012

Pod tym samym niebem


Pod tym samym niebem znajdę inną siebie
Znajdę nowy sposób na szukanie prawd
Pod tym samym niebem cieniem i płomieniem
Wszystko otulone jak w przedziwnych snach
Ciągle taka sama, lecz dziwnie odmienna
Mówi mi to lustro, szepcze cicho wiatr
Idę w nowe dzianie, coraz bardziej pewna
Że to przeznaczenia wyczekany świat
Może jeszcze nieraz spojrzę w twarz zwątpieniu
Może nawet dzisiaj westchnę - mam już dość
Ale potem wstanę i w nowym spojrzeniu
Będę mieć nadzieję i zgodę na los

Idę z psem na łąkę, och, jaka wesoła!
Wwąchana w opium trawy,  w złotych liści grad
I nic więcej nie pragnę, wszystko mam dokoła
Jesień żyje wokół, a pies naprzód gna! 

 




środa, 3 października 2012

Jak liście...

My, cyganie co pędzimy z wiatrem...Tak zaczyna się tytuł jednej z tych wpadających w ucho biesiadnych pieśni. My - wędrowcy też pędzimy z wiatrem, przemierzając ten świat od krańca do krańca a wciąż będąc pod tym samym przecież niebem. A właściwie należałoby użyć tutaj czasu przeszłego, bośmy od jakiegoś czasu sie zatrzymali, osiadłszy w jednym miejscu na chwilę, a może na troszkę dłużej...
   Mieszkamy obecnie na Pogórzu Dynowskim, już prawie trzy lata temu znalazłszy to miejsce przez Internet. Szukanie zajęło nam dwa miesiace . Byliśmy wówczas w Australii. Mieszkaliśmy tam, czasami podróżowaliśmy i robiliśmy tysiące zdjęć. Zachwycaliśmy się wszystkim a jednak wciąż gdzieś w sercu grała dziwna tęsknota za tym co tu i teraz. I razu pewnego zachciało się nam domu na wsi. Dom miał być jak najbliżej lasu. Sąsiadów miało być jak najmniej. Tylko spokój, bezkres, świeże powietrze, my i nasze zwierzęta.
I to się spełniło. Od dwóch lat remontujemy nasz dom na wsi. Doprowadzamy do porządku otoczenie. Opiekujemy się kotami, kurami i naszym ukochanym psem. A w międzyczasie chodzimy na długie, wielokilometrowe spacery po okolicy fotografując co się da, podśpiewując albo wsłuchując się po prostu w odgłosy lasów i łąk. I to nas cieszy, odmładza, napędza. Niekiedy padamy ze zmęczenia, bo roboty jest huk a my, miastowi cherlacy, nienawykli jesteśmy do takiej harówki. Wszystko przecież trzeba zrobić samemu. na przykład rozebrać stodołę, która psułą widok i zagracała pół ogrodu. Na własnych plecach przenieśliśmy tony belek i desek oraz dachówek z tej prawie stuletniej, rozlatującej się budowli. Dzięki temu mieliśmy czym opalać nasz dom zimą. Mogliśmy też postawić ogrodzenia dla naszych kur, zbudować im wymyślne żerdki i schronienia. Chcemy by nasze zielononóżki były zadowolone z życia, bo tylko szczęśliwe kury znoszą dobre i zdrowe jajka. I tylko prowadzący nieśpieszny, optymistyczny,zgodny ze swą naturą tryb życia ludzie mogą być zdrowi i wciąż mieć ochotę na więcej i więcej.
   Wędrujemy sobie przez życie. Przemierzamy każdy kolejny dzień, ciesząc się każdym, najdrobniejszym nawet osiagnięciem, każdą niepowtarzalną chwilą. Wspominamy nasze australijskie wędrowanie i czasami gra nam w sercu dziwna tęsknota za tym co tam, kiedyś...Może więc kiedys tam jeszcze wrócimy albo chociaż pojedziemy na jakiś czas? Niewykluczone! Czas i rzeczywistość pokażą.
   A ponieważ oboje lubimy pisać postanowiliśmy założyć tego bloga i zapraszać do siebie ludzi podobnych duszą i usposobieniem. Wiemy, że wielu jest takich zapaleńców-osiedleńców jak i my. Zaglądamy czasami na ich blogi i uśmiechamy się do siebie, czytając opisy ich codzienności, tak bardzo przecież podobnej do naszej.
  Żyjemy pod tym samym niebem! A niebo to tak cudne bywa, że dech zapiera i brak jakichkolwiek słów. Tylko oczy chłoną a dusza wciąż prosi i więcej i więcej...

Wieczorem, albo późną nocą zamieścimy kilka z 60 tyś zdjęć z AU.

Do napisania, wędrowcy



Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia